Trip 2015?? Turcja!

Tutaj umawiamy się na spotkania klubowe, informujemy o odbywających się zawodach i imprezach sportowych i tuningowych.
Awatar użytkownika
adrianchaber
Nowicjusz
Posty: 79
Rejestracja: 13 lip ndz, 2014 8:03 am
Posiadany PUG: 205 GL 1.1 TU1M BOSCH INJECTION 1990 r.
Numer Gadu-gadu: 7890643
Lokalizacja: Siemianowice Śląskie

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: adrianchaber » 09 lip czw, 2015 10:27 am

Po prostu ekstra! :Y :Y
"Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu"

MaciekD
Junior
Posty: 123
Rejestracja: 30 cze pn, 2014 11:16 pm
Posiadany PUG: 205 GTI 'Le Mans'
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Łódź / Warszawa

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: MaciekD » 09 lip czw, 2015 11:06 pm

Pięknie :)

Wysłane z mojego C5303 przy użyciu Tapatalka

Awatar użytkownika
andi_kamachi
Junior
Posty: 471
Rejestracja: 28 kwie czw, 2011 1:58 pm
Posiadany PUG: 205 1,4 Roland Garros, 205 1,8DT
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Warszawa (praca i mieszkanie), Trzcianka k. Wilgi (stąd pochodzę)
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: andi_kamachi » 09 lip czw, 2015 11:43 pm

Kot, który żyje z wyłudzania odszkodowań- dla mnie miszcz! :D

Awatar użytkownika
Florek2b
Peugeot 205 Master
Posty: 2196
Rejestracja: 10 gru pn, 2007 5:34 am
Posiadany PUG: 205 GR 1,9 (jak ktoś jeszcze ma 1,9 w 5 drzwiach niech da znać :D)
Numer Gadu-gadu: 1958447
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Florek2b » 10 lip pt, 2015 1:50 pm

Tak w kwestii sprostowania to umywalkę urwał Gad :P podczas oględzin domku 8)7
i podczas tych samych oględzin gościu oblał mi spodnie wodą z bideto-kluzetu w który naprawiał spłuczkę :D

Awatar użytkownika
Pluto
Maniak
Posty: 1615
Rejestracja: 17 cze śr, 2009 10:33 pm
Posiadany PUG: Audi A4 Quattro Avant
Lokalizacja: Lubin
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Pluto » 18 lip sob, 2015 9:08 pm

Co dalej? Co dalej?!

Jak zawsze relacja na poziomie _O_
Opel Vectra 1.6 75KM '91 -> Peugeot 205 Look 1.1 60KM '91 Obrazek -> Peugeot 106 Hasseröder 1.4 75KM '98 Obrazek @ Peugeot 106 Hasseröder 1.6 105KM '98 Obrazek

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 24 lip pt, 2015 7:20 pm

Dzien 9, 8 maja, piatek. Ulubey - Clandras Köprüsü - Pamukkale. ~150km

Obrazek

Otwieram oczy i leze w bezruchu. W spiworze nic mi sie juz nie rusza. Ulga. Jesli byly tam jeszcze jakies robaki to najwyrazniej w nocy zdechly. Rozpinam zamek, wywijam spiwor na lewa strone. Nic nie wypada. Kolejna ulga. W pokoju jest ciemniej niz moznaby sie spodziewac. Czyzby mialo jednak padac? Wczorajsze prognozy mowily o mozliwym deszczu. Nasluchuje wiec jeszcze przez chwile ewentualnych kropel uderzajacych o dach ale wszedzie panuje cisza. Lodowka, oblozona z kazdej strony poduszkami i materacami, tez przestala brzeczec. Spokoju nie mącą tez niczyje kroki na schodach. Po tym jak wczoraj mielismy juz dosc odwiedzin sanitarnych i zabarykadowalismy sie w domku, byly obawy ze juz od wczesnych godzin porannych pod drzwiami utworzy sie kolejka. Zwlaszcza Dzikson, odprawiony wczoraj z kwitkiem, praktycznie juz namydlony spod samego prysznica, byl podejrzewany o chec dokonania porannej ablucji o nieludzko wczesnej porze.
Kukuncio juz wstal, wygrzebal sie z namiociku i trenuje niedawno nabyta umiejetnosc wstawania opierajac sie o lozko. Ula zalewa mu mleko woda mineralna i podaje do picia.
- gulp. gulp, gulp - zawartosc butelki znika w jego zoladku.

Stukanie do drzwi.

-Prosze! - krzyczymy ja z Ula. Kukuncio dalej chlepta lapczywie mleko.

Szarpanie za klamke. No tak - zamkniete. Ide otworzyc. W progu stoi Rafal.

- Ej Foxiu, slyszalem ze macie pozyczyc czajnik. Zaparzylbym sobie wrzatku.
-Spoko, bierz, stoi na stole.
-O dzieki, tak przy okazji to zostawilem tu wczoraj moja butelke z kranowka do mycia auta. O tutaj jest - mowi i siega po butelke z ktorej Kukuncio wlasnie przed chwila dostal wode do picia.

- To byla kranowka??? - Ula jest wyraznie przerazona - czemu ja tutaj zostawiles?:(

Kukuncio zauwazyl juz dno w swojej butelce i tez patrzy sie na nas niepewnie. Przed wyjazdem lekarka mowila zeby spokojnie brac dziecko do Turcji. O ile nie bedzie pilo wody z kranu to nie powinno mu sie tam nic stac. Jest wiec chwila grozy. Przez mysl przelatuje lista chorob takich jak malaria, dur brzuszny, zoltaczka. lumbago czy rwa kulszowa. Te dwie ostatnie to chyba przesada ale tak czy siak, jakby byl to film to w tle lecialaby muzyka z horroru. tum tum tum tum. iiii... iiii...a pod obozowisko podjezdzalby juz samochod z ludzmi w strojach przeciw-epidemiologicznych. Wracamy jednak do rzeczywistosci.

- Nic mu nie bedzie. Ta woda jest calkiem przezroczysta, nic w niej nie plywa - staram sie ratowac sytuacje wskazujac na resztke wody na dnie butelki - na prawde nie wyglada zle.

Rafal przez chwile probuje jakos Ule uspokoic ale jak tylko woda mu sie zagotowuje to czmycha czym predzej na zewnatrz zabierajac ze soba dowody zbrodni.

Pod domek docieraja powoli kolejne osoby gnane potrzeba umycia sie, wyproznienia jelit czy zaparzenia sobie herbaty. Wychodze wiec na zewnatrz. Widok na kanion z balkonu jest na prawde zacny:

Obrazek

odwracam glowe troche bardziej w prawo:

Obrazek

Na namiotach sa slady mrzawki lub rosy ale chyba wiekszy deszcz nas na razie ominie. Ciemne chmury odchodza na polnoc i nawet wychodzi na chwile slonce. Dziewczynom niczego poza tym i dobra strawa do szczescie nie potrzeba:

Obrazek

Morfeusz wcina ser na samochodzie noszacym jeszcze slady wczorajszej eskapady do kanionu.

Obrazek

Fenkju-Szyba robi mu takie same zdjecie jak to wklejone powyzej po czym upuszcza telefon na beton i rozbija wyswietlacz

- Smutno mi - kwituje cale zajscie.

Morfeusz czestuje osoby towarzyszace serem z pudełka.

- O, dobry, plesniowy - Asia jest zachwycona smakiem posilku
- Jak go wczoraj kupowalem to jeszcze taki nie byl - Morfeusz jest wyraznie rozbawiony

Ja tez probuje. Wyglada jak zbita w kulke breja. Z tego co pamietam to dzien wczesniej mial jeszcze forme drobnych paskow. Morfeusz widzi chyba moje zmieszanie bo wyjasnia ten fenomen jednym zdaniem

- Kilka szybszych zakretow i zobacz Fox co sie dzieje z tym tureckim jedzeniem.

Czas wyjezdzac. Kolejny raz wszystkim udaje sie wyjechac w miare jednoczesnie. Wszystkim poza nami i Rafalem. Podczas gdy na CB slyszymy utyskiwania ze Rafal chyba jeszcze sie ociaga z wyjazdem to ja musze, zawstydzony, zameldowac na radiu ze u nas jest jeszcze gorzej

- Rafal juz wyjezdza, cisnie za wami. Niestety Uli pecherz-fistaszek znowu sie wypelnil i wrocila do domku.

Nas o dziwo nikt nie obraza a przynajmniej nie publicznie. Plusem powrotu do domku jest przypomnienie sobie o zapomnianych poduszkach. Nie trzeba bedzie spac na bucie owinietym w recznik

Obrazek

Jedziemy w strone mostu Clandras, kawalek dalej w dol kanionu. Florek zyje juz wizja kąpieli w krystalicznie czystej wodzie pod wodospadem. Wlasciwie to cala droga wiedzie mniej lub bardziej wzdluz kanionu co kilka kilometrow go przecinajac. Mamy wiec troche zjazdow i podjazdow oraz sporo zakretow. Idealna droga na tripa. No moze fragmentami troche gorsza. Zwlaszcza dla osob podrozujacych w cabrio:

Obrazek

Po kilku kilometrach Gad zarzadza skret w lewo, w boczna droge o nizszej klasie nawierzchni i o polowe zredukowanej szerokosci. Mijamy plantacje czegos co wyglada jakby zjadla to zaraza albo strawil pozar:

Obrazek

Niech nikogo nie zmyli niebieski kolor nieba. Wklailem tutaj zdjecie zrobione kilka godzin pozniej. Tak na prawde w oddali blyskaly sie wtedy pioruny a siny kolor chmur przypominal o zeszlorocznym polskim lecie. Dokladnie cos takiego:

Obrazek

Po drodze minelismy zaparkowana na poboczu Renault-Dacie z ktorej wyszla cala rodzina z motykami i zaczela kopac grzadki. Na kilku wirazach podstepnie rozsypany byl piasek. Wszyscy zachowali jednak czujnosc i nikt nie wydachowal. Chwile potem auto Janusza przestalo jednak jechac na gazie z prozaicznego powodu braku tego surowca w butli a chwile pozniej takze na benzynie. Tutaj powod byl jeszcze nieznany a przez to intrygujacy.

- Auto nam gasnie, gaz sie skonczyl na na benzynie nie chce jechac - trafnie ujela problem Martyna

Zastanawiam sie przez chwile czy to nie przez to ze Janusz ma teraz moja sonde. Jest strach ze jego samochod tez moze zostac przez nia wykonczony. Na szczescie przypominam sobie ze on jej nawet nie podlaczyl wiec wycieram pot z czola sluchajac na radiu rad Dziksona:

- Moze pojedziecie na benzynie?
- Nie mozemy bo.... no bo nie dziala

Na szczescie jest z gorki wiec jeszcze kawalek mozna sie dotoczyc. Na zakrecie robimy jednak postoj i kilka osob sie zasępia

Obrazek

Gad najmniej bo wie ze auto na zdjeciu to nie to, ktore sie popsulo. Chociaz tez czerwone to jednak nadal dziala, jest jego i nic mu nie dolega. Auto Janusza widoczne jest po lewej i chyba nikt go chwilowo nie naprawia. Problem wydaje sie grubszego kalibru. Nie da sie go zalatwic w 2-3 minuty. Na szczescie jestesmy juz praktycznie na miejscu. 300-400m dzieli nas od pieknego, malowniczego miejsca - celu naszej wycieczki. Zostawiamy samochody i idziemy dalej pieszo.

Niestety rzeczywistosc odbiega nieco od naszych wyobrazen o tym miejscu. Woda zamiast byc przejrzyta jest metna, zeby nie powiedziec 'okropnie brudna'. Wodospad natomiast nie ma w sobie nic z romantycznosci ktora mu przypisywalismy. To zrzut wody z elektrowni szczytowo-pompowej.

Obrazek

Florek jakos juz przestal wspominac o kapieli.

Obrazek

Tylko most jest tylko taki jaki mial byc. Pomimo nowej, stalowej barierki wyglada nienajgorzej i dosc staro:

Obrazek

Robotnicy uwijaja sie przy ostatnich przygotowaniach do sezonu. Kilka osob stawia cos, co wyglada jak przyszla budka do sprzedazy biletow. Udalo nam sie zdazyc przed oficjalnym otwarciem. Dookola jest sporo sciezek spacerowych i mozna posiedziec sobie na skale:

Obrazek

Jest tez sklep z lodami za rownowartosc 80 polskich groszy, betonowy mini-amfiteatr i duzo kamiennych grilli rozstawionych w lesie. Czekaja az ktos w nich upiecze kielbase przy okazji wywolujac pozar lasu.

Osoby zajmujace sie reperacja samochodu Janusza wciaz nie przychodza wiec siadamy z Bananowcami w ogrodku pod parasolem i zajadamy lody. Dzikson, zauwazywszy ze Kukunciowi kranowka nie zaszkodzila sam tez postanowil zaryzykowac

Obrazek

Po stroju mozna sadzic ze klima u Heltera dmucha raczej na gore niz na stopy.

W koncu przyjezdza Gad a wraz z nim dobre wiesci. Janusze moga jechac dalej. Przetarl sie tylko jakis kabel. Pod maska ciasno, sztywnosci karoserii brak to nie ma sie co dziwic. Wszystko sie wygina, obciera i odpada. 205.

Ladujemy sie do samochodu i czekamy. Nikt nie wyjezdza. Robi sie goraco. Znow jakis towarzyski impas. Gad sie obrazil na Rafala i odmawia dalszego prowadzenia peletonu. Rafal ma jechac pierwszy. Chyba za kare bo nie ma ani mapy ani gps'a ani bladego pojecia gdzie jedziemy. Nie wiemy o co poszlo ale ruszamy za nim, ja rozkladam mape na kolanach i przez radio instruuje go gdzie ma jechac. Po drodze mijamy zolwia:

Obrazek

ktory chociaz malo towarzyski to jednak wzbudza litosc Bananowca i zostaje uratowany:

Obrazek

Jeszcze kilka kilometrow, kilka zakretow, kilka stert drewna obdartego z kory i dotarlismy z powrotem na glowna droge. Helter zglosil brak paliwa, kilka innych osob wtorowalo ochoczo, zrobilismy wiec postoj na przydroznej stacji benzynowej. Niestety byla tam tez darmowa myjna przez ktora prawie wykonczylismy sie psychicznie. Upal byl niemilosierny, spieszylo nam sie do Pamukkale, cienia bylo tyle co pod klapa bagaznika

Obrazek

Kukuncio plywal w swoim pocie, ktory zaczynal wypelniac jego fotelik a wszyscy nagle postanowili tam myc samochody.

Obrazek

Od tego czasu jestem za tym zeby zabronic takich praktyk podczas nastepnego tripu. Bylismy tak zli ze nawet nie zareagowalismy na informacje od miejscowego dzieciaka ze za zakretem, w budynku z blachy falistej (ktory o dziwo mial nawet kilka kondygnacji), pedzony jest bimber i mozna go degustowac. Kolejny punkt to listy zmarnowanych okazji.
Na szczescie kazde zlo ma swoj koniec i po godzinie czy poltorej wszystkie auta byly juz zatankowane i umyte. Dostalismy po choince zapachowej w ksztalcie turcji od wlasciciela stacji i ruszylismy w koncu do Pamukkale gdzie dotarlismy tylko raz sie gubiac.

Pamukkale jest na prawde fajne. W moim przewodniku ktos napisal ze jest rozczarowujace. Nic z tych rzeczy. Z oddali wydaje sie moze male ale z bliska jest ogromne i na prawde robi wrazenie.
Dojechalismy w porze obiadowej wiec rozsadnym wydalo sie ogarnac najpierw camping oraz jedzenie a dopiero pozniej wybrac sie na zwiedzanie. Wybralismy lokal z widokiem na trawertyny i podczas gdy obslugiwal nas lekko nieporadny student z Jamajki

Obrazek

a Florek wyszedl do toalety Morfeusz zarzadzil narade na temat urodzin tego ostatniego, ktore akurat wtedy wypadaly. Padl pomysl zeby zrobic mu tort okazjonalny z arbuza, wbijajac w niego swiece zaplonowa. Szybko napotkane zostaly jednak problemy. Nie wiadomo bylo jak w arbuzie ukryc akumulator, modul i cewke zeby swieca mrugala i mozna bylo w nia dmuchac a na domiar zlego nikt swojej swiecy nie chcial uzyczyc. W miedzyczasie Florek wrocil do stolu a Jamajczyk przyniosl pierwsze danie. Akurat takie, ktorego nikt nie zamawial.
-Damn it!

Na szczescie herbata byla trafiona i dosc smaczna. Kukuncio dostal krzeselko wyciagniete z piwnicy z ktorego szybko zlizal gruba warstwe zeszloroczenego brudu i pejeczyn.

Obrazek

Reszta popijala wode a Jamajczyk jeszcze dwa razy obwieszczal ugotowanie dania, ktorego nazwa nikomu nic nie mowila i do ktorego nikt sie nie przyznawal

-Seriously, again? - slychac bylo raz po raz.

W koncu wszyscy pojedli i chociaz znizka jaka nam obiecano nie znalazla odzwierciedlenia w rachunku to i tak opuszczalismy lokal wzglednie zadowoleni. Idziemy w biale skaly!

Obrazek

Dzikson z Helterem dyskutuja na temat nazewnictwa tureckiego

- Bez sensu ze nazwali to Pamukkale. Co to w ogole za nazwa? Nic nie mowi. Mogli wymyslec cos ciekawszego. Cos ze sniegiem, albo bialoscia np
- Np jak?
- No nie wiem, sniezna gora moze?

Tutaj ja wtracilem sie do dyskusji, przypominajac sobie rozdzial z jakiejs ksiazki o Turcji
- Pamukkale znaczy po turecku bawelniany zamek
- Aha...A no to w sumie tez spoko...

Przy wejsciu rozczarowanie. Nie mozna wjechac tam wozkiem. Dziecko musi wiec zostac. Portier nie chce sie nim zajmowac wiec albo zostanie samo albo z ktoryms z nas. Pada na mnie. Ula idzie wiec z glowna grupa zwiedzac a ja z Morfeuszem wracam na camping gdzie z pokora przyjmujemy zrzadzenie losu i opiekujemy sie dzieckiem. Jak dwoch przykladnych ojcow:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pod wieczor wraca Ula, przejmuje Kukuncia a my biegniemy nadrobic zaleglosci. Nie wiadomo czy wpuszcza nas tam z piwami wiec ja chowam swoje do kieszeni. Bląd. Po chwili mi sie wylewa i musze podejsc do bramki z wielka plama na nogawce i w oparach chmielu. Morfeusz sciaga buty, robi pierwsze kroki na snieznobialej skale i zostawia za soba czarny odcisk stopy. Olej...Jego radosc w tym momencie jest nie do opisania:) Ja tymczasem jestem zaskoczony ze te skaly w ogole nie sa sliskie pomimo iz caly czas plynie po nich woda. Zupelnie nie jak u nas, gdzie chyba kazdy w swoim zyciu wywinal orla na oglonionym kamieniu w gorskiej rzece.

Reszty zdjec chyba nie ma specjalnej potrzeby komentowac. Jest tam ladnie

Obrazek

Jedna z napotkanych po drodze rosjanek robi nam zdjecie jak dryfujemy:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W polowie trasy spotykamy Fenkju-Szybe, ktory schodzi juz na dol, konczac swoj turnus:

Obrazek

Bez wiekszego wysilku udaje nam sie go przekonac zeby z nami jeszcze troche zostal. Potem sprowadzamy go na zla droge:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

- O, sa i dziewczeta!

Obrazek

Tutaj jakby ktos sie zastanawial jak to mozliwe, ze Morfeusza tak wykrecilo, to spiesze z informacja ze nogi sa moje:

Obrazek

Tutaj Morfeusz masuje Fenkju-Szybie duzego palucha u stopy. Podobna scena byla w jakims francuskim filmie o inwalidzie. Z ta roznica ze jego masowalo sie za uchem. Jedno i drugie to chyba strefa erogenna..O! co to sie tam wynurzylo z wody na srodku?;)

Obrazek

Wracajac jednak do samego Pamukkale to faktem jest, ze spokojny i malowniczy krajobraz:

Obrazek

Zmienil sie nie do poznania po wkroczeniu do akcji Bananowca:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jak na kazdej dobrej imprezo-orgii nie moglo zabraknac psa:

Obrazek

Ktorego chyba jednak ta zabawa przerosla bo jak widac na zdjeciu ponizej - gramoli sie wyraznie wymeczony, ledwo chodzi i wyglada jakby chcial wolac taxe i jechac do domu.
Obecnosc Natalii, do tej pory kojaca nerwy i lagodzaca obyczaje tez niewiele w gruncie rzeczy pomogla:

Obrazek

bo po krotkiej chwili wybadania sytuacji i mozliwosci rozwoju wypadkow

Obrazek

(Bananowiec odprowadza jeszcze tesknym wzrokiem psa)

Obrazek

doprowadzila tylko do dalszego zintensyfikowania wszelakiej aktywnosci ruchowej:

Obrazek

Obrazek

Mozna podejrzewac ze warstwy wapnia w tych sadzawkach nie wroca do pierwotnego ukladu przez nastepnych kilkaset lat. Na szczescie moga zaczac sie odbudowywac juz teraz, gdy nastal tam na nowo wzgledny spokoj:

Obrazek

akcja przeniosla sie bowiem gdzie indziej:

Obrazek

Wszystkie te ekscesy odcisnely pietno na zdrowiu Morfeusza. Podczas przejscia do tej bardziej autentycznej czesci sadzawek nagly bol plecow rzucil nim o ziemie. Diagnoza : poszczykniecie.

Obrazek

Jak widac - miejscowi sa zupelnie nieczuli na cierpiania blizniego. Moze dlatego ze widzieli co wczesniej wyprawial i mysla sobie ze sie doigral a moze po prostu, tak jak my, wykorzystuja ostatnie promienie slonca by zakonczyc dzien udana fotka:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu nasza ekipa pracowa:

Obrazek

a tutaj Morfeusz juz podniosl sie z desek, znowu jest na chodzie i na nowo odzyskal dawny wigor

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wyszalelismy sie tego dnia za wszystkie czasy. Kazdy wracal na camping zmeczony ale zadowolony.
Obrazek

Zwlaszcza mi bylo wyjatkowo spieszno. Wypite po drodze piwa sklonily mnie do przyspieszenia kroku a przeczycie nadchodzacej sraki do biegu przelajowego. Cale szczescie ze toalety byly wolne bo na dobijanie sie do kabiny mogloby byc juz za pozno.

Rozbilismy reszte namiotow, przedyskutowalismy sprawe sladow oleju na trawniku i ich zwiazku z kioskiem Melosa, kilka osob poszlo plywac do basenu a reszta zasiadla do urodzinowej kolacji Florka. Tylko Morfeusz z Natalia gdzies sie zawieruszyli. Pijac whisky i spiewajac w rytm Helterowej gitary Fenkju-Szyba stuknal mnie w ramie, mowiac

- Patrz, Morfeusz przyszedl do stolika. Widzisz ten kubek przed nim?
- No widze, co z nim?
- A nic. Mysle ze Morfeusz go zaraz wezmie i pojdzie do namiotu

Nie minelo kilka minut a dokladnie tak sie stalo.
- wow! Niezle ale w sumie co z tym niezwyklego?
- To kubek Natalii...

Spiewy rozbrzmiewaly jeszcze dlugo i chociaz whisky tego dnia nikomu chyba nie smakowala to ten dzien mozna uznac za wyjatkowo udany. Najprawdopodobniej ostatni spokojny, w ktorym byl czas na zabawe i odpoczynek. Pozostale dni beda juz coraz bardziej meczace i pelne narastajacego niepokoju.
Ostatnio zmieniony 26 lip ndz, 2015 6:26 pm przez Fox, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 24 lip pt, 2015 11:13 pm

Dla formalnosci musze dodac, ze kilka zdjec z opisu poprzedniego dnia nie jest moich. Z braku swoich fotografii musialem siegnac do wspolnego albumu na google'u.
Fotografie zapozyczone to:
-krajobraz z burza
-Zblizenie na zolwia
-Auto Gada z podniesiona maska
-myjnia
-jamajski kelner

Kiedy bedzie reszta opowiesci, ciezko powiedziec. Skonczyla mi sie pojemnosc mojego konta na photobuckecie wiec zeby zupdejtowac kolejne zdjecia musze albo zalozyc kolejne konto albo zaplacic za dodatkowe 20GB przestrzeni w chmurze. Pewnie dopiero po wakacjach cos mi sie uda w tym temacie zaradzic. Na razie pozdrawiam z urlopu:)

Awatar użytkownika
bananowiec
Uzalezniony
Posty: 610
Rejestracja: 02 kwie śr, 2008 10:36 pm
Posiadany PUG: 205 CTI TURBOGNÓJ , 205 1.8 dturbo forever
Numer Gadu-gadu: 4940298
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: bananowiec » 26 lip ndz, 2015 5:25 pm

Zdecydowanie jeden z piękniejszych i pamiętnych dni wyprawy i do tego jeszcze ten camping z basenem :) Ćwierć moich wszystkich zdjęć z aparatu pochodzi właśnie z Pammukale :Y Foxiu zakładaj kolejne konto na photobucket lub jakimkolwiek innym zbiorniku zdjęć i jedziesz dalej :) Z każdym nowym odcinkiem budzą się wspomnienia _O_ Jak będziesz się widział z Natalką w pracy to przekaż jej żeby w końcu swoje zdjęcia opublikowała. A na razie życzymy Wam udanego urlopu i miłego wypoczynku :W

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 23 sie ndz, 2015 2:44 pm

Wykupiłem dodatkowe 20GB przestrzeni dyskowej w chmurze dzięki czemu udało mi się wrzucić trochę kolejnych zdjęć z podpisami. Tak jak poprzednio, i tutaj musiałem się posiłkować kilkoma fotkami nieswojego autorstwa (Gad przy stole, widok na camping, kilka fotek ze zjeżdżalni z których zrobiłem mix oraz stacja z myciem cabrio)

Dzien 10, 9 maja, sobota. Pamukkale - Ak han - Oludeniz - Katranci Tabiat Park : ~300km

Obrazek

Poranek na campingu:

Obrazek

Kolejny dzień z rzędu, pomimo niekorzystnych prognoz pogody, okazuje się piękny, bezchmurny i ciepły. Słońce nie daje odespać biesiady z poprzedniego wieczoru. Na szczęście whisky, która wybitnie nam nie wchodziła, nie spowodowała spustoszenia w organizmie i udaje mi się bez problemu podnieść głowę z poduszki. Kukuncio już chce jeść, Ula krząta się wokół zapasów mleka, ja zerkam na telefon. 8:30.

-Dość późno. Nikt jeszcze nie trąbi. Chyba dzisiaj nikomu się nie spieszy - myślę sobie z ulgą, przewracając się na drugi bok

Na ekranie pojawiła się ikonka nowej wiadomości. Teodor
So the car with the engine have new owner. I'm waiting for his new price. Do you want documents for the engine? Probably it will make the price higher
Zaniedbałem trochę ten wątek. Podczas poprzednich kilku dni udało się ustalić korespondencyjnie że nasz silnik nie nadaje się do naprawy. Uszkodzenia są zbyt duże. Teodor znalazł samochód z mi16 pod maską, który od kilku lat nie jeździł ale podobno da się go odpalić. Cena za silnik - 150 euro. Z pomocą Józka i Mai udało się przelać pieniądze do Bułgarii i już dzień wcześniej silnik miał być zakupiony i przewieziony do warsztatu na wymianę. Znowu się wszystko opóźni. Cóż zrobić. Co będzie to będzie. Odpisuję że wolałbym nie płacić więcej za silnik o tak nieznanej przeszłości, zachęcam do negocjacji i zapewniam że nie potrzebuję żadnych dokumentów dla tej tranzakcji. Próbuję sobie przypomnieć kiedy u nas zniesiono obowiązek wpisywania numeru silnika do dowodu rejestracyjnego. Chyba wieki temu. Są jednak kraje bardziej zbiurokratyzowane niż nasz.

Wychodzę na zewnątrz. Wygląda na to że wszyscy poza Fenkju-Szybą, Morfeuszem i Natalią już wstali. Pałaszują posiłek

Obrazek

- Cześć Gadzino, jak tam samopoczucie po wczoraj? - pytam na powitanie, dosiadam się do stolika obok i myślę - Czemu tylko my nie mamy znowu niczego na śniadanie?
- A nawet dobrze. Nie siedzieliśmy wcale tak długo. Chyba zaraz po tobie się zebraliśmy. Jest spoko ale opowiem Ci jaką miałem historię w nocy! - zaczyna wyraźnie podekscytowany.
- Dawaj - zachęcam
- Nie wiem która to była godzina ale obudziłem się z takim pragnieniem że myślałem że nie wytrzymam. Dawno nie miałem tak sucho w gębie. Szukam w namiocie czegoś do picia - nic. Wyszedłem na zewnątrz. Coś jest. Butelka piwa albo półlitrowy Tiger. Piwa miałem już dość więc wciągnąłem całego Tigera.
- Dałeś radę potem zasnąć?
- O dziwo bez problemu no ale słuchaj dalej. Wypiłem całą butelkę i zachciało mi się sikać. Poszedłem więc za namioty i sikam w krzaki. Z namiotu Januszów dochodzi niesamowite chrapanie i głosy Martyny i Janusza:

-Marecki, na brzuch!

Żadnej reakcji, chrapie dalej.

-Marecki, chrapiesz! Przestań!

Otwierają się drzwi namiotu, wychodzi Martyna i ciągnie Mareckiego za nogę. On dalej chrapie. Mówię Ci jaka abstrakcja! Stoją sobie i sikam a tutaj taka scena!

- Haha! - Podsumowuję opowiadanie śmiechem i idę trochę poćwiczyć podciągnięcia na konstrukcji basenowych zjeżdżalni. Robię trzy serie i wracam do naszego namiotu. Ula zwraca uwagę na Niemkę z karawanu na parceli obok, która spaceruje z dzieckiem po polanie.

- Nawiązała z nami kontakt wzrokowy, też ma małe dziecko. Chyba trzeba do nich podejść i coś zagadać. Nie bądźmy dzikusami.

Pytamy ile miesięcy ma dziecko. Trochę ponad rok. Trochę jesteśmy zdziwieni bo wygląda na młodsze niż Kukuncio. Może dlatego że ma cumel. Dzieci z cumlami wyglądają na przytrzymane. Pytamy skąd są, dokąd jadą. Okazuje się że podążają bardzo podobną do naszej trasą z tym że w przeciwnym kierunku. Zachodnie wybrzeże już zwiedzili. Tego dnia wyruszają na północ, w kierunku Istambułu. Wymieniamy się doświadczeniami. Ja im polecam Alzanoi i pokazuję na mapie lokalizację noclegu przy kanionie, ona mówi że jak pójdę z nią do samochodu to da mi namiary na fajny camping niedaleko Efezu. Mówi że o Aizanoi nie słyszeli. Przy kanionie nie wiedzieli że jest gdzie przenocować. W planach mają jakąś dolinę trochę bardziej na wschód od naszego szlaku. Tego miejsca z kolei ja nie znam. Ula idzie do sklepu kupić coś na śniadanie więc ja zostaję z nią sam. Pokazuje mi wnętrze karawanu. Volkswagen transporter. Ful wypas. Kanapy, łazienka, kuchnia lepiej wyposażona niż u nas w mieszkaniu. Aż dziw że nawiązała z nami kontakt. Nasza grupa, z kioskiem Morfeusza na pierwszym planie, wygląda przy nich jak zlot włóczęgów. Podczas gdy ona szuka swojego notesu, pyta ile kilometrów dziennie przejeżdżamy. Mówię że różnie. Czasem 300, czasem tysiąc. Jest wyraźnie zaskoczona. Mówi że oni, ze względu na dziecko nie robią więcej niż 200. Rozglądając się dookoła myślę sobie że w takich warunkach to można jeździć całą dobę, na okrągło. W tej chwili do samochodu przychodzi jej mąż. Wita się miło ale dziwnie na mnie patrzy. Uświadamiam sobie że jestem bez koszulki, w samych gaciach i na dodatek spocony...Jestem gotów powiedzieć

-To nie tak jak wygląda

Ale na szczęście nie ma potrzeby. Nikt mnie nie bije. Nie muszę wołać Natalii żeby mnie obroniła. Biorę namiary na camping i wychodzę. Ludzie powoli przenoszą się na basen:

Obrazek

Morfeusz namawia mnie na pomoc we wrzuceniu Olgi do wody. Plan ma przebiegły i od razu widać że dokładnie przemyślany

-Ty bierz ja za nogi, ja chwycę za ręce

Dzięki rozpisaniu zadań w najmniejszych szczegółach udaje się zrealizować zamierzenia bez żadnych przeszkód. Chwile potem ten sam los spotyka Natalię. Myślę sobie tylko

- Czy to się dzieje teraz czy to już było wczoraj? Hmmmm - tak to jest jak się pisze relację pół roku po fakcie.

Wchodzę do basenu. Kompleks chyba nie był jeszcze w tym sezonie użytkowany. Na zjeżdżalniach nie ma wody a ta w basenie wygląda jakby od roku nie była filtrowana. W narożniku dryfują śmieci. Robię parę kroków i uderzam w coś goleniem. Schylam się i wyciągam znalezisko na powierzchnię. Krzesło. Kawałek dalej znajduję stół. Wyrzucam to na brzeg. Widząc że chyba jednak, pomimo przeciwności, mamy zamiar się kąpać, jakiś turek zabiera znalezione przeze mnie meble i siatką na patyku wyławia co większe śmieci. Rafi z Józkiem i Vrooblami siedzą przy stoliku w cieniu, reszta wskakuje do basenu i gramy w piłkę i freesbie równocześnie. Natalia prezentuje wspaniały rzut. Piłka rzucona z nadludzką siłą odbija się od wody pół metra przed głową Fenkju-Szyby, zachlapuje mu oczy po czym nabierając jeszcze większej prędkości trafia go prosto w twarz. Fenkju, oślepiony wodą z paprochami, jest zupełnie bezradny

- Plask!
- Hahahaha!

Kobiety bywają okrutne. Zwłaszcza te silne.

Gadzina z Florkiem wyciągają skądś wiadra, nabieramy wody, chlustamy parę razy i tym samym uzdatniamy nieczynny kompleks zjeżdżalni:

Obrazek

Frajdy jest co niemiara. Biegamy po schodach z wiadrami, lejemy wodę i zjeżdżamy po kolei. Punktem kulminacyjnym jest ostatni zjazd Morfeusza, już od pewnego czasu podejrzewanego o ekshibicjonistyczne skłonności. Widzimy go na górze z majtkami w dłoni. Jest chwila niepewności.
- Zjedzie na brzuchu czy na plecach?
- Oby na brzuchu.
- Są rzeczy, które jak już się zobaczy to nie da się ich odwidzieć - mówi Natalia.

Melos rzeczywiście, ku uldze wszystkich zgromadzonych, zjeżdża na brzuchu.

- Plask!
- Hahaha - Gad jest wyjątkowo rozbawiony - Widzieliście co było jak skończyła się zjeżdżalnia? Hahah Ping! - rozprostowuje szybko palec ilustrując to czego przed chwilą był świadkiem.

Po zdjęciu poniżej widać że woda jednak nie dotarła do każdego zakamarka zjeżdżalni:

Obrazek

Można się zastanawiać w jakim stanie są te czulsze fragmenty ciała, tutaj skryte pod majtami. Morfeusz jednak nie traci rezonu i figluje dalej, tym razem na brzegu:

Obrazek

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Czas się pakować.

Obrazek

Przechadzające się po campingu osoby dziwnie oglądają sobie stopy i buty. Chyba wszyscy zastanawiają się skąd tam na trawie jest tyle oleju. My idziemy na pięterko zapłacić za nocleg i powoli wyjeżdżamy. Przynajmniej próbujemy. Auto Morfeusza nie odpala. Trzeba się wspomóc akumulatorem Gadziny:

Obrazek

Fenkju wygląda jakby się zastanawiał czy to zbieg okoliczności że jeden kabel jest czerwony jak samochód dookoła a drugi czarny jak pas przedni czy ktoś specjalnie to dobrał pod kolor. Jeśli to drugie to on do swojego cabrio będzie musiał skądś wziąć biały.

W końcu wyruszamy. Jako że odwiedzałem jeszcze toaletę, gdzie wysypały mi się z kieszeni na podłogę monety, to wyjeżdżamy jako ostatni. Fenkju ciśnie Hondę 160 bo nikogo przed nami nie widać. Wypadamy za miasto na prostą i dalej pusto. Jedziemy coraz szybciej. W końcu na radiu słyszymy

-Zwolnijcie bo was nie dogonimy nigdy
-??? Nie jesteście przed nami?
-No nie. Staliśmy wszyscy na poboczu i czekaliśmy. Śmignęliście tak że podmuch wiatru zatrząsł samochodami.

Konsternacja.

- Chyba nie zauważyliśmy 10 samochodów zaparkowanych przy drodze. Źle z nami.

Jedziemy już razem w kierunku Denizli:

Obrazek

Dwie nawrotki i dojeżdżamy do starego Caravanseraju Ak-Han. W dawnych czasach, sułtani, aby wspomóc handel i nabić sobie tym samym kabzę z podatków, wybudowali całą sieć budynków w których podróżni mogli spędzić bezpiecznie noc, nakarmić wielbłądy, nareperować koło od wozu czy spożyć ciepłą strawę i uzupełnić zapasy wody. Rozsiane były po całej Turcji - od granicy z Iranem, Irakiem czy Syrią aż po Istambuł. Oddalone od siebie o ok 40km. Odległość jaką dziennie pokonywało się na wielbłądzie. W każdym można było za darmo spędzić do dwóch nocy. Jedwabny szlak. Na wschodzie zachowało się ich podobno dość sporo. Na zachodzie są rzadkością. Ten, z 1252 roku, został przerobiony na restaurację ale wciąż można go zwiedzać czy wyjść na dach:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jako że było gorąco, czas powoli zaczynał już naglić a na dodatek ktoś spostrzegł tam robactwo sporych gabarytów:

Obrazek

to nie zwlekając przesadnie pojechaliśmy dalej:

Obrazek

Na jednej ze stacji obsługa w ramach gratisowej usługi myła tankujące samochody:

Obrazek

Stojąc w kolejce po wyjątkowo tanią colę i lody ujrzeliśmy wyjątkowo szybko biegnącego Bananowca. Przebierał nogami co sił a na dodatek wymachiwał rękami i krzyczał

-Stop, stop, stop!

Okazało się że pan myjący samochody karcherem nie zauważył że ma do czynienia z cabrio. Mył dopiero maskę ale niebezpiecznie zbliżał się do dachu i nie wyglądał zupełnie jakby miał się zorientować co robi źle.

- Jakby zamiast stop krzyczał "dur" to może tamten gość by szybciej zareagował. Oni mają na znakach stop taki właśnie napis - komentowaliśmy.

Na szczęście obyło się bez zniszczeń i ruszyliśmy w dalszą drogę. Robiło się coraz cieplej:

Obrazek

a my wjeżdżaliśmy w coraz większe góry:

Obrazek

Obrazek

W końcu temperatura wody i oleju w aucie Bananowca przekroczyła wszystkie rozsądne limity i trzeba było zrobić postój na wysoko położonej przełęczy. Agnieszka wydaje się mówić że jakby było jeszcze trochę cieplej to chyba strzeliłaby sobie w głowę. Na szczęście wysokość robiła swoje i chłodny, górski wiatr ochłodził zarówno samochody jak i emocje.

Obrazek

- Jak zwykle wszystkie tuningi się grzeją - zauważa Fenkju-Szyba - fabryczna 205 pewnie nigdy się nie przegrzeje. Vroobel, Rafi, Józek jadą bez problemu.
- Te prostsze wersje nie mają wskaźnika temperatury oleju. Może dlatego nikt się tym nie przejmuje.
- Nie nie, im nic się nigdy nie dzieje.
- No może. Wsiadajmy. Chyba jedziemy już dalej.

Wstępny plan był aby jechać na dziki nocleg do opuszczonego miasta Kayakoy. Stopniowo jednak ludzie chyba przyzwyczajali się do wygód i atrakcji campingowych a na dodatek Bananowiec zachwalał bardzo Olu-Deniz. Jego siostra jeździ tam polatać na paralotni. Podobno jest tam pięknie. Jedziemy więc na Fethiye:

Obrazek

Gdzie mijamy sklep "Pork Shop" z namalowaną na witrynie świnią. Niestety nikt nie zrobił temu miejscu zdjęcia a szkoda. Zastanawiając się czy ten przybytek jest regularnie demolowany przez ekstremistów muzułmańskich zjeżdżamy z górki w kierunku Olu-Deniz:

Obrazek

Niestety kurort jest wyższych lotów i nie ma w okolicy campingu. Przejeżdżamy wzdłuż laguny po wąskiej drodze aż do jakiegoś lasu w którym ktoś zasięga informacji. Camping jest ale 17km na północ. Prowadzi go znajomy tego jegomościa. Wracamy więc tą samą drogą. Pod górę wyprzedzamy autobus podziwiając jego felgi. Bardzo popularne w Turcji a zupełnie niespotykane u nas. Przypominają koła rydwanów:

Obrazek

Widoki po drodze są wspaniałe ale nie robię im żadnych zdjęć. Docieramy do Katranci Tabiat Park. To chyba jakiś rezerwat. Pole namiotowe jest dość zaniedbane. Trawa nieskoszona, prysznice całe w błocie. Właściciel oferuje nam miejsce na klepisku za wyrzuconą przez kogoś lodówką. Jesteśmy trochę zniesmaczeni. Józek wykazuje się asertywnością i zaskakuje chłopa tekstem że jest nas jednak dość sporo, mamy głośne samochody i sami też nie jesteśmy do końca spokojni. Możemy przeszkadzać innym mieszkańcom. Skutkuje. Dostajemy miejsca na drewnianych pomostach na wzgórzu:

Obrazek

Całkiem przyjemne miejsce:

Obrazek

Obrazek

Góra na horyzoncie przypomina Uli jakiś odcinek Losta:

Obrazek

Rzutem na taśmę udaje nam się kupić co nieco w zamykanym właśnie sklepie. Chociaż prawie cały asortyment jest dmuchany to jednak znajdujemy coś, co da się strawić. Ci, którym się nie udało zaspokoić apetytu idą na obiad do miejscowej knajpy. Ja zostaje z Kukunciem i jemy konserwę wieprzową:

Obrazek

Z tyłu chyba Dzikson idzie z kimś za rękę. Są to sceny niebezpieczne w kraju muzułmańskim więc zostały zamazane.

Fenkju-Szyba wyciąga zgrzewkę pasztetu Profi i słoik fasolki. Wybór był trafny. Po chwili jesteśmy posileni i zadowoleni. Reszta wraca zniesmaczona. Lokal w którym się stołowali był obskurny a jedzenie paskudne. Siadamy z Fenkju na murku i otwieramy kolejnego Efeza. Kukuncio w międzyczasie się zesrał. Ula go przebiera a my obserwujemy scenę jaka rozgrywa się w tle. Agnieszka po zjedzeniu łososia z puszki rozstaje się definitywnie z Dziksonem. Jego rzeczy muszą więc zostać przeniesione do innego samochodu. Nie wiemy czy to wszystko ma coś wspólnego ze sceną podpatrzoną wcześniej.

Obrazek

To o czym mówią również jest dla nas zagadką. Grunt że emanuje od nich siła spokoju i rozsądku. Dosiada się do nas Morfeusz. Kontemplujemy okolicę przy piwie. Po chwili podchodzi do nas Gad. Dzierży w dłoni znajomo wyglądający kabel.

- Morfeusz, szczura miałeś pod maską. Wygryzł Ci ten tandetny przewód, którym podłączyłeś pompę.
- No nie! Urwaliście mi to? Jak ja teraz odpalę auto?
- Nie gadaj tylko idź to zrób porządnie.

Poszedł. Opuszczone przez niego miejsce szybko zajęła Natalia. Otworzyliśmy kolejne piwo.
- Straciłam moją płytę z muzyką - żali się
- Co się stało?
- Dzikson zabrał Agnieszce radio. Płyta została w środku
- Czemu zabrał?
- Podobno było jego.
- No ale czemu teraz? Po co mu ono? Jak go będzie słuchał?
- Nie będzie ale zabrał i tak.
- Ooo ciekawe co jeszcze zabierze:) Dywaniki nie były przypadkiem jego?a kierownica?:)
- Dobrze że to nie Dzikson pompował koła przed wyjazdem - śmieje się Fenkju - teraz by pewnie wykręcał wentyle:)

Powoli zapadł zmrok. Zajęliśmy się biesiadą i planowaniem kolejnych dni. Padł pomysł aby pojechać do opuszczonego miasta w nocy. Niestety nikt go nie podchwycił. Kolejna zmarnowana na tym wyjeździe okazja. Mijały kolejne godziny, chodziliśmy się po kolei kąpać pod prysznicami za domek turków oglądających non-stop telewizję a Dzikson z Agnieszką wciąż debatowali. Dołączył też do nich Florek, który odgrywał rolę mediatora. Na niewiele się to zdało. Idąc, jako ostatni chyba, pod prysznic usłyszałem tylko strzępki rozmowy.

- Prawie nic nie zrobiłeś żeby przygotować auto do podróży. Przykręciłeś może ze 4 śrubki do głośników a zgrywasz nie wiadomo co!
- Wcale nie cztery tylko osiem!

Pomyślałem sobie że są na świecie większe problemy, które ludzi potrafią szybciej rozwiązać. Np taki że zostawiłem otwartą konserwę przy namiocie i teraz została ona przekształcona w pulsujące życiem mrowisko. Wywaliłem ją do śmieci i poszedłem na spacer wzdłuż morza. Za winklem zobaczyłem rozpalone ognisko i do uszu moich dobiegła jakaś regionalna muzyka. Podszedłem bliżej. Studenci. Dwóch podeszło porozmawiać. Byli ormianami z Gruzji studiującymi w Turcji. Skomplikowane. Zaprosili nas do siebie. Powiedziałem że przekaże reszcie i przyjdziemy na pewno. Niestety tylko Paulina wyrażała chęci dalszej biesiady. Reszta coś pomruczała i poszła spać. Ktoś się rozłożył w altanie nad morzem. Wszyscy byli zmęczeni. Helter nawet nie wyciągał gitary. Tylko Agnieszka i Dzikson chyba wciąż debatowali...Władowałem się do namiotu i poszedłem spać bo co tak będę sam siedział.

Awatar użytkownika
RafGentry
Moderator
Posty: 6890
Rejestracja: 06 cze śr, 2007 8:40 pm
Posiadany PUG: GTI Griffe, GTI LeMans, GTI, CTI, XRD, XS, Indiana, 405 STDT
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: RafGentry » 24 sie pn, 2015 2:36 pm

Fox pisze: - Haha! - Podsumowuję opowiadanie śmiechem i idę trochę poćwiczyć podciągnięcia na konstrukcji basenowych zjeżdżalni. Robię trzy serie i wracam do naszego namiotu.
fox trening.jpg
Fox pisze: W tej chwili do samochodu przychodzi jej mąż. Wita się miło ale dziwnie na mnie patrzy. Uświadamiam sobie że jestem bez koszulki, w samych gaciach i na dodatek spocony...Jestem gotów powiedzieć
-To nie tak jak wygląda
Wróbel się jakoś nie przejmował ;)
20150509_105821.jpg

Awatar użytkownika
Vroobell205
Junior
Posty: 390
Rejestracja: 26 mar śr, 2014 12:33 pm
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Białystok
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Vroobell205 » 26 sie śr, 2015 10:24 am

W najbliższy wtorek zaczyna się już wrzesień 2015. Z ogromną nostalgią oglądam wpisy i odliczam czas do następnego wyjazdu. Super wspomnienia. Tym bardziej, że spędziliśmy tyle dni w trasie będąc w tak wielu miejscach. Poniżej rzut oka na wnętrze tego pomarańczowego tygrysa.
Załączniki
image.jpg
image.jpg

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 20 wrz ndz, 2015 12:17 pm

RafGentry pisze: Wróbel się jakoś nie przejmował ;)
Ja nie ten samochód wizytowałem. Ten, do którego zostałem zaproszony (dzięki twojej fotce przypomniałem sobie że odziany w piżamę:) ) był czarny i zdecydowanie bardziej luksusowy. Skóra, drewno i te sprawy.

Tak w ogóle to cały czas się zbieram żeby zakończyć tą relację ale Kukuncio tak w tym przeszkadza że nie wiem czy to jest jeszcze realne...

PS: Słysząc ostatnio o przeróżnych zamachach i zamieszkach w Turcji na prawdę cieszę się że już tam byliśmy. Gdybyśmy wybrali wtedy inny kierunek to teraz pewnie nikt by tam nie chciał jechać i przepadłby nam ten kraj jak przepadł nam już raczej Krym...

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 26 wrz sob, 2015 6:53 pm

Dzień 11, 10 maja, niedziela. Katranci Tabiat Park - Kayakoy - Dalyan ~150km (mapa tego nie zawiera ale tego dnia trochę się pokręciliśmy szukając zarówno ruin jak i campingu )

Obrazek

- Jak ja oznaczę początek i koniec dziennej trasy, jeśli zarówno jedno jak i drugie po dzisiejszym dniu będzie wyglądało, po naniesieniu na mapę, jak jej środek? Może zielona chorągiewka będzie pasowała na początek a taka w szachownicę na koniec? Będzie to zrozumiałe? Zaraz, zaraz, skąd tu ten szlam? Co to charczenie?

Budzę się. To tylko sen. No może nie całkiem. Obok na poduszce widzę Kukuncia.

Obrazek

- Wysmarkał poduszkę - stwierdzam i próbuję odsunąć się nieco na bok. Niestety nie ma tam już ani poduszki ani karimaty. Głowa dudni o deskę na której rozbity mamy namiot.

Zza namiotu dobiega mych uszu zbliżający się głos Uli:

- U Fenkju-Szyby w aucie śpi kot! - W drzwiach namiotu pojawia się obiektyw a zaraz potem uśmiechnięta twarz Wisienki. Pstryk!. Ula wstała chyba już dawno. Jest przebrana i gotowa na nowy dzień - wstajecie? - pyta.
- Jak to kot? Skąd się tam wziął? - nawiązuję do pierwszej części wypowiedzi ignorując zupełnie drugą.
- Nie wiem, spał w foteliku Kukuncia. Zrobiłam zdjęcie. Zobacz:

Obrazek

- Trzeba go przepędzić zanim Fenkju się obudzi i go nakryje in flagranti. Już ostatnio narzekał, że nanieśliśmy mu błota do samochodu. Co prawda starał się mówić spokojnie i dobierał łagodnie słowa ale i tak między wierszami można było wyczuć lekkie niezadowolenie:

- Ooo! moje auto wygląda jakby ktoś tu gnoju nawrzucał widłami! - przypominam sobie w myślach jego reakcję - Brr.

- Rozsypane mleko Kukuncia na siedzeniu też nie pomaga. Nie wiem czy kiedykolwiek uda mu się to posprzątać. Pewnie nieprędko. Trzeba będzie mu po powrocie kupić jakiś ładny prezent. Tak w ogóle to Kukuncio chyba się zaraził od kogoś zarazą. Smarka i rzęzi - zauważam wygrzebując się ze śpiwora na tyle ostrożnie żeby go nie obudzić.

W ostatnich dniach coraz więcej osób skarży się na podstępny atak jakiejś panoszącej się po okolicy choroby. Przeraźliwy katar, gorączka, bóle głowy. Być może także inne, przemilczane, objawy to jej znak rozpoznawczy. Wstajemy. Wychodzę z namiotu. Po lewej stronie wciąż kłębią się mrówki. Napędza je moja konserwa, którą jakimś cudem wygrzebały z worka na śmieci. Przypomina mi to że i dzisiaj pewnie nie będzie co jeść. No cóż. Poza rejwachem w nowym mrowisku, na campingu panuje jeszcze poranny spokój:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W altanie nad morzem widać ślady legowiska. Przez chwilę zastanawiam się czy to ktoś z naszej ekipy tam spał. Potem dochodzę do wniosku że jest to średnio istotne i o tym zapominam.

Składamy namiot. Nie jest to łatwe. Kukuncia trzeba gdzieś wyeksmitować na czas załadunku tego wszystkiego do bagażnika. Za nic w świecie nie chce siedzieć w swoim mini namiociku. Wije się i wydziera. W końcu udaje się go czymś zająć czy jakoś go inaczej spacyfikować. Wyciągamy resztki bagietki i znaleziony gdzieś pasztet. Pałaszujemy.

- Foksiu, Ulo, używacie jeszcze czajnika? Mogę pożyczyć? - Rafał wpada na poranną herbatę.
- Jasne, bierz
- Eee, macie może jakiś przedłużacz? Kontakt jest trochę wysoko
- Niestety...

Obrazek

Po chwili przychodzi do nas Gad z Anią. Wyglądają na gotowych do wyjazdu.

- To co Fox, jedziemy do tego opuszczonego miasta?
- No ja jestem za tym żeby to zobaczyć jak już tu jesteśmy.
- Dobra no to my już się powoli zbieramy. Jedziemy z powrotem do Fethiye i tego Kayakoy a potem wracamy i jedziemy dalej do Dalyanu?
- Dokładnie.

Po wyjeździe na główną drogę i skierowaniu się na Fethiye naszym oczom ukazuje się chyba najładniejszy widok drogowy na tym tripie. Zjazd w dół, po prawej morze a na horyzoncie wysokie góry. Oczywiście nie robimy zdjęcia. W Fethiye wypatruję Pork Shopu, któremu bardzo chciałbym zrobić zdjęcie. Niestety tym razem koło niego nie przejeżdżamy. Widzimy za to po lewej wykute w skale katakumby.

- Widzieliście to? Zarąbiste lochy w skale! - Bananowiec zachwyca się przez CB po czym zawiesza się na progu zwalniającym. Zaraz za nim to samo czyni Józek.

- Telmessos - będziemy tędy wracać - mówię mając na myśli skalne grobowce.
- O nie... - mówi ktoś inny mając na myśli progi.

Drogą na Kayakoy wiedzie pod górę, serpentynami. Jest wyboista ale całkiem malownicza i daje frajdę z jazdy. Za nami roztacza się świetny widok na zatokę z miastem Fethiye. Po kilku kilometrach wjeżdżamy do lasu, w którym co chwilę, między drzewami, migoczą białe kamienie ustawionych tam nagrobków. Dziwny, nieogrodzony i wyglądający na zupełnie dziki i opuszczony cmentarz. Zjeżdżamy w dół. Jest i samo Kayakoy. Mijamy kilka całkiem normalnie wyglądających domów i restauracji. Jak na wymarłe miasto jest tam całkiem sporo życia. Właściwe miasto i cel naszej wycieczki jest na samym końcu. Wzgórze okalające miasto od południa usiane jest ruinami. Praktycznie całe zbocze wypełniają domy bez okien, drzwi i dachów. Na szczycie można dostrzec mały kościółek i turecką flagę na maszcie.
Jakaś para turystów z plecakami skęca w polną drogę w stronę ruin. My jedziemy kawałek dalej w poszukiwaniu parkingu. W końcu trafiamy do zatoczki przy której jest jakiś hotel i ... kasa biletowa.
- Chyba trzeba kupić bilety....
- Ja tam wcześniej widziałem normalną, pustą drogę idącą między ruinami. Ktoś z plecakiemi tam wchodził. Nie widziałem tam nikogo sprzedającego wejściówki. Wróćmy tam.

Wróciliśmy. Przy parkowaniu z deski rozdzielczej spadają mapy i słowniki, które tam wcześniej poukładałem żeby były pod ręką.

- No nie! Nie wytrzymam tu - wykrzykuje Fenkju nachylając się w moją stronę
- Chyba mnie zabije - myślę - Uciekać? Zostawić Ule? - wstrzymują oddech a w głowie kłębią mi się przeróżne myśli - No ale zaraz? Za słownik i mapę mnie zakatrupi?
Chwila grozy. Fenkju sięga do półki w drzwiach i wyciąga na wpół wylany flakonik samochodowych perfumów do nawiewu.
- Czy to ja wylałem? - zastanawiam się i czekam na ewentualny pierwszy cios, który na szczęście nie nadchodzi.
- Natalia zabrała płyty i przewróciła butelkę. Jak ja teraz wytrzymam w tym smrodzie? - mówi a ja czuję ulgę że to nie moja wina.
- No nie wiem, może jakoś to wywietrzymy albo napierdzimy dla równowagi.

Wychodzimy. Ja rezygnuję z nosidełka i myśląc że są tam jakieś uliczki ładuję Kukuncia do wózka. Uliczek nie było. Były schody.

Obrazek

- Ty go dalej niesiesz! - słyszę i coś mi mówi że to do mnie. Nie pozostaje mi nic innego jak się dostosować:

Obrazek

W dolnej części miasta pasą się owce. Niektóre wygolone, inne nie. Jak widać i tam nie ma konsensusu odnośnie tego jak jest lepiej.

Obrazek

My idziemy do góry. Tutaj Janusz się zamyślił i nie zauważył że Martyna się zdyszała i została w tyle. Jak się zorientuje to dostanie bure i za karę nie zwiedzi kościoła. No ale nie wyprzedzajmy wydarzeń.

Obrazek

Gadowi i Morfeuszowi chyba podoba się tam bardziej niż Kukunciowi:

Obrazek

Robimy kilka zdjęć dobrze prezentującej się Oldze:

Obrazek

Obrazek

i docieramy mniej (Kukuncio) lub bardziej (ja) zziajani na szczyt:

Obrazek

Gdzie znajduje się wspomniany wcześniej kościółek:

Obrazek

I turecka flaga na maszcie:

Obrazek

Rozglądamy się dookoła.
- Dziwne to miasto. Niby Greckie a nie ma portu - mówimy spoglądając na morze, które jest po drugiej stronie wzgórza i nie ma przy nim żadnych zabudowań - Ciekawe z czego oni żyli?

Ula zamyślona.

Obrazek

Możliwe że też zastanawia się nad brakiem portu. Być może też wspomina 6tys ludzi, którzy kiedyś tutaj żyli i mieszkali a którzy zostali wypędzeni w latach 1914-1922. Część z nich została przesiedlona do Grecji a część wypędzona wgłąb Turcji. Wielu umarło z głodu i wycieńczenia gdzieś przy drodze, którą byli pieszo przepędzani do innych miejsc...Smutne są często losy ludzkości. Na podstawie historii tego miasteczka powstała książka "Birds without wings", którą kupiłem sobie przed wyjazdem a której niestety nie miałem jeszcze czasu przeczytać. Faktem jest że po wojnie Turecko-Greckiej w 1922 roku Turcy chcieli sprowadzić na to miejsce muzułmanów wypędzonych w odwecie z Grecji na mocy jakiegoś traktatu. Niestety ludzie Ci, przyzwyczajeni do życia z równinnego rolnictwa, nie chcieli zamieszkać w górskiej stercie kamieni i osiedlili się gdzie indziej. Trzęsienie ziemi w 1957 roku dokończyło dzieła zniszczenia.

Schodząc na dół mijamy wyjątkowo dobrze (zważywszy na ogólny stan tej wioski) zachowany kościół. Niestety jest ogrodzony i zamknięty. Tablica informacyjno-zastraszająca mówi coś o kamieniach spadających na głowę i domniemanej renowacji, która rzekomo jest tam prowadzona. Zaglądamy przez kraty. Nie widać śladu prac ani jakichkolwiek robotników. Teren jest ewidentnie opuszczony. Mur wygląda na możliwy do sforsowania więc wchodzimy do środka metodą hop-siup:

Obrazek

Kukuncio w wieku 9 miesięcy dokonuje pierwszego w swoim życiu włamu. Głowę ma spuszczoną. Dobrze - ma się czego wstydzić.

Obrazek

Wnętrze kościoła, choć bardzo zrujnowane to wciąż może imponować:

Obrazek

Rafał lubi nowinki techniczne więc zrobił tutaj telefonem fajne panoramiczne zdjęcie z udziałem nas wszystkich. Ja niestety nie dysponuję żadną nowinką ani takim zdjęciem. Wkleję więc takie z nie najgorzej wyglądającymi znajomymi ludźmi:

Obrazek

Vroobla zmęczył skok przez ogrodzenie i zbiera siły na drogę powrotną korzystając z energii z kosmosu:

Obrazek

Kukucio jest wszędzie noszony więc sam nie musi nosić nawet śladów zmęczenia:

Obrazek

Schodzimy na dół. Kilkadziesiąt metrów poniżej kościoła jest kasa biletowa, której udało nam się uniknąć oraz kilka straganów. Z daleka wygląda to ciekawie, z bliska już dużo gorzej. Puszka coli za 3zł czy skorupa żółwia za kilkadziesiąt sprzedawana przez pomarszczoną starowinkę. Oprócz rzeczonej łupy ma wystawione jeszcze inne stare obiekty, które jednak nas nie zachwycają. Sam lubię starocie ale to co tam było wystawione wyglądało po prostu nędznie żeby nie powiedzieć "jak wyciągnięte ze śmietnika". Trochę dalej udaje nam się znaleźć sklep spożywczy z colą w normalnej cenie i czipsami. Jest też galeryjka w której miejscowy chłop maluje drewniane magnesy na lodówkę. Kupuję jeden z rysunkowymi kotami i nazwą miejscowości. Siostra się ucieszy. Możemy wracać do Fethiye:

Obrazek

Po raz drugi przedzieramy się przez zestaw progów mocno zwalniających i podjeżdżamy pod Telmessos - pozostałości po kulturze ludzi, którzy zamieszkiwali wybrzeże Likijskie jeszcze zanim dotarli tu Grecy (Vi-IVw.p.n.e). Ludzie ci, odwrotnie niż my, woleli inwestować w mocno niepewne przyszłe życie zamiast hulać w doczesnym. Zamiast więc zbudować sobie porządne domostwa to spuszczali się na linach ze zbocza i siedząc całymi dniami w wiklinowych koszach kuli sobie w skale groby. W końcu ktoś ich najechał i wybił w pień. Co nieco jednak z ich pracy zostało i mogliśmy obok zaparkować Peugeot'y:

Obrazek

i udać się w górę stromego podejścia:

Obrazek

Gdzie w tle za Kukunciem widać grobowiec Amythasa:

Obrazek

do którego można było podejść po dokonaniu skandalicznie wysokiej opłaty. Jakiej dokładnie nie wiem bo nie pytałem. Ktoś zapytał, zdegustował się, plotka się rozniosła i psioczyli wszyscy. Nikt tam nie poszedł poza parą niemieckich emerytów. Obserwowaliśmy ich przez chwilę jak mozolnie idą pod górę.
- Myślicie że tam się da wejść do środka?
- Hmmm wtedy może warto byłoby jednak wysupłać parę groszy na ten bilet
- Ja myślę że nie wejdą - powiedział ktoś z przekonaniem.

Idą, przystają, znowu idą. Są przy wejściu.
-Chyba szarpią za klamkę
- Klamkę? Serio? Przecież to grobowiec sprzed naszej ery.
- Tak czy siak nie wchodzą. Zamknięte. Nadziali się. Nie warto było płacić. Wracamy?
- No chodźmy. Magnesy też są drogie. Chciałem kupić ale przez to nie kupiłem.

Fajną sprawą były żółwie, które ktoś hodował pod deską opartą o ogrodzenie tych grobowców. Mniej fajną - wysypisko śmieci za ogrodzeniem domu po drugiej stronie ulicy. Nawet przy nas ktoś z tego domu wyszedł i wyrzucił kubeł odpadków przez płot.

Na parkingu było jeszcze trochę problemów z kierowcą busa, który się tam wpakował utrudniając nam zawracanie ale oprócz tego dość sprawnie się stamtąd wydostaliśmy i przejechaliśmy aż do Dalyanu - mekki wielbicieli ogromnych morskich żółwi.

O tym jak nierozłączne jest to miejsce z morskimi żółwiami świadczyły sklepy z pluszowymi żółwikami a przede wszystkim fontanna na środku ronda. Niestety muszę podlinkować ją z tripAdvisora bo sam nie zrobiłem jej zdjęcia:

Obrazek

Pokręciliśmy się trochę po mieście zanim Gadowi udało się zlokalizować camping. Co prawda nie w mieście ale za to nad brzegiem jeziora. Jakieś 7km w stronę morza. Dosyć sprawnie dotarliśmy pod wskazany adres, potwierdziliśmy chęci przenocowania tam w namiotach, oglądnęliśmy piękny czerwony samochód na białych oponach (ktoś ma fotkę?), część osób została tam na obiedzie a reszta udała się na plażę. Bananowiec zwietrzył szansę na frajdę z jazdy i pocisnął przodem. Dodał gazu i wyrżnął kołem w ogromną dziurę za zakrętem.

- Wybuliło mi oponę - podsumował ten przejazd lakonicznie gdy już dołączył do nas na plaży.

Ula pokazała Kukunciowi trzecie podczas tego wyjazdu morze. Po Egejskim i Marmara przyszła kolej na Śródziemne. W tym miejscu bardzo ciepłe aczkolwiek wyjątkowo mało przejrzyste. Piasek z tej plaży mącił wodę i brudził kończyny.

Obrazek

Tymczasem nad lądem zaczęły zbierać się ciemne chmury i raz po raz błyskało się w oddali:

Obrazek

Kukuncio minę ma nietęgą bo piasek w tym miejscu miał chyba z milion stopni i parzył w jajka.
Fenkju-Szyba wyglądał jakby mu islamiści już odcięli głowę

Obrazek

a ja poszedłem przebiec się na drugi koniec plaży, w miejsce gdzie kończą swoją trasę wycieczki żółwio-znawcze. Nie wiem dlaczego wydawało mi się że do ujścia rzeki Dalyan jest blisko:

-Za jakieś 20 min powinienem wrócić - powiedziałem na odchodne.

Po 35 prawie wyplułem płuca a ledwo dobiegłem do miejsca gdzie jakaś kobieta opalała się topless. Biegały tam też małe krabiki. Zarówno jedno jak i drugie przedstawienie skończyło się jednak jak tylko się zbliżyłem. Moje życie jest czasem smutne.

Na końcu plaży, tak jak przewidywałem, było ujście rzeki Dalyan. Kończyły tam swoje rejsy statki wycieczkowe przewożące turystów. Na jednym z pomostów zauważyłem grupkę ludzi patrzących w wodę. Ktoś rzucał chleb, ktoś inny gmerał w wodzie kijem. Myślałem że może mają tam żółwia więc postanowiłem wtopić się w tłum i zerknąć. Średnio się to udało. Może dlatego że wszyscy byli ubrani a ja jedyny w samych gaciach, czerwony i spocony a może dlatego że jako jedyny nie mówiłem po flamandzku. Patrzyli na mnie dziwnie więc uciekłem. Udało mi się natomiast nawiązać kontakt z jakimś marynarzem.

- Ile za rejs?
- Ile was jest?
- 23 osoby
- 200 lira, cały statek - powiedział dając mi wizytówkę - zadzwońcie na ten numer a ja będę na was czekał jutro o 6 rano w porcie. Znajdziemy się na pewno.

Zwinąłem wizytówkę w garści i pobiegłem z powrotem. Ależ po kopiatym piasku się ciężko biega...

Po powrocie z ulgą stwierdziłem że wszyscy wciąż plażują pomimo braku słońca. Nikt na mnie nie krzyczał. Może dlatego że Natalia też poszła się powłóczyć a mi udało się ją wyprzedzić. Powoli jednak wszyscy robili się głodni a do zobaczenia było wciąż centrum ratunkowe żółwi - Dekamer. Organizacja ta skupia wolontariuszy, którzy z własnej nieprzymuszonej woli mieszkają na plaży przez kilka miesięcy i opiekują się żółwiami. Kukuncio ociągał się z chodzeniem boso po ostrych kamieniach więc wziąłem go na barana i udaliśmy się w tamtym kierunku:

Obrazek

Oprowadzał nas student:

Obrazek

- Dużo macie tutaj żółwi? Temu np co się stało ze u was jest? Czemu się nie rusza?
- W tym momencie mamy trzy. Jednego pokiereszowała motorówka, drugiemu jakiś wędkarz uszkodził dziub a trzeci ma pękniętą skorupę i chyba złamaną nogę.
- Długo takie żółwie u was przebywają zanim wyzdrowieją?
- Dosyć. Ten tutaj np jest już w tym baniaku 3 lata
- One są groźne? Jakbym tutaj np upuścił Kukuncia to by go od razu zjadł?
- Zjeść nie ale pewnie by go podziobał. One mają twarde i mocne dzioby. Proszę nie wrzucać tu dziecka.

Obrazek

- A co sądzicie o tych wycieczkach, które są organizowane dla turystów z Dalyanu. O tych podczas których pokazywane są im ponoć żółwie w rzece.
- Przez te zabawy trafia do nas coraz więcej żółwi. Ci kolesie wysypują ogromne ilości jedzenia do rzeki żeby je zwabić. Żółwie wpływają do rzeki a tam jest słodka woda. W słodkiej wodzie jest mnóstwo bakterii na które one nie są przygotowane i chorują, stają się słabsze. Do tego kiereszują je pływające tam i z powrotem łódki. Skandal jednym słowem. Idziecie na taką wycieczkę?
- Hmmm, no nie będę ukrywał że tak....
- ....
- To ja może kupie koszulkę. Ile? 10 euro? spoko, dzięki za oprowadzenie:)

Bananowiec wrzucił datek do skarbonki, zapakowaliśmy się do auta i udaliśmy się na camping, po drodze cykając jeszcze fotkę romantyczną:

Obrazek

Obiad był wyjątkowo dobry. Upiekł go chyba sam właściciel campingu a obsługiwały gości jego córki nie noszące chust. Tutaj Bananowiec coś je a Dzikson już coś zjadł i jest zadowolony:

Obrazek

Florek pochwalił się że byli w mieście i wytargowali świetne warunki na jutrzejszą wycieczkę łódką. Tylko 230 lira za nas wszystkich! Zatwierdzone, potwierdzone, umówione. Świetnie, nie?:)

- Eh...Na co ja tam biegłem?- Pomyślałem mnąc wizytówkę w kieszeni.

Od tego czasu wydarzyło się kilka dziwnych zdarzeń. Jedno z nich zmroziło krew w żyłach Uli. Nie wiem gdzie ja byłem ale gdy wróciłem to usłyszałem tylko:

- Kukuncio został chyba muzułmaninem
- Hahahah, serio? Jak to?
- Przyszedł tu jakiś stary gość i zapytał czy może dotknąć Kukuncia. Zgodziłam się bo turcy tutaj co chwila go i tak biorą na ręce i chyba lubią.
- No i?
- No i ten gość położył mu ręce na głowie i zaczął odprawiać jakieś modły. Co teraz będzie?
- No nic, przecież nie wierzymy w takie rzeczy.
- A no tak.

Faktem jest że Kukuncio od tej nocy dawał strasznie w kość. Nikt już nie chciał mieć potem namiotu rozbitego koło nas i staliśmy się poniekąd wyrzutkami. W ogóle działy się tego wieczoru dziwne rzeczy. Światło gasło, Fenkju-Szyba przebierał się w damskie ciuszki (czyt. chustę) gdy pojechaliśmy do miasta i oglądaliśmy zadbanego Tofasa, którego właścicielem był kucharz w miejscowej knajpie:

Obrazek

ciepła woda się nagle skończyła, brama się sama zamknęła a rano otwarła a Gad widział w nocy coś czego się nie da odwidzieć. Co dokładnie? Nie wiadomo. Nie chciał powiedzieć i pewnie zabierze to ze sobą do grobu. Ja mogę tylko podejrzewać że to coś dotyczyło Morfeusza albo Bananowca. Ewentualnie (proszę - nie!:) ) ich obu:) Tylko oni zostali z Gadem jako ostatni, gdy już skończyliśmy dyskusję o wrzucaniu silnika HDI do 205 i gdy ja już od nich odszedłem i poszedłem spać...

Tzn poszedłem z myślą o spaniu. Kukunciowe krzyki i jęki piekielne nie raz niosły się po campingu i okolicy burząc panujący tam spokój...to była straszna noc...ciekawe czy wszyscy muzułmanie mają problemy ze spaniem?:)

Awatar użytkownika
RafGentry
Moderator
Posty: 6890
Rejestracja: 06 cze śr, 2007 8:40 pm
Posiadany PUG: GTI Griffe, GTI LeMans, GTI, CTI, XRD, XS, Indiana, 405 STDT
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: RafGentry » 27 wrz ndz, 2015 11:42 am

W uzupełnieniu do tego, co napisał Fox - zdjęcia samochodu, o którym mówił. To był intensywnie czerwony Tofas Murat 124.
20150510_135459.jpg
20150510_134622.jpg
A tutaj zdjęcie wykonane w Yukari Kilise (wysoki kościół) w panoramicznej technologii NASA:
20150510_101449.jpg
I jeszcze dowód na to, z jakim poświęceniem Chrześcijanie szturmują swe świątynie na ziemi Mahometa:
20150510_101056.jpg
Żółwiowa plaża Iztuzu - Fox mydlił nam oczy, że to najlepsza plaża w Turcji. Plus za to, że można było tam po prostu wjechać i zaparkować na "wydmach" :)
20150510_132517.jpg
Co do opalania jednak - wcale nie było tak kolorowo. Kto nie zrolował się w kebaba w cieście otrzymywał darmowe piaskowanie...
20150510_160823.jpg
Za to widok z kempingu nad jeziorem mieliśmy naprawdę zacny:
20150511_062009.jpg

Awatar użytkownika
Florek2b
Peugeot 205 Master
Posty: 2196
Rejestracja: 10 gru pn, 2007 5:34 am
Posiadany PUG: 205 GR 1,9 (jak ktoś jeszcze ma 1,9 w 5 drzwiach niech da znać :D)
Numer Gadu-gadu: 1958447
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Florek2b » 27 wrz ndz, 2015 4:16 pm

To i ja dorzucę fote zrobioną przed wjazdem na nasz camping
IMG_20150510_150410.jpg

ODPOWIEDZ