forum.peugeot205.pl
http://forum.peugeot205.pl/

O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em
http://forum.peugeot205.pl/viewtopic.php?f=36&t=31565
Strona 2 z 2

Autor:  Fox [ 23 wrz N, 2018 2:44 pm ]
Tytuł:  O tym jak kupiłem "Tenerówkę", czyli zapiski z pewnego weeke

Rozsiadam się nowo na najwyższym stopniu schodów, na skraju cienia rzucanego przez wiatę nad przejściem podziemnym. Od strony peronów bucha żar, z dołu natomiast przyjemna piwniczna bryza. Gdybym siedział tyłem do schodów i zamknął oczy, mógłbym pewnie z łatwością wyobrazić sobie ognisko w jesienną, chłodną noc. Z przodu trzaskające płomienie, z tyłu zimny mrok a nade mną rozgwieżdżone niebo w stronę którego pędzą iskry, ginące gdzieś w pół drogi, gasnące przed dotarciem do celu. Mógłbym wtedy wyobrazić sobie dalej, że kładę się na plecach na kocu i ... wpaść do tunelu, turlając się do tyłu po schodach na złamanie karku. Marzycielstwo to ryzykowne zajęcie aczkolwiek fascynujące i warto je praktykować. Doskonalić tak aby nie stracić kontaktu z rzeczywistością i przeistoczyć je w sztukę, umiejętność zaszczepiania marzeń, prosto z głowy, w rzeczywistość tą głowę otaczającą, tak aby nikt się nie zorientował, że to elementy nie z tego świata, wymyślone i umieszczone tutaj w myśl zasady, że życie mamy takie, jakie chcemy. Kiedyś dojdę w tym do perfekcji. Dziś planuję umieścić w tym świecie zieloną terenówkę. Jutro - kto wie? Tylko trenując marzenia, tak jak trenuje się bieganie czy podrzucanie spinnera można wymyślić sobie naprawdę fajne marzenia.

Rozglądam się dokoła popijając jogurt i colę. Na dworcu nie pojawiają się żadne nowe osoby. Tak jakby żaden pociąg, oprócz tego naszego, na który wszyscy czekamy, miał już tu dzisiaj nie przyjechać. Jak wiele innych moich wrażeń, tak i to okazuje się błędne. Po 10 minutach podjeżdża pociąg kolei regionalnych do Wieliczki. Nowoczesny, opływowy, kolorowy. Nikt nie wysiada. Wsiadają dwie osoby z rowerami, które chwile wcześniej planowałem zagadnąć, czy aby przypadkiem nie jedziemy wszyscy w tą samą stronę i czy oni też, z tymi rowerami, po Pajero. Znów zamykane drzwi, znów gwizdek, znów tuk tuk tuk, pociąg odjeżdża a ja czekam. Liczę ile jeszcze minut, ile czasu na przesiadkę mi zostanie, gdy pociąg spóźni się o 10, 15, 20 minut. Dziewczyna siedząca na murku dzwoni do chłopaka. Mówi do niego kochanie, czy ja nie za wcześnie dzwonię? Czy ktoś Ci zrobił śniadanie? Ciężko zgadnąć czy to ciężko pracujący na nocną zmianę człowiek czy kochany, słodki obibok, który poimprezował lub po prostu lubi się wyspać i który kiedyś na pewno się zmieni, po ślubie będzie pracowity i dbający...Z troski w głosie tej dziewczyny można odczytać przyszłość, w której on się nie zmienia, dalej śpi do późna, otwiera piwo z kolegami a dzieci płaczą, ona płacze, pies szczeka, kot miauczy, w komórce szamocze się koza, ze zlewu wysypują się gary, z pralki woda wylewa się na łazienkę a listonosz przynosi kolejne wezwania do zapłaty...Człowiek człowiekowi wilkiem, zombi zombi zombi - jak to powiedział kiedyś jakiś mądry człowiek.

W końcu podjeżdża nasz pociąg. Notuje 25min opóźnienia. Wciąż będę miał czas na przesiadkę. Przepuszczam kilka osób z walizkami i jako ostatni wsiadam do wagonu nr 14. Zaraz przy przejściu jest wieszak na rowery. Zaczepiam przednie koło na haku, tylne umieszczam pomiędzy barierkami, żeby nie dyndało.

Załącznik:
DSC_0942.JPG
DSC_0942.JPG [ 240.08 KiB | Przeglądane 1269 razy ]

Szukam mojego miejsca. Znajduję go w drugim rzędzie przy oknie. Miejsce od strony przejścia jest zajęte. Cały pociąg wydaje się być wypełniony. Zawsze, gdy jadę pociągiem sam (tutaj w oczywistym znaczeniu bez znanego mi towarzystwa), zastanawiam się kto będzie siedział obok. Ładna dziewczyna, czytająca ciekawą książkę czy gruby, spocony facet, który zaśnie a ja zostanę uwięziony, wciśnięty, wgnieciony miedzy niego a okno i kaloryfer? A może po prostu miły gość, fan terenówek, z którym pogadam o tych samochodach, zwierzę się z wyprawy celem kupna a on wysłucha, doda otuchy a gdy wysiądziemy to walnie mnie w łeb młotkiem i zabierze pieniądze? Zamykam oczy i próbuję wymyślić dobre rozwiązanie. Nie wychodzi. Muszę jeszcze nad tym popracować. Sukces jest bowiem połowiczny. Tym razem trafia mi się chudy chłopina o wyjątkowo nieświeżym oddechu, rozmawiający co rusz przez telefon. Z tego, co udaje mi się usłyszeć (czyli generalnie ze wszystkiego) wnioskuję, że nie mówi po polsku, jest ze wschodu i skarży się współrozmówcom, że w telefonie nie działa mu internet. Musi więc dzwonić, niepokoić, odrywać od zajęć. Jak na złość rozmawia patrząc za okno, w moją stronę chucha i dmucha, pozornie interesuje się zewnętrzem. Widać bowiem, że wzrok ma pusty, niezainteresowany, skierowany gdziekolwiek. Patrzy za okno ale nie rejestruje, nie reaguje na zmiany, skupiony jest na rozmowie. Wyciągam książkę z myślą o czytaniu, chcę poznać dalszą część historii ale muszę się odwrócić, odłożyć na kolana, spojrzeć w inną stronę, na inne miejsca i na inne czasy. Przyklejam się do okna. Patrzę i ja, lecz skupiony, na kończące się po drugiej stronie szkła miasto, na domy ustępujące powoli miejsca puszczy i dziwię się że tam tyle bagien, że tam pokryte zielonym kożuchem mokradła. Nie znam puszczy z tej strony. Jeżdżąc na rowerze widzę asfaltowe alejki między drzewami, jadąc samochodem widzę ekrany. Z pociągu natomiast widać rozlewiska a między nimi koparki, wywrotki, buldożery. Fauna naszych czasów. Rwą stare tory, usypują nowe nasypy, ubijają tłuczeń, kładą nowe podkłady. Można się temu wszystkiemu doskonale przyjrzeć. Kolej stwarza świetne warunki do obserwacji. Pociąg jedzie z prędkością 34kmh. Informuje o tym wyświetlacz nad drzwiami, które to zepsute wciąż same się otwierają, zamykają, trzaskają a on wyświetla a to nazwę stacji a to temperaturę (32 stopnie) a to prędkość właśnie.

Za puszczą pociąg przyspiesza, przewija krajobraz, rozmazuje detale. Przez wagon przeciska się kelner oparty o rączkę wózka gastronomicznego. Wiezie herbatę i batoniki pchając to wszystko przed sobą. Samowar bucha, opakowania szeleszczą. Liczę na niego, cieszę się z jego przybycia, upatruję zamówienie. Daremne jednak to wszystko. Nie częstuje mnie bowiem niczym, nie spojrzy nawet, nie pyta czy ktoś wsiadł w Krakowie, czy ktoś jeszcze nie skorzystał, czy ktoś czuje głód, czy ktoś by się nie napił. Znikłby rychło za drzwiami, gdyby nie były przeźroczyste i samootwierające się. Znika więc dopiero za rogiem, za końcem wagonu się chowa a ja widzę go dłużej, większy mam żal za zostawienie mnie z moim głodem i nieświeżym współpasażerem, który co gorsza prawdopodobnie myśli sobie w tej chwili dokładnie to samo o mnie. Swojego smrodu się nie czuje ale mokry od potu podkoszulek już tak a mój mnie oblepia. Odkładam książkę do plecaka, mówię przepraszam, chciałbym wyjść. Idę do wagonu restauracyjnego, po drodze przebierając się w toalecie w zakupiony wcześniej podkoszulek z nadrukiem.
Pociąg to mój ulubiony środek lokomocji na średnich dystansach. Można się przespacerować, można zjeść, można wyglądnąć na świat, można spokojnie poczytać. Siadam przy stoliku, zamawiam żurek i pierogi. Po bokach widzę lasy i wsie. Naprzeciwko panią pakującą moje zamówienie do mikrofali. Za oknem nie ma ekranów, widać normalny świat. Przy budowie autostrady ktoś komuś posmarował, ktoś poprosił, żeby szwagier też zarobił. Są tam więc ekrany, które odgradzają drogę nawet od lasu. Ciąg ekranów, szpaler parkanów. Tam, gdzie oprócz szwagra jeszcze stryjek miał firmę sprzedającą te szpetne konstrukcje ekrany stoją w dwóch rzędach. Tutaj jest inaczej, kuchenka dzwoni, podają żurek i pierogi na firmowej zastawie:

Załącznik:
DSC_0943.JPG
DSC_0943.JPG [ 239.98 KiB | Przeglądane 1250 razy ]

Załącznik:
DSC_0944.JPG
DSC_0944.JPG [ 182.9 KiB | Przeglądane 1250 razy ]

Wszystko pożywne, choć pewnie niezdrowe i nie licząc paskudnej skóry, w którą owinięta jest kiełbasa, całkiem smaczne. Mówię sobie, że długa droga przede mną, że trzeba się posilić, trzeba zjeść też mięsko. Rozwijam je więc, próbuję jeść obdarte, odpycham widelcem skórę w róg talerza, oddalam od siebie ale to nie pomaga, przyprawia o torsje, odbiera apetyt. Zostawiam więc kiełbasę, odpuszczam, zadowalam się jajkiem, wypijam zupę, najadam się. Za oknem Rzeszów, Łańcut, Przeworsk, Jarosław i z każdą kolejną stacją przybywa chmur, które kłębią się, wypiętrzają, sinieją od spodu. Ula pisze do mnie, że sprawdziła rozkład, że mam wciąż kilkanaście minut, że odjeżdżam z peronu pierwszego, że to będzie pociąg do Horyńca-Zdroju. Ależ egzotyczna nazwa! - zachwycam się na samą wzmiankę - Chcę tam kiedyś jechać, chcę zobaczyć fragment kraju tak oryginalnie nazwany, snuję plany. Wracam na moje miejsce. Widzę, że wagon opustoszał ale nie o mojego współpasażera, który wciąż zasiada. Przepraszam go ponownie a on sięga po torbę, którą usadził już na moim miejscu, myśląc pewnie, że wysiadłem, że jechałem doinąd. Przechodzę nad jego nogami, susa daję nad torbą a on wstaje i usadawia się w innym rzędzie, nie chce dzielić przestrzeni. Wprawia mnie tym samym w zakłopotanie bo przecież sam mogłem siąść gdzie indziej, nie kłopotać go w pustym wagonie, nie trzymać się przydziału. Zapowiadają stację Jarosław, przypominają o wzięciu bagażu, przepraszają za opóźnienie. Bez skruchy w głosie, bez wyrzutów sumienia, przyzwyczajeni. Na porządku dziennym to wszystko i nikogo nie dziwi. Zerkam na wyświetlacz, który wciąż pokazuje 32 stopnie, konfrontuję z zzaokniem, gdzie szaro i buro i myślę że się zaciął, że to już nie aktualne. Jakaś osoba naciska guzik, zeźlona że nie działa, że nie otwiera. Zielony on i zielona ona. Przyciskając, wchodząc w interakcję czerwienieją na moment oboje. Ona szarpie drzwi, które wydają się by zacięte by po chwili same się otworzyć, przepuścić, trzasnąć na nowo. Ściągam rower z wieszaka, ustawiam się, pociąg hamuje, wypuszcza, wychodzę.

Autor:  kubas [ 04 paź Cz, 2018 9:51 am ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Super się to czyta! Czekam z niecierpliwością na dalsza cześć :)

Autor:  moralez [ 04 paź Cz, 2018 9:01 pm ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

tez czekam z niecierpliwoscią gdyż najlepsze przed nami :mrgreen:

Autor:  Fox [ 12 paź Pt, 2018 10:08 pm ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Dziwne na co czasem człowiek zwraca uwagę jako pierwsze w nowym miejscu. Ja z dworca w Jarosławiu pamiętam najbardziej świeży beton na peronach, nieukruszony jego kant, żółtą linię, która nie zdążyła się jeszcze złuszczyć. Można by powiedzieć, że coś się nie zgadza, że halo, że ja przecież z głową w chmurach być powinienem a nie żeby tak patrzeć pod nogi, przyziemne rzeczy zapamiętywać. Może bałem się patrzeć na ciemniejące chmury, pęczniejące od deszczu a może po prostu wiązałem but na tej żółtej linii, by sznurówka nie wkręciła mi się w łańcuch gdy zaraz biec będę z rowerem niesionym za ramę w dół schodów, na drugą stronę, do głównego budynku dworca, gdzie wybiegnę jednak nie w środku a w jakimś prześwicie między ścianami a podłogą piętra. W pośpiechu czy amoku, sam nie wiem czym dokładnie wybiegłem na zewnątrz, na parking, właściwie nie wiem po co bo tablica była pod dachem, zaraz między schodami a pierwszym peronem. Wracam więc, szukam wzrokiem Horyńca. Jest. Peron pierwszy, tor czwarty. Coś mi się nie zgadza, kto zamienił tory peronami? Czemu jedno numerowane od początku a drugie od końca? Nie ważna ta dygresja, wyjaśni się później, zbyć ją trzeba. Patrzę na telefon, kontroluję czas. Mam kwadrans do odjazdu. Idę na peron. Siadam, uspokajam się, chwilę się rozglądam, zastanawiam, patrzę na rower. Wyciągam telefon, klikam w google maps, sprawdzam jak daleko jest na rynek. Cztery minuty. Wsiadam i jadę. Rower niesamowicie zmienia perspektywę. Wszystko jest tak blisko, w kwadrans można tak wiele zobaczyć. Przejeżdżam przed parking dworca autobusowego, wyjeżdżam na górę po sześciokątnej kostce, relikcie prl'u, na zakorkowane ulice układające się w trójkąt. Mijam stojące jeden za drugim samochody, jadę środkiem, jadę chodnikiem, patrzę na kamienice i powoli sobie przypominam. Byłem tu przecież kiedyś, zaproszony na wesele widziałem to miejsce. Tak, tam trzeba skręcić w prawo, tam gdzie te okazałe kamienice przeplatają się z blokami. Chowam telefon do kieszeni, nie będzie mi już potrzebny. Skręcam, auta stoją a ja jadę kołami między dwoma ciągłymi liniami, skręcam w lewo, w prawo przez mostek po kostce i jestem na rynku. Rozczarowanie.

Dokoła małe kamieniczki. Być może mające swój urok ale zasłonięte dużą budowlą na środku, oszpecone blaszanym płotem, przytłoczone parkingiem, zagłuszone ruchliwą arterią pozostają schowane, przycupnięte w kąciku, drżące jakby ze strachu

Załącznik:
DSC_0945 (1).JPG
DSC_0945 (1).JPG [ 306.14 KiB | Przeglądane 971 razy ]

Robię zdjęcie koło klombu, siadam na chwilę, próbuję przypomnieć sobie jak najwięcej. Tam był kościół, tam schody z niego na parking wyłożony kostką, gdzie kiedyś parkowałem kombi. Kilka lat wstecz, z nie do końca zgłębionych przyczyn choć doskonale znanych powodów strasznie dużo się popsuło i to o dziwo nie w kombi, lecz we mnie. Wypierając niektóre wydarzenia z pamięci wyrzuciłem ich chyba zbyt wiele. Nie pamiętam siebie sprzed 5 lat, nie poznaję miejsc na niektórych zdjęciach. Przez ostatnie dwa lata wiele wraca, układa się na nowo choć zupełnie inaczej. Jak kalejdoskop wstrząśnięty i przemieszany nie pasuję do poprzedniej układanki, nie umiem napisać zwięzłej ani śmiesznej relacji, odchodzę od Peugeot'a. O dziwo zacząłem szybciej biegać i mówić po włosku choć niekoniecznie na raz i na szczęście nie zawsze. Przypominam sobie teraz tamto wesele, tamte twarze na schodach pomiędzy rzeźbami, garnitury, suknie, kwiaty i buty na szpilkach. Twarze w większości nieznane, elementy garderoby nie przeze mnie noszone. Nie przypominam sobie bowiem siebie z tamtej chwili i tym razem. Równie prawdopodobnie jest więc, że wcale tak nie było a ja zapełniam tylko pustki w głowie zmyślonymi obrazami, głosami obłędu. Nie czas jednak się nad tym teraz zastanawiać. Zostało bowiem siedem minut, po upływie których pociąg odjedzie. Wsiadam więc na rower, nie sposób policzyć który to już raz tego dnia i ile jeszcze razy przede mną, objeżdżam rynek dookoła, utwierdzam się w niesmaku, kieruję na dworzec me koła. Jadąc ulicą nie potrafię nie ścigać się z samochodami. Chojrakuję gdyż wiem, że dystans mam wyjątkowo krótki, że to sprint chwilowy, nic więcej a one są w zasięgu tego krótkiego przypływu energii. Skręcam w lewo równolegle do furgonu, wyprzedzam go bo się ociąga, następne auto mijam z prawej, na czerwonym zeskakuję z roweru, wbiegam na chodnik, wskakuję na rower już za skrzyżowaniem. Zastanawiam się jak to się dzieję, że trup rowerowy nie ściele się tak gęsto jak ten motocyklowy, którego nie sposób nie spotkać przy pięknej pogodzie przy drodze. Potrzaskanego, rozrzuconego plastikowo-metalowego trzewia maszyny, ładowanego do worka ciała, które chwile wcześniej było panem świata, drogi, piszczących kobiet. Znów jestem na boku trójkąta. Kolejny raz po kostce zjeżdżam w dół przez bramę jak metę bez zegara i owacji bo bezsensowny jest to wyścig, w którym pociąg choć czeka to czekał będzie jeszcze całe cztery minuty. Wsiadam, opieram rower o rurkę i ścianę, zrzucam plecak, odparowuję.

Załącznik:
DSC_0951.JPG
DSC_0951.JPG [ 196.75 KiB | Przeglądane 971 razy ]

Mam więc jedną spoconą koszulkę w plecaku a drugą na sobie. Wspaniale - myślę sobie - Nie pozostaje mi nic innego jak śmierdzieć. Na szczęście nie jest to czynność, która absorbowałaby mnie w całości. Bynajmniej! Wciąż mogę się rozglądać, wyglądać za okno, wciąż część energii mogę pożytkować na coś innego, multitasking praktykować. Patrzę więc. Z początku na zewnątrz, na chmury zupełnie już sine, na trawy kołysane wiatrem, na ochładzające się światło i chłodniejący krajobraz, który jednak nie chłodzi tu gdzie jestem, który za szybą zostawia swą świeżość. Widzę pierwsze krople, obserwuję strugi w ukosie i czuję te krople, jakby te same, na czole, po plecach spływające ale inne, gorące, nie dające ulgi lecz krępujące. Dysonans odczuwam. Rozglądam się po wnętrzu. Z miejsca, gdzie stoję, w obniżeniu podłogi, widzę po prawej swej stronie tylko oparcia foteli a pod nimi nogi, łydki w spodniach, kostki odkryte, stopy w butach jak i te bose i zastanawiam się kto to może jechać nieobuty, z brudną od ulicy piętą, z wytartą od chodnika skórą. Mijamy malutkie stacje, jedziemy przez pola, jedziemy przez las. Perony za oknem nie mają betonu. Wysiada się na trawnik koło małego domku, przeskakuje się nad kałużą, stąpa się między kwiatkami a myślę sobie, że niepotrzebnie się tym bosym stopom dziwiłem. Jakże często wygłaszamy pospieszne poglądy, ignorancje wyrażamy, świata i ludzi nie znając, wartości w różnorodności nie widząc.

Załącznik:
DSC_0947.JPG
DSC_0947.JPG [ 252.08 KiB | Przeglądane 740 razy ]

Słoneczniki zapatrzone są w słońce. Zahipnotyzowane i bezwolne wodzą za nim twarzami, wyciągają szyje, wpatrują się tysiącem nasion. Wszystkie, bez wyjątku ufnie oddają się jedynej znanej im rozkoszy a ja się zastanawiam, dumam o żniwach i tym, czy gdy ściąć je trzeba zachodzi się je podstępnie od tyłu, skąd nie widzą, gdzie nie wiedzą, gdzie spadają na ziemie wprost z nieba czy nie ma to znaczenia, czy nic nie ma znaczenia.

Załącznik:
DSC_0948.JPG
DSC_0948.JPG [ 249.43 KiB | Przeglądane 740 razy ]

Konduktor podchodzi, prosi o bilet nic nie mówiąc, samym wyrazem twarzy uprzejmie pyta. Podaję mu bilety, on przegląda zainteresowany jakby ciekawy był skąd ich dwie sztuki ma w ręce. Mówię, że to za rower, o za ten - wskazuję palcem choć stoję tuż obok a innego w pociągu nie ma. On skinieniem głowy dziękuje, przechodzi dalej, do ojca z synem, którzy wsiedli właśnie i siedzą a między nimi butelka. Pusta, plastikowa, zostawiona przez poprzedniego pasażera, zielona, odblaskowa się turla między siedzeniami. Ojciec postawny choć cichy i jakby nieśmiały. Słowa nie wypowiada, duże ręce splata na kolanach. To jego rzeczywistość ten świat za oknem, choć on nie wydaje się tam wcale patrzeć. Syn, sześć, może siedem lat, energiczny ale w swej energii stonowany, jakby ograniczony obecnością ojca, przywołany do porządku jeszcze zanim coś zrobi, zanim przyjdzie mu do głowy wyjechać, za obrazami widzianymi w serialach Polsatu przenieść się do miasta. Po drugiej stronie dziewczyna we flanelowej koszuli, ładna i wesoła, dwójkę dzieci usadza na rozkładanym siedzisku, za młoda na matkę, zbyt duża na siostrę. Zagaduje do dzieciaków, z mniejszym gaworzy, próbuje zająć, próbuje rozbawić, nie patrząc zupełnie za okno. Zastanawiam się, czy oni widzą jak tam jest ładnie, czy się zachwycają, czy doceniają, czy są tak zadziwieni gdy jadą do Krakowa jak ja jestem u nich tą niesamowitą odmiennością. Czy może to, co za oknem po prostu jest, zawsze było a gdy ktoś postawi tam fabrykę to po prostu być przestanie a ludzie w szynobusie spojrzą, może znów tylko przelotnie, zaciekawieni na moment zmianą widoku, który zaraz potem znów stanie się tłem, tylko innym, postępowym, "i u nas mamy komin, a co!, a wójt z partii rządzącej załatwił, obiecał parkingi, obiecał drogi, a tamta wioska zapyziała same lasy i rzeki. Dziady!" - ktoś pewnie powie.
Wjeżdżamy do lasu, jedziemy po starych torach, przejeżdżamy przez zardzewiałe mosty nad rzekami, których nazw nie znam i które być może ich nawet nie mają. Zaczynają się w lesie, kończą się w stawie, jakby ktoś poszedł do studni wody naczerpać ale wracając się potknął i rozlał.
Załącznik:
DSC_0950.JPG
DSC_0950.JPG [ 368.23 KiB | Przeglądane 740 razy ]

Nowy szynobus sprawia, że poczuć się można jak w kinie, jak w kapsule, która przenosi nad innymi czasami, nad innymi krajami. Stacja zagrody, otwierają się drzwi, słychać gdakanie kury, ktoś wysiada, ktoś inny wsiada, bryza wwiewa wilgotne powietrze, 3D, 4D, 7D, kto da więcej? Jak Dinopociąg z Kukunciowej bajki. Dziś jedziemy do paleolitu, jutro przez tunel do mezozoiku, potem pod wodę morskie stwory oglądać przez szybę.
Załącznik:
DSC_0949.JPG
DSC_0949.JPG [ 285.09 KiB | Przeglądane 740 razy ]

Stacja Lubaczów. Wysiadam ja, wysiada dziewczyna z dzieciakami, na którą czeka na peronie chłopak, wysiadają inne osoby i nie ma już w pociągu pani bez butów. Wysiadła niepostrzeżenie lub buty jednak włożyła. Przeoczyłem, nie obserwowałem bacznie, zapatrzyłem się w inne strony. Butelka została choć teraz wciśnięta między fotele już się nie toczy. Tutaj peron jest betonowy, tutaj są nawet dwa tory, tutaj pizzeria "Ola" wita podróżnych, tutaj nosi się buty.

Załącznik:
DSC_0952.JPG
DSC_0952.JPG [ 2.49 MiB | Przeglądane 687 razy ]

Prowadzę rower do wyjścia na ulicę, opieram o siatkę, patrzę na niebo.

- ajajaj, chyba zbiera się na deszcz - myślę sobie cytując Kubusia Puchatka z opowieści o baloniku i miodku na drzewie.

Sprawdzam mapę, przeglądam pogodę, czytam że opady miejscowe są zapowiadane. Porównuję z niebem i myślę, że jeśli już to miejscowo nie pada, że przecież w którą stronę by nie spojrzeć to smugi deszczu widać, że to cud będzie jeśli dojadę suchy do celu. Wsiadam na rower i Lubaczów za sobą zostawiam nie wiedząc, że tam rynek jest nowy, że Robert Korzeniowski stamtąd pochodzi. Zaczynam odliczać kilometry. 44 do celu.

Autor:  Fox [ 03 lis So, 2018 7:00 pm ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Jadę.
W końcu czuję wiatr we włosach, w końcu obserwuję znikający pod kołami asfalt, wreszcie jestem częścią świata widzianego chwile wcześniej przez szybę.
Załącznik:
DSC_0953.JPG
DSC_0953.JPG [ 214.1 KiB | Przeglądane 686 razy ]

Droga jest równa, sucha i chociaż nie ma pobocza to przy tak niewielkim ruchu nie jest to coś, czym warto zaprzątać sobie głowę. Oglądam się za siebie i widząc, że nikogo tam nie ma, że pusto jest aż po sam horyzont, zjeżdżam na środek drogi, przyspieszam, czuję zapach mokrej trawy, mokrego pola i lasu, w uszach słyszę wiatr i szum kręcących się opon. Po lewej bociek, na czerwonej nodze stoi w trawie, po prawej, w oddali traktor jadący po polu. Aż chce się wyprostować, puścić kierownicę, zamknąć oczy i rozkładając ręce na boki wykrzyczeć jak fajnie jest być, żyć, jechać
- (ewentualnie Sayonara!) zaraz potem ginąc - myślę sobie, opanowuję emocję i zjeżdżam znów na prawo. W pamięci mam bowiem przestrogi znajomego, który w czasie jazdy samochodem zaplątał się w ściągany przez głowę kosmaty sweter. Nieprzyjemna sprawa. Samochody pojawiają się bowiem znienacka. W moją stronę same niewielkie ale w tą przeciwną ciągną tiry, jeden za drugim. Droga robi się coraz bardziej mokra i wyboista. Co gorsza, za każdym mijanym wzniesieniem nie ma wyczekiwanego zjazdu a tylko wypłaszczenie lub kolejna górka. Tego zupełnie nie przewidziałem, na street view wszystko wydawało się takie płaskie. Początkowo jadę 30kmh, potem jednak 26, 24, 22... Gdy na podjeździe zwalniam do 18 przypominam sobie, że z taką prędkością biega podobno świnia domowa. Nie widzę jednak żadnej więc nie mogę tego zweryfikować. Pot coraz obficiej ścieka mi po czole, czuję mokre plecy pod plecakiem, martwią mnie momentalnie opuszczające mnie siły

Załącznik:
DSC_0954.JPG
DSC_0954.JPG [ 277.25 KiB | Przeglądane 686 razy ]

Stopniowo na drodze, poza zwykłymi nierównościami, zaczynają pojawiać się także głębsze dziury a koleiny coraz częściej wypełnione są wodą. Mogę jechać albo środkiem jezdni albo tym wąskim paskiem asfaltu pomiędzy koleiną a poboczem. W pierwszym przypadku ryzykuję, że coś mnie zmiecie, w drugim że wykoziołkuję między drzewa, zostawiając przednie koło a razem z nim rower, na sztorc, w przydrożnym mule. Z dwojga złego wybieram drugą opcję i jadę tym czarnym wybrzuszeniem pomiędzy wodą a żwirem, jakby ciastem wylewającym się spod wałka. Robi się coraz mniej przyjemnie. Muszę coraz bardziej uważać żeby się nie rozbić. Opony mam bowiem zupełnie łyse. Takie kupiłem wraz z rowerem i do tej pory nie wiem czy to z zużycia takie są czy z dizajnu. Wiek roweru - 20 lat - skłania mnie ku pierwszej opcji. Wzmaga się wiatr. Wieje mi prosto w twarz. Miły chłód, który początkowo tak mnie cieszył, przeistacza się powoli w ziąb, który przy każdym wjechaniu w mgłę rozpylonej przez ciężarówkę wody, coraz dotkliwiej odczuwam. Deszcz musi być coraz bliżej. Do tej pory jechałem jakby pod świetlistym parasolem. Dookoła kłębiły się ciemne chmury a nade mną, w jakiś cudowny sposób uformował się jasny obłok oświetlający mi drogę. Teraz ustępuje on powoli miejsca nadciągającemu od zachodu cumulusowi. Staram się przyspieszyć, sprawdzam, czy dam radę mu uciec. Nogi mam jednak jak z waty, zrobiłem się głodny i chce mi się pić. Jadę coraz wolniej, plecak coraz bardziej mi ciąży. Dojeżdżam do jakiejś miejscowości, nie dam rady dalej tak jechać. Zjeżdżam na piaszczysty placyk. Jest tu sklep, do którego wiodą schodki, obok wejścia wisi skrzynka na listy, a na dole, przystawiona do ściany ławeczka, zyskująca w ten sposób oparcie dla zmęczonych pleców, ukojenie daje dwóm panom, ubranym do pola, w gumiakach, w grubych dłoniach dzierżącym puszkę piwa. Choć żaden z nich słowa nie wypowiada to ma się uczucie, że dopiero co przestali, że wszystko dopiero co przedyskutowali, że są nagadani. Nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Wchodzę po schodkach do sklepu. Pot, pomimo chłodu, ścieka ze mnie strumieniami. Kupuję czekoladę i butelkę coli. Wychodzę na zewnątrz by trochę ochłonąć. Siadam na schodach, opieram się bokiem o barierkę. Panowie kończą niespiesznie piwo. Wciąż nic nie mówią ale chyba dlatego, że po prostu nie muszą. Nie czują potrzeby ubierać emocji w słowa. Widać, że się znają, być może rozumieją bez słów, nie potrzebują niczego wygłaszać, dzielą wspólną rzeczywistość. Cieszą się tą chwilą, gdy po skończonej pracy można jeszcze siąść, popatrzeć przed siebie, zaznać trochę ciszy i odłożyć jeszcze o tą minutę, dwie, powrót do domu, gdzie żona z miotłą, gdzie dzieci krzyczą, gdzie rejwach i kolejne obowiązki, gdzie padnie niewygodne pytanie gdzie te 3zł podział, które na zeszyt dla dziecka miał wydać, na co przepuścił łotr i pijak jeden niewdzięczny, gdzie przepił bo przecież piwo czuć już od progu, gdzie się bawił zamiast robić i czas z dziećmi spędzać. Ja też zwlekam, nie chcę już jechać dalej, czekam aż wrócą mi siły. Myślę, że może nie będzie padać, że może mi się uda, że może nie warto gonić tego deszczu bo a nuż go dogonię i co wtedy?

Załącznik:
DSC_0955.JPG
DSC_0955.JPG [ 318.77 KiB | Przeglądane 686 razy ]


Zastanawiam się jakby tu do tych siedzących obok zagadać, o co zapytać, jak zagaić rozmowę. Z ciszy niewiele się dowiem. No chyba żebym kontemplował, medytacji się oddał, odbył podróż do wnętrza siebie ale to strach przecież w takie miejsca się zapuszczać a poza tym nie o to tutaj chodzi. Zapytać bezpieczniej i ciekawiej. Panowie nie mają bowiem dresów ozdobionych paskami - sportowymi pagonami - a ja nie chcę pytać za kim są a raczej skąd wracają, gdzie idą, jak im się w tej wiosce żyje. Zdając sobie sprawę z tego wszystkiego, wiedząc że będę żałował straconej szansy mimo wszystko ją tracę, marnuję okazję do przytoczenia dialogu. Być może z nieśmiałości, być może ze zmęczenia, być może nie chcąc im przerywać ich chwili spokoju, być może dlatego, że wciąż jestem dla nich niewidzialny, nieistniejący, jak element, którego tam być nie powinno i który zaraz zniknie, wystarczy poczekać. Być może to wszystko to są tylko nędzne wymówki nędznego podróżnika, przez którego, miast ciekawości, wygoda, strach czy umysłowa oporność przemawia. Patrzę więc rozczarowany sobą samym na te kałuże, tak jak i oni patrzą (choć nie wiadomo w jakim stanie ducha) i widzę rozbijające się o powierzchnie pierwsze krople. Najpierw jedna, chwilę potem druga i trzecia. Każda kolejna jakby trochę bardziej spieszna. Czas jechać. Nie wiem jak daleko jest do kolejnej miejscowości, w której ewentualnie można przeczekać deszcz. Wiem jednak na pewno, że nie mogę tu zostać dłużej. Moja niewidzialność, tymczasowe nieistnienie, wraz z nadejściem tej chmury ołowianej, tego deszczu, który już zaczyna padać i który uwięzić mnie chce w tym miejscu, mogłyby przyjąć stan permanentny. Każdy fan serialu Twilight Zone zgodzi się z moimi obawami.
Ruszam powoli. Staję na pedałach. Znów jest pod górkę. Za tą górką jednak, kawałek dalej - o niespodzianko wyczekiwana! - zjazd w dół. Ulga. Ratunek. Zmieniam uchwyt na kierownicy, przyjmuję pozycję aerodynamiczną, pedałuję mocniej. Pojedyncze krople, rozbijające się o ręce, o twarz, o nogi intensyfikują swe uderzenia. Początkowo wiążę to z narastającą mą prędkością. Chwile później przestaję się sam oszukiwać. Leje jak z cebra. Obserwuję kolejne mokre plamy na spodniach, które rozszerzają swój zasięg, rozlewają się po nogawkach. Czterdzieści, czterdzieści pięć kilometrów na godzinę. Widzę coraz mniej. Woda zalewa mi oczy, samochody ochlapują mnie z każdej strony. Przestałem już dawno zwracać uwagę na kałuże. Martwię się, że nikt mnie w tej chlapie nie widzi, że z zepsutą tylną lampką jestem niewidoczny w tej mokrej szarudze. Jadę więc szybciej by nie być tak gwałtownie mijanym. Pocieszam się informacją, że wbrew logice, rowerzyści bez kasków rzadziej giną, że kierowcy widząc sportowo ubranego rowerzystę mają go za profesjonalistę, którego można minąć w odległości kilku centymetrów z dowolnej strony, którego można szturchnąć zderzakiem, którego można popchnąć lusterkiem. Takich jak ja omijają szerokim łukiem. Zjeżdżam na dół, mijam zakręt, dojeżdżam do miejscowości Narol. Kolejna fascynująca mnie nazwa. Jest tu rynek, są arkady, jest gdzie się schować:

Załącznik:
DSC_0957.JPG
DSC_0957.JPG [ 282 KiB | Przeglądane 686 razy ]

Jestem przemoczony i dygoczę z zimna.
Załącznik:
DSC_0956.JPG
DSC_0956.JPG [ 278.34 KiB | Przeglądane 686 razy ]

Google pokazuje, że jest 17 stopni ale wydaję mi się, że dużo mniej. Jeszcze dwie godziny wcześniej było 33. Nie mogę uwierzyć w tą zmianę. Plecak mam przemoczony a wraz z nim większość jego zawartości. Gdy deszcz trochę słabnie zaczynam rozglądać się za ratunkiem, wypatruję sklepu z jakąś suchą odzieżą. Na rynku czynny jest tylko jeden ale wygląda na duży i dobrze zaopatrzony. Czuję się natchniony nadzieją. Na pewno znajdę tutaj coś, czym będę mógł się ogrzać. Rzeczywiście. Już przedsionek zajmują znicze a kolejna sala pełna jest alkoholu. Gdybym nie musiał jechać dalej na rowerze to wyposażony w ten sposób na pewno spędziłbym kilka miłych chwil. Rozglądam się jednak za działem tekstylnym. Na próżno. Nie widząc nigdzie kurtek, swetrów ani nawet podkoszulków pytam sprzedawczynię, czy znajdę gdzieś, na którejś z tych pełnych od towarów półek, chociaż parę skarpet, byle kalesonów czy jakichkolwiek majtek. W desperacji, w jakiej się znalazłem, nie precyzuję nawet czy męskich czy damskich. Jestem gotów na poświęcenia.
- Niestety nic takiego nie mamy. W trzeciej sali są tylko kremy i szampony.
- Eh...a wie pani może, czy jest tu jakieś inne miejsce, gdzie można się jakoś ubrać? Nie będę wybrzydzać.
- Po drugiej stronie rynku jest sklep z używaną odzieżą ale obawiam się, że o tej godzinie... - mówi spoglądając na zegarek
- ...jest już zamknięte - kończę zdanie za nią, sam dopowiadam sobie te smutne słowa.
Widziałem ten sklep już wcześniej. Szyld kolorowy ale okna ciemne. Ktoś wychodząc tego dnia, nawet o tym nie wiedząc, zgasił za sobą nadzieję.
- O tej godzinie już nie kupi pan tu niestety niczego. Chyba dopiero w Tomaszowie, może jakaś Biedronka, przykro mi.
- Nic nie szkodzi, co zrobić, dam sobie radę.

Wychodzę znów na deszcz. Jestem zrezygnowany. Patrzę na telefon. 15km do celu. 83m pod górę, 80 w dół.
- za 45min powinienem być u celu. Dam radę. Wydaję się, że od tej pory będzie już bardziej płasko - myślę sobie, ruszam w drogę, skręcam na Paary i Podlesiówkę i staję twarzą w twarz z najstromszym podjazdem do tej pory.

Autor:  Fox [ 26 lis Pn, 2018 10:18 pm ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Ocieram dłonią wodę z czoła i włosów, biorę głębszy oddech, jeden, drugi, staję na pedałach, mówię sobie, że dam radę. Po prawej stronie brzydki betonowy mur z prefabrykatów ustępuje w końcu miejsca ładniejszemu, z kamienia i żelaza, zza którego wyłania się restauracja. Po lewej dwór Łosiów herbu Dąbrowa, któremu nie mam jednak czasu ani siły się lepiej przyjrzeć. Widzę przelotnie tyle, ile chcą mi pokazać mur, drzewa, wzniesienie. Tyle ile odsłaniają, tu i ówdzie, przez wyłomy, ubytki w kamieniu, tam gdzie mniej gałęzi, gdzie krzak nie zarósł, tam gdzie zbocze niższe, szarych ścian kawałek i czerwonych dachów. Po mojej stronie, jakby ktoś zaciekawiony stamtąd chciał wyglądać, a proszę państwa, proszę bardzo, zapraszam, barwy są podobne, szary asfalt, czerwony rower, czerwony ja, choć równie dobrze już siny, o tej porze, w tej temperaturze rozdygotany, mokrym podkoszulkiem oblepiony. Dziwie się sam sobie czasem, dziwię się i tym razem, że choć nie ma we mnie krzty wiary w religijnym tego słowa znaczeniu to jednak, w chwilach trudu i zmęczenia, przypomina mi się piosenka, którą ktoś, kiedyś, w innych czasach, w innym życiu prawie, wyświetlił na ekranie i w tłumie nakazał śpiewać. Pan jest mocą swojego ludu, pieśnią moją jest pan.

- "Pan Panu, Pan wie za co" - napisał kiedyś hrabia Łoś na kaplicy ufundowanej w Narolu.

Znów naciskam mocniej, znów rower przyspiesza. Wjeżdżam na górę, gdzie odkrywam, że deszcz już nie pada, że to tylko wiatr krople z liści zrzucał mi na głowę, szumiąc w uszach, przewiewając mokre ubrania. Robi się płasko, widzę las, widzę pola, widzę jak chmury jakby mniej ciemne się stają. Moja tarcza i moja moc - uśmiecham się sam do siebie, że wciąż mam w głowie tą melodię. Nieskończona ilość wszechświatów, każdy losowy, Big Bang i niektóre się rozpadają, inne trwają chwile dłużej, w innych hel łączy się z wodorem, powstają gwiazdy, bum bum węgiel, potem planety, miliony planet, układów, znów wszystko losowe i w jednym przynajmniej, jednym z milionów, przez czysty przypadek goldilock, ekosfera, orbita o ekscentryczności bliskiej zeru, i my, i ja jadę przez tą drogę polno-leśną i mogę się zachwycać. Piękno, które nie istnieje nigdzie poza umysłem osoby obserwującej, jest względne, osobiste, jest teraz w mej głowie. Jadę coraz szybciej. Nie ma później, nie ma potem, jest tylko teraz. Tylko teraz jesteśmy, tylko teraz możemy coś zrobić, tylko teraz możemy wstać z kanapy, tylko w ten sposób ma to wszystko jakiś sens.

Załącznik:
DSC_0958.JPG
DSC_0958.JPG [ 261.48 KiB | Przeglądane 449 razy ]

Załącznik:
DSC_0959.JPG
DSC_0959.JPG [ 2.85 MiB | Przeglądane 449 razy ]


...Nie jestem sam i moja siła... Z pola po lewej stronie wbiega na drogę zając, szarak zwyczajny a ja widzę jego biały zadek i długie nogi coraz dalej przede mną. Przyspieszam, zapomniałem, że jestem zmęczony. Czterdzieści, czterdzieści pięć kilometrów na godzinę, szosa zaczyna opadać w dół, wjeżdżam do lasu, pięćdziesiąt, pięćdziesiąt dwa, nie mam szans dogonić zająca, niesamowicie jest szybki. Biegnie przede mną jakby czerpiąc satysfakcję z własnych możliwości, upaja się prędkością, dzieli ze mną radość chwili. Nie spogląda do tyłu ale wie, że jestem za nim i wie, że go nie dogonię. W końcu, gdy już jest pewny, że i ja to wiem, że muszę uznać jego wyższość, zwalnia, staje na poboczu, patrzy na mnie ukradkiem i wbiega między drzewa, znikając mi z oczu a ja jadę dalej pustą drogą. Nikt mnie nie mija, nikogo nie widać. Zostałem ja i las dookoła.
Załącznik:
DSC_0961.JPG
DSC_0961.JPG [ 236.83 KiB | Przeglądane 449 razy ]

Czuję znów lekkość w nogach, wiatr suszy mi nieco ubrania, robi się cieplej. Myślę sobie, że teraz dojadę już bez trudu, że kilometry szybko będą znikały, że już niebawem dotrę do celu.

Przekonany o tym, że już nic mnie tego dnia nie może zaskoczyć wjechałem do wsi Podlesina. Tam skończył mi się pod kołami asfalt.

Załącznik:
DSC_0966.JPG
DSC_0966.JPG [ 362.33 KiB | Przeglądane 449 razy ]

Autor:  Struna [ 29 lis Cz, 2018 11:53 am ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Tak z ciekawości - Ty tam w ogóle dojechałeś, daleko jeszcze ? ;)

Autor:  Fox [ 29 lis Cz, 2018 7:54 pm ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Struna napisał(a):
Tak z ciekawości - Ty tam w ogóle dojechałeś, daleko jeszcze ? ;)

W następnym odcinku: Fox przebywa cało i szczęśliwie ostatni fragment trasy do Tomaszowa, gdzie dociera już po zachodzie słońca. Na miejscu czeka na niego samochód ale poza tym niewiele się zgadza z oczekiwaniami. Spodziewana ulga okazuje się chwilowa:)

Emisja odcinka najwcześniej za tydzień:(

Ta relacja nie ma na celu szybko się skończyć. Motywy jej napisania są bardzo skomplikowane i sam jeszcze chyba nie doszedłem do tego jakie:)

Autor:  Struna [ 29 lis Cz, 2018 11:02 pm ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Ja nie pośpieszam - bynajmniej.
Ale tak odrobinkę mnie jednak korci kwestia tej "terenówki" :)

Autor:  bananowiec [ 03 gru Pn, 2018 7:07 pm ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Oj, chyba długo będziemy czekać na zakończenie tej opowieści, choć muszę przyznać, że na forum zaglądam głównie żeby sprawdzić czy nie napisałeś dalszej części :Y Super się to czyta, a na dalszą część historii czeka się jak na kolejny odcinek ulubionego serialu :? :Y

Autor:  Fox [ 10 gru Pn, 2018 11:39 pm ]
Tytuł:  Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Patrzę przed siebie ale jakby z niedowierzaniem, z trudem próbuję zrozumieć widok przede mną się rozpościerający. Asfalt skończony, szutrem zastąpiony, piachem z dziurami zakisłym jabłkiem wypełnionymi jest mi drogą i przeszkodą zarazem. Cisza. Pies nie szczeka, żywej duszy nie widać, flauta i tylko serce bije, kropla potu ścieka po czole, mokrą smugę po sobie zostawiając, drogę torując kolejnej. Ocieram ją dłonią, szlak ten zacieram, rozglądam się i głowię, i w głowę zachodzę, jak to jest, że Google taką trasę mi nakreślił. Sprawdzam czy przypadkiem pieszego szlaku nie wybrałem ale nie, nic z tych rzeczy, kolarzówka niebieskim kółkiem jest zaznaczona.

- Że też przez myśl mi nie przeszło - myślę zaskoczony i zdurniały - że rower równie dobrze górskie może mieć znaczenie.

Jest tu jednak tak, jakby ktoś z góry przewidział, sprawę sobie zdawał, że ktoś inny, zaskoczony, w tym miejscu się zatrzyma i tak jak Frank Drebin w Nagiej broni, na wzgórzu za miastem, gdzie skończył się chodnik pod jego stopami, gdy snując hipotezy na temat tego, kto i czemu na życie Nordberga się zamachnął, rozglądnie się w końcu i zada sobie to podstawowe pytanie:

- "Where the hell am I?"

Ustawiono tu bowiem tablicę, na którą zaraz po dojściu do siebie wzrok pada automatycznie, której nie sposób przeoczyć, która jak dobry służący, choć nie nachalna to usłużna, wtedy gdy trzeba się tylko pojawia.
Załącznik:
DSC_0963.JPG
DSC_0963.JPG [ 233.53 KiB | Przeglądane 68 razy ]

- Tu jesteś - mówi do Ciebie niemym czerwonej kropki i strzałki sposobem - i jest tak jak myślisz, że w każdą ze stron asfalt się kończy, gruba kreska w linię cieniutką przechodzi. Również ta droga na prawo - tak, ta nowa, którą widzisz koło kościoła, która kusi i lekką jazdę obiecywać się zdaje, też krótkim jest tworem i za zakrętem znika.
Załącznik:
DSC_0967.JPG
DSC_0967.JPG [ 236.85 KiB | Przeglądane 68 razy ]

Ruszam powoli w stronę Rabinówki. Omijam kałuże i wystające kamienie, jadę ostrożnie by nie przebić koła, które lekko zapada się w piasku ale wciąż toczy do przodu, sparciałą gumę ścierając. Gdzieś niedaleko zaczyna szczekać pies. Nie mam przeważnie nic przeciwko tym zwierzętom. Co prawda ilość krów, świń, kotów czy innych niewinnych stworzeń, które trzeba zmielić na karmę, by je wszystkie wykarmić jest przeogromna ale niektóre są miękkie, przyjazne i można je lubić. Dopóki nie szczekają. Wtedy czuję niepokój. Gdy szczekają i biegną, czuję lęk. Gdy biegną w moją stronę - jestem przerażony. Tak się właśnie poczułem odkrywając, że szczekanie dobiega zza moich pleców a średniej wielkości psisko zmierza w moim kierunku.
- Cała ta moja droga jest jak choroba dwubiegunowa - myślę sobie pędząc po szutrze, zostawiając w tyle rozwagę oraz psisko - chwile euforii, gdy zapominam o zmęczeniu i gnam przed siebie, jak w amoku, jak w manii przeplatają się z postojami, zwątpieniem czy zadumą. Jak życie całe, którego być może ta trasa jest metaforą i gdzie pewne jest tylko to, że zmysły tracę, w obłęd wpadam, bajdurzę i majaczę.
Dojeżdżam do lasu, patrzę za siebie, nie widzę psa, nie widzę wsi, wszystko za sobą zostawiłem. Las dookoła jest ciemny i wciąż ciemnieje. Brązowe pnie drzew a między nimi coraz czarniejsze tło, kępami krzaków poprzeplatane. Staram się nie myśleć, czy coś tam nie łazi, nie grasuje, zdobyczy nie szuka, świecącymi ślepiami nie wodzi. Jadę wpatrzony przed siebie, pod górkę łagodną choć kamienistą, skręcam w lewo, gdzie las się powoli przerzedza i nagle chmury znikają, słońce się pojawia i pomarańczowym blaskiem rozpędza mrok, cienie oddala.
Załącznik:
DSC_0970.JPG
DSC_0970.JPG [ 391.65 KiB | Przeglądane 68 razy ]

Załącznik:
DSC_0972.JPG
DSC_0972.JPG [ 251.5 KiB | Przeglądane 68 razy ]

Znów jestem zaskoczony. Jak te słoneczniki, które tutaj w tej nagłej mroku w jasność przemianie, zdezorientowane na wszystkie strony się rozglądają, jakby ktoś im coś powiedział, czego jeszcze zrozumieć nie mogą, w nowej rzeczywistości odnaleźć się muszą, nowego celu szukają tak i ja się rozglądam, tajemnicy szukam i widzę, że droga na powrót równa się stała a obok lwy, brama pokaźna i ceglane słupy
Załącznik:
DSC_0968.JPG
DSC_0968.JPG [ 409.8 KiB | Przeglądane 68 razy ]

które jednak zastanawiają, dziwują, nie strzegą bowiem niczego, za których plecami człowiek na próżno dworu szuka, zamku wygląda, powodu ich istnienia wypatruje. Puste jest to królestwo za majestatyczną fasadą, za wystawną bramą nic na nikogo nie czeka. Wydmuszka, atrapa, ugór, nicość ale jeszcze nie teraz. Po mojej stronie łąka, trawa, las i droga i jadę dalej i pola i powiązane w rolki źdźbła zboża, zastygłe a zarazem jakby w ruchu wyglądające, jakby ktoś je z górki stoczył, dla zabawy popchnął w dół stoku, patrząc który najdalej zajedzie, który najniżej się stoczy
Załącznik:
DSC_0973.JPG
DSC_0973.JPG [ 279.97 KiB | Przeglądane 68 razy ]

a na samym dole ja, gdzie miejsce dla padliny ktoś przygotował, nietykalność obiecał, już ogrodzone i tabliczką opisane. Nic tylko się wczołgać, położyć, oczy zamknąć, w nicości pogrążyć.
Załącznik:
DSC_0976.JPG
DSC_0976.JPG [ 435.48 KiB | Przeglądane 68 razy ]

Ale to jeszcze nie teraz. Dziękuję za propozycję, doceniam starania, chętnie ale nie tym razem, jadę dalej bo to już prawie za rogiem, cel mi przyświeca doczesny i przyziemny
Załącznik:
DSC_0978.JPG
DSC_0978.JPG [ 327.14 KiB | Przeglądane 68 razy ]


Zjeżdżam w dół, żegnam słońce, które chowa się za górą, za lasem, za horyzontem, wjeżdżam między domy, z każdym skrzyżowaniem widzę więcej samochodów, ludzi, życia. Skręcam na Zamość, przy pomniku w boczne zjeżdżam osiedle. Mija mnie policja a ja jeszcze lewy i prawy skręt wykonuję i po kostce bauma ostatnie metry przemierzam i jest, i stoi, zielony i z tyłu podniesiony a ja się zastanawiam, czy tak to sobie wyobrażałem, czy tego właśnie szukałem czy tutaj właśnie jechałem i jeśli tak to co teraz?

Załącznik:
DSC_0979.JPG
DSC_0979.JPG [ 337.95 KiB | Przeglądane 68 razy ]

Strona 2 z 2 Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
https://www.phpbb.com/