Trip 2015?? Turcja!

Tutaj umawiamy się na spotkania klubowe, informujemy o odbywających się zawodach i imprezach sportowych i tuningowych.
Awatar użytkownika
Agnieszka
Uzalezniony
Posty: 998
Rejestracja: 31 mar pn, 2008 9:51 pm
Posiadany PUG: 205 Forever
Lokalizacja: Marki (koło Warszawy)
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Agnieszka » 27 wrz ndz, 2015 4:43 pm

Fox, dzięki za kolejny odcinek!
Czekam na następne :)
Już niewiele zostało do końca, a szkoda, bo to bardzo przyjemna lektura :)

Florek super ta fota! Masz więcej?

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 10 paź sob, 2015 3:55 pm

Dzień 12, 11 maja, poniedziałek. Dalyan - Eucaliptus Road - Euromus - Didym - Pamucak : 350km

Obrazek

Pobudka o 5:10. Budzi nas znajoma melodyjka budzika. W porównaniu do poprzednich dni wydaje się jakaś taka łagodniejsza i bardziej delikatna. Można się łatwo domyśleć skąd ta zmiana w percepcji. W zestawieniu z przeszywającym czaszkę i deformującym organy wewnętrzne płaczem Kukuncia, jest prawie jak kojąca wszelkie smutki sonata.
- Ale dał czadu dziś w nocy - mówi Ula wygrzebując się ze śpiwora i kierując wzrok na śpiącego najspokojniejszym snem na świecie Kukuncia.
- No...czuję się jakbym w ogóle nie spał. Mam nadzieję że Szyba miał namiot wystarczająco daleko i że choć trochę się wyspał. Jeśli nie i jeśli czuje się tak jak ja, to nie wróżę nam dzisiaj szczęśliwej podróży.

Wychodzę z namiotu. Ciężko mi rozprostować kości. Oprócz bólu głowy mam niedowład kończyn spowodowany zimnem.
-Rześko tu - zauważam próbując ruszyć palcami u nogi - Udało wam się choć trochę pospać przy Kukunciu? - pytam Martynę, która akurat krząta się w zasięgu wzroku i głosu.
- No nie powiem żebyśmy go nie słyszeli ale daliśmy radę.

Po minie Janusza, który akurat pojawia się obok, wnioskuję że on ma na ten temat inne zdanie. Nie komentuje jednak całego zajścia więc i ja nie ciągnę tematu. Rozglądam się dookoła. Połowa namiotów już zaścieła trawnik, w innych słychać niemrawe ruchy poranne. Wszyscy żyją. Nie widzę tylko Szyby. Nie wróży to dobrze. Idę w stronę szuwarów

- Zacny widok - myślę sobie błądząc wzrokiem ponad jeziorną trzciną:

Obrazek

Namiot Rafała już na wpół złożony. Co by nie mówić to jednak każdy facet jest wiecznym dzieckiem:

Obrazek

Na niektórych kojąco działa pluszowy miś, inni nie zasną bez świadomości że plastikowa wywrotka stoi zaparkowana przed drzwiami.

Pojawia się Fenkju-Szyba. Wygląda raczej kiepsko. Albo go dopadła choroba albo ładował wódę na umór. Jestem zbyt zmęczony żeby zastanowić się która ewentualność byłaby gorsza.

- Młynu, źle ze mną. Nic nie widzę, nic nie czuję - mówi słabym głosem
- No nie, wypił metanol, co teraz będzie? - myślę przerażony - Co się stało?
- Umieram, dopadła mnie zaraza ta co Heltera. Oczy mi łzawią, katar mam taki jak nigdy, łeb mi pęka...
- Zginiemy?
- Może tak być.

Oddalam od siebie chwilowo te smutne przypuszczenia i kieruję się w stronę sanitariatów. Pęcherz mi pęka. Nagle oblewa mnie zimny pot. Strach paniczny. Amok. Wczoraj wieczorem brama została zamknięta. Chyba przez właściciela.
- Kto nam ją otworzy o 5:30? Gdzie szukać klucza od kłódki? - biegnę w panice do ogrodzenia - Uff, ale ulga, ktoś ją już otworzył.
Załatwiam potrzebę fizjologiczną w kabinie i wracam składać namiot. Najwyższy czas się pakować. Rafał już je kanapkę.

5:45. Część samochodów już jest za bramą. Grzeją silniki. My dopiero dopychamy torby klapą bagażnika. Strasznie zmaltretowaną ma już tą półkę Fenkju-Szyba w Hondzie. Ciekawe czy to nasza wina.
- Patrz Młynu co mam! - Fenkju wychyla się zza winkla samochodu, podnosi wycieraczki i psika po szkle preparatem o nazwie "Szyba" po czym dumnie prezentuje butelke.
- Ooo! Ktoś z twojej rodziny to produkuje?
- Nie ale i tak to lubie.

Ja się cieszę że on doszedł już chociaż trochę do siebie. Mówi dość składnie, nie bełkota i trzyma się w miarę na nogach. Ładujemy Kukuncia do fotelika i jedziemy. Słońce wstało już jakiś czas temu ale wysokie góry po obu stronach doliny wciąż rzucają na nas swoje długie cienie. Jedziemy w półmroku. O tej godzinie jest zupełnie pusto. Poruszamy się szybko i sprawnie. Brakuje mi naszej 205tki...

Parkujemy przy porcie, obok kontenera na gabeć. O tej godzinie jest tam mnóstwo wolnych miejsc. Idziemy za Florkiem szukać wynajętej dla nas łódki. Pogoda jest rewelacyjna. Słońce jest już ponad górami i robi się przyjemniej:

Obrazek

Usadawiamy się na obu burtach, wszyscy oprócz Kukuncia zakładają okulary, silnik zaczyna bulgotać a kapitan kieruje nas w dół rzeki.

Obrazek

Rzeka jest kręta, meandruje raz w lewo raz w prawo. Po bokach zarasta szuwarami. Na szczęście nie ma tłumów, nie trzeba walczyć o skrawek wodnej tafli czy resztkę ostatniego żółwia. Płyniemy sami. Łajba wzbudza niewielkie fale na których kołyszą się leniwie inne jednostki zacumowane wzdłuż brzegu.

Obrazek

- Podobno tutaj też są jakieś katakumby skalne. Ciekawe gdzie? - wydaje się rozmyślać Józek

Obrazek

- Kurde, rzeczywiście prawie wszyscy na tej łódce mają okulary - zdaje się odkrywać Asia - ciekawe co się stało z moimi? Czemu Morfeusz ma zawsze taki bajzel w tym swoim kiosku?

- Patrzcie, są te lochy! - rzecze ktoś, wyrywając pozostałe osoby z lekkiego przytłumienia.

Obrazek

- To grobowce królów antycznego miasta Kaunos, do którego resztek dokopano się jakieś 30 lat temu po drugiej stronie wzgórza - próbuję sobie przypomnieć coś z tego, co na ten temat czytałem przed wyjazdem - najstarsze pochodzą z 400 roku przed naszą erą. Kiedyś tutaj kończył się ląd, gdzieś niedaleko był port i mieszkali sobie Ci kaunusowcy. Potem rzeka naniosła mułu, linia brzegowa przesunęła się o 8 km, zaczęły mnożyć się komary i skończyło się im spokojne życie. Gdzieś sobie poszli.

My też nie planujemy tam zostawać. Silnik pyrczy, śruba się kręci, prąd nas niesie, płyniemy dalej. Z każdym kilometrem robi się bardziej dziko. Nie ma już śladu po zabudowaniach. Rzeka rozlewa się coraz szerzej, tworzą sieć kanałów oddzielonych od siebie trzcinami czy innym tatarakiem. Na jednym z wiraży mijamy niewielką łupinkę pod turecką banderą:

Obrazek

Nigdy nie byłem w Wietnamie, nie wiem jak tam jest ale z jakiegoś powodu pomyślało mi się że jest tam pewnie tak jak tutaj...

Obrazek

Gdy minął już pierwszy zachwyt nad pięknem otaczającej nas przyrody, trasa zaczęła nam się trochę dłużyć. Nigdzie nie było widać śladu żółwi a kapitan nic na ten temat nie wspominał. Monotonny dźwięk silnika w połączeniu z szumem wody wprawiał coraz to więcej osób w letarg i otępienie

Obrazek

Widząc kolejną osobę patrzącą tępo przed siebie, której w kąciku ust zaczynała zbierać się ślina, kapitan zinterpretował sytuację jako wymagającą działania. Rozdał cytrusy.

Obrazek

Byliśmy uratowani. Morale wzrosło i ani się obejrzeliśmy a już dobijaliśmy do lekko zaniedbanego pomostu, do którego dość sprawnie została przywiązana nasza łódka. Kapitan zachęcił nas do opuszczenia pokładu apelując jednakże o ostrożność i rozwagę w przemieszczaniu się po usztachetowieniu portowej infrastruktury.

Obrazek

Rozsiedliśmy się na wskazanych nam stanowiskach na pomoście i na zacumowanych do niego łodziach. Obserwowaliśmy rozgrywającą się przed naszymi oczami scenę nęcenia zwierza ku uciesze tłumu.

Obrazek

Pan sternik wydobył skądś wiadro wypełnione poćwiartowanymi krabami i powoli opróżniał je garściami do jeziora. Bezskutecznie. Jak nie było żółwia tak nie było nadal. Patrząc na coraz gęstszy dywan z krabowych odpadków jaki wytworzył się na powierzchni wody wspomniałem wczorajszą wizytę w centrum Dekamer i słowa studenta na temat tych praktyk. No cóż...Na naszych twarzach zaczęło się rysować zniechęcenie, na twarzy pana sternika - panika i frustracja. Zastanawiając się kiedy przejdzie od metody marchewki do kija i wrzuci do wody np dynamit żeby nam tego żółwia pokazać chociaż w kawałku, udaliśmy się z Ulą na stały ląd. Wznosiła się tam fajna skała i wykutymi wnękami. Można się domyślać że kiedyś te wnęki wypełnione były jakimiś figurkami czy innymi skarbami. Teraz te rzeczy wypełniają pewnie kabzę jakiegoś złodzieja szabrownika. Nie wiem kto zrobił nam to zdjęcie ale jest śliczne i musiałem je tutaj wkleić. Mam nadzieję że autor nie ma nic przeciwko.

Obrazek

Ula nie znalazła tam niczego dla siebie, ja natomiast wspiąłem się na górę aby zrobić poglądowe zdjęcie:

Obrazek

Pomimo iż zejście w sandałach po kruszącej się skalę okazało się dość czasochłonne to sytuacja na pomoście nie uległa w tym czasie większej zmianie. Kolejne kraby lądowały w wodzie i tylko nasze małe zgromadzenie przestało patrzeć w wodę w ciszy a zaczęło dopingować żółwia skandując hasła:

- Kici kici
- Taś taś
- Wiśta, hetta
oraz wymyślanymi na bieżąco imionami, którymi można by go zawołać.

Gdy już traciłem nadzieję na to, że te żółwie zobaczymy, to coś mignęło pod pomostem, gdzieś plumknęła kropelka rozbryzgniętej wody, serce mocniej zabiło.

-Żółw! - krzyknął ktoś na widok sunącej tuż pod powierzchnią wody skorupą - tam jest żółw!
- Caretta Caretta, ten sam, którego mam na koszulce! - cieszę się

Obrazek

Uciechy było co niemiara. Żółw podpływał do nas kilkukrotnie, spożywając unoszące się na wodzie krabie kończyny i narządy wewnętrzne. Gdy już uznano iż napatrzyliśmy się wystarczająco to pan sternik przeszedł do części komercyjnej, którą rozpoczął wyciągnięciem zza pazuchy kolejnego kraba. Tym razem takiego żywego, mającego wszystkie części ciała na swoim miejscu i nawet nimi ruszającego:

Obrazek

- Za równowartość 10zł od osoby możemy wam upiec po takim krabie. Zawieziemy was na plażę, poczekacie pół godziny a my wam przywieziemy ciepłe jedzenie na półmiskach. Wrócicie najedzeni, co wy na to?

Z początku zapanowała konsternacja. Miły pan dołożył więc kolejny argument za swoją propozycją

- To jest blue krab, występuje tylko tutaj, nigdzie indziej takiego nie zjecie. Zwłaszcza świeżego. Ktoś z was zje nawet tego, którego teraz trzymam w ręce.

- No dobra, weźmiemy jednego
- My też
- A co mi tam, też spróbuję
- A ja nie chce, weź spadaj pan z tym krabem

W miarę jak lista zamówień się wydłużała, rozszerzał się uśmiech na twarzy pana. Dał nam nawet kraba do zabawy.

Obrazek

i szczypania w sutki. A co tam, niech ma zwierzątko coś z życia przed wrzuceniem do gara:

Obrazek

W końcu odbiliśmy od pomostu i nasza łódka znowu rozrywała dziobem spokojną tego dnia taflę wody. Żeby nie pozwolić emocjom do końca opaść, Józek włączył w swoim telefonie "horror mode" i fotografował kukuncia jako zombie, drakulę czy kościotrupa. Przeciwna ekipa z Bananowcem na czele fotografowała Józka innym kompromitującym trybem, którego zapis niestety nie został nigdzie upubliczniony:

Obrazek

Entuzjazmu starczyło nam bodajże na kilkanaście minut. Później brak snu i wyczerpanie emocjonalne wzięły górę. Gdy tylko dopłynęliśmy do przystani przy plaży i postawiliśmy nogi na kolejnym pomoście, wszyscy padli jak powaleni ciosem w tył głowy

Obrazek

Obrazek

Ja siadłem sobie koło Fenkju Szyby.

- Ooo, wy swingujecie - powiedziałem zauważając że koło Piotrka leży Aśka a koło Morfeusza Natalia
- Jak to swingujemy? Wcale nic takiego nie robimy. Nie ma tu huśtawek - odpowiedziała Aśka
- No przyjechaliście tu w innej konfiguracji - tłumaczę dalej swój tok rozumowania.

Nie było nam jednak dane dokończyć tej dobrze zapowiadającej się dyskusji. Podszedł do nas bowiem jakiś miejscowy młodzian informując nas, że wstęp na plażę jest płatny i że należą się 3 liry od osoby. Sam nie umiałem znaleźć w głowie słów, żeby coś mu odpowiedzieć. Na szczęście Gad wydobył z siebie resztki energii, wziął głęboki oddech, zwyzywał go i przepędził. Znów zapanował spokój a jako że zakazany owoc smakuje - jak wiadomo - lepiej, po ucieczce biletera udaliśmy się właśnie na plażę. A co? A masz!
- Fox, może masz ochotę na poranną przebieżkę po plaży? - spytała Olga, wymachując rękami i nogami w ramach rozgrzewki, gdy ja nieudolnie próbowałem stanąć na rękach na wystającym z ziemi palu.
- Cholera chyba jestem już stary. Kiedyś takie rzeczy robiłem bez problemu - mówię nawiązując do nieudanej próby gimnastycznej - No dobra, czemu nie? Przebiegnę się. Może mi się przestanie tak chcieć spać.

Pobiegliśmy więc wzdłuż morza, na wschód, raźno rozmawiając w rytm przemieszczających się stóp po piachu. Gdy wróciliśmy, cześć osób zajęła się wypędzaniem małych krabików z wykopanych w piasku nor:

Obrazek

Obrazek

Reszta pałaszowała już przywiezione dopiero co jedzenie:

Obrazek

Tutaj mój talerz:

Obrazek

- Bez sensu te kraby - mówi Janusz - prawdziwe jedzenie to jest schabowy. Jak jest człowiek głodny to złoży takiego schaboszczaka na pół raz i drugi i włoży całego do ust. Kilka gryzów i jesteś najedzony. Spróbuj takim krabem zaspokoić nagły głód! Umrzeć można próbując się najeść...

Rzeczywiście duża część tych krabów i tak wylądowała w morzu. Strasznie dużo cierpliwości wymaga jedzenie czegoś takiego a efekt jest mizerny. Jako atrakcja było to na pewno spoko, jako posiłek już chyba mniej. Z radością zapakowaliśmy się z powrotem na łódkę i wróciliśmy do portu w Dalyanie.

Koniec części pierwszej.

Awatar użytkownika
morpheusss
Junior
Posty: 370
Rejestracja: 25 wrz pt, 2009 2:37 pm
Posiadany PUG: 205 XS '89 TU3M - wrak & 205 XL TU3M & 205 Look TU3M
Numer Gadu-gadu: 2292990
Lokalizacja: Mikołów

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: morpheusss » 10 paź sob, 2015 11:07 pm

Komentarz nasuwa się jeden...
Obrazek

Dzięki wielkie Fox za mozolny wysiłek włożony w tą relację, jak co roku czytam ze łzami w oczach :)

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 17 paź sob, 2015 7:21 pm

Część druga dnia dwunastego.

Większość drogi powrotej do Dalyanu upłynęła nam w ciszy nacechowanej ogólnustrojową fatygą. W naturalny sposób podzieliliśmy się w mniejsze lub większe podgrupy , których głównym zajęciem wydawało się szeptanie na tematy przeróżne. Niektórzy zajęli się kontemplacją drugi raz już tego dnia widzianego krajobrazu. Inni odkrywali, że otaczający ich świat wydaje im się dziwnie nieznany i że, pomimo otwartych oczu, przespali chyba drogę w przeciwnym kierunku. Kolejni próbowali złapać trochę promieni słonecznych, wychylając twarze i roznegliżowane torsy poza rzucający cień daszek łodzi. Kukuncio drzemał i ślinił się w wózku. Nawet druga runda pomarańczowego poczęstunku nie wypłynęła znacząco na zmianę tego stanu rzeczy. Silnik miarowo buczał, woda szemrała. Byliśmy wypruci i było to widać.

- To co, kąpiele błotne jednak odpuszczamy? – spytałem domyślając się poniekąd odpowiedzi. Przed wyjazdem bardzo zależało mi żeby i ten punkt zaliczyć. To jedna z tych bardzo znanych atrakcji Dalyanu, którą trzeba zobaczyć i coś, na czym nigdy nie byłem. W okolicach jest kilka błotnych kąpielisk. Najbliższe jakieś 500m w górę rzeki po lewej stronie. Nie byłoby problemu poprosić kapitana, żeby zamiast w porcie, wysadził nas w tamtym miejscu . Widząc jednak blade i opuchnięte pod oczami twarze zwrócone w moim kierunku pomyślałem, że może lepiej nie naciskać, tylko przyjąć ze zrozumieniem wysunięte przez niektórych argumenty:

- Jestem tak zmęczony że się tam utopię. Inni są tak zaspani że tego nie zauważą
- Nie mam przy sobie ręcznika, został w samochodzie.
- Chyba nie mam na sobie bielizny. Sprawdziłem, nie mam.
- Z szaro-brązowym mi nie do twarzy. Zwłaszcza na twarzy.
- Jaa myhe zhe bu gha gha hrrr – ktoś chciał chyba coś dodać ale albo się rozmyślił w pół słowa albo niekontrolowanie się zdrzemnął. Mógł to być Kukuncio, mógł to być ktokolwiek inny.
- Późno już, jedźmy dalej. Niedługo będzie południe a mamy dzisiaj do przejechania ponad 300km.

Przesłanie było jasne. Wróciliśmy do przystani z której kilka godzin wcześniej wyruszyliśmy w dół delty. Dziub łodzi delikatnie ugiął zawieszoną na pomoście oponę. Po kolei opuszczaliśmy jednostkę.

- Morfeusz, pomożesz z wózkiem? – spytałem i z pomocą Melosa opuściliśmy pokład, udając się w stronę parkingu.
- Hey you! Money! – krzyknął ktoś za naszymi plecami.
- Co się tam dzieje? – pytam Fenkju-Szybę, który wydawał się obserwować zaistniałą sytuację i mógł coś wiedzieć.
- Wygląda na to że Florek, zebrawszy od wszystkich kasę za rejs, zapomniał dać ją kapitanowi. Teraz tamten go goni.
- O to ciekawe. Pewnie zaraz go złapie. Chodźmy do auta. Kukuncio się posrał.
Florek rzeczywiście został dopadnięty i pozbawiony zgromadzonych pieniędzy. Tutaj odpoczywa po nieudanym daniu drapaka:

Obrazek

Wróciliśmy do Hondy. Na miejscu obok jakiś turek zaparkował swojego Tofasa:

Obrazek

- Młynu idź zerknij do kontenera. Niecodzienny widok. – powiedział Fenkju, gdy już siedzieliśmy w samochodzie, wymieniając Kukunciowi wypełnioną z meniskiem pieluchę.
- Co tam jest? Zwłoki?
- Raczej nie
- Świnia?
- Nie wiem, nie pytaj, nic Ci nie powiem, zobacz sam – Fenkju, pomimo iż wyglądał na wyjątkowo zmaltretowanego chorobą, tym razem okazał się nieugięty.
Zawinąłem pieluchę aby nic z niej po drodze nie wypadło i poszedłem wrzucić ją do wskazanego przez niego kontenera

Obrazek

- Wygląda trochę jak goleń ze stopą ale nie ma palców. Może trzeba to pokazać Józkowi. Jako ortopeda powinien umieć to rozpoznać. Poszukam go – zaproponowałem wracając do samochodu.
- Józek chyba uczestniczy właśnie w burdzie.
- Jakiej burdzie? – pytam zdziwiony.
- A nie wiem. Jest tam Gad i Rafał jeszcze. Krzyczą na siebie.
- Będą się bić?
- Może tak być.

Wychodzę zaciekawiony z samochodu. Rzeczywiście wywiązała się jakaś sprzeczka. Gad krzyczy na Rafała. Jest wyraźnie rozsierdziony. Józek rzuca magnesami. Boje się podejść. Nigdy nie wiadomo kiedy na pozór mała kłótnia skończy się wyciągnięciem noża i wbiciem go komuś w opone albo plecy. Lepiej trzymać dystans. Podchodzę do gadowego Peugeot’a i przez uchylone okno zagaduję Anie:

- Co się tam dzieje? O co oni się kłócą?
- Rafał nie zapłacił Gadowi za magnesy. Od miesiąca się o nie dopominaliśmy. Na początku mówił że zapomniał, potem że nie miał czasu. W Istambule powiedział że już je przelał a potem że jednak nie miał dostępu do internetu i nie mógł tego zrobić.
- To trochę niepoważne. Ma przecież dostęp do konta z telefonu.
- No! Zwłaszcza że codziennie wrzucał fotki na fanpage. Teraz powiedział że nie zapłaci bo jako projektant loga powinien mieć go za darmo. Sam możesz zobaczyć jak Gad się wkurzył. Zwłaszcza że to on załatwił gościa, który to logo przygotował do druku. Jeśli Gad ma komuś fundować magnesy to powinno być na nich jego imie zamiast fanklubu 205.
Skończyło się na tym że Gad zażądał zwrotu magnesów. Józek, stając po stronie Rafała, rzucił mu w twarz swoimi, mówiąc żeby Gad sobie te zabrał. Niezła rozpierducha – mówię relacjonując sytuację po powrocie do samochodu – tak to jest jak wszyscy są zmęczeni. Nerwy się napinają, hamulce puszczają. Jak w końcu uda nam się odpocząć to wszystko na pewno wróci do normy. Zawsze tak jest.

Jak to się skończyło? Do końca nie wiem. Pomimo iż ruszaliśmy w dalszą drogę w minorowych nastrojach a na CB przez dłuższy czas można było wyczuć wiszące w powietrzu napięcie to zgodnie z przewidywaniami sytuacja się uspokoiła. Myślę że Rafał jednak zgodził się uiścić stosowną opłatę. Gad, mądry po szkodzie, nauczył się żeby w przyszłym roku zebrać od wszystkich pieniądze zanim cokolwiek zamówi. Znamy się na tyle długo i przejechaliśmy ze sobą tyle kilometrów że nie ma dla nas już chyba nierozwiązywalnych konfliktów. Ruszyliśmy w dalszą drogę.
Po kilku kilometrach Ula wpadła w zachwyt na widok drogowej tablicy informacyjnej, która miała na sobie wypisany jej pseudonim, który nosi w niektórych kręgach – Ula Mula:

Obrazek

Dla niewtajemniczonych dodam że g^ w jezyku tureckim, po niektórych samogłoskach, nie jest wymawiane a tylko przedłuża ich wymowę. Tak też było w tym przypadku.
Chwilę później ciszę na CB przerwał Janusz, przedstawiajac nam którki briefing na temat stanu swojego samochodu.

- Auto mi nie działa jak skręcam w prawo.

Zrobiliśmy szybki pitstop na mijanej właśnie stacji benzynowej:

Obrazek

Który jednak, poza chwilową nadzieją, nie dał nam żadnych wymiernych korzyści. Samochód Janusza gasł na prawych wirażach. Odpalał na nowo na lewych.
Na szczęście byliśmy już blisko naszego kolejnego przystanku. Starej drogi łączącej Marmaris z Gekovą. Alei eukaliptusowej:

Obrazek

Sto lat temu zasadzono tam te drzewa aby osuszyć znajdujące się dookoła bagna. Od tego czasu dużo się zmieniło. Do Marmarisu wiedzie już nowa, szeroka droga dwupasmowa. Starą drogę zachowano jednak w oryginalnym stanie i chociaż nikt po niej nie jeździ to da się na nią dostać zjeżdżając po ok 400m z dwupasmówki. Tak też zrobiliśmy. Część osób ponownie spróbowała naprawić samochód Janusza:

Obrazek

a reszta zainteresowała się samymi roślinami. Niektórzy rwali liście, inni drapali korę z pni. Posypały się pytania po co właściwie jest ten Eukaliptus i czy da się go jeść?

-Aaaaamć! – mówię wciskając Bananowcowi zwinięty listek do ust.
- Te liście są chyba trujące – ostrzega przezornie Vroobel.
-Tfu tfu, fuj! – Bananowiec momentalnie wypluwa na wpół przeżutą zawartość ust na asfalt.
- Smakowało to jakoś?
- A bo ja wiem? Przestraszyłem się i wykrztusiłem zanim coś poczułem. Tego chyba rzeczywiście się nie je.
- Spróbujcie pocierać o siebie liście albo je pomiąć. Wtedy powinny bardziej pachnieć – powiedział ktoś bardziej zaznajomiony z tematem.

Rzeczywiście udało się w ten sposób uwolnić trochę aromatu. Na niektórych podziałał on wyraźnie pobudzająco:

Obrazek

Na innych moczopędnie. Po oddaniu płynów na łące wyruszyliśmy w dalszą drogę. Samochód Janusza wydawał się być naprawiony. Po zalepieniu przetartego przewodu wrócił do pełnej sprawności:

Obrazek

W miejscowości „Ula” zrobiliśmy postój na kolejnej stacji. Trzeba było uzupełnić gaz w zbiornikach i ciastka w żołądku. Na horyzoncie zaczęły się zbierać ciemne chmury:

Obrazek

Wszystko wskazywało na to że będzie padać. Bananowiec zamknął dach w swoim cabrio. Józek nie.
- Nie zamykasz dachu? – pytam zdziwiony
- Eeee nie. Odkąd mam windshota to wystarczy że jadę wystarczjąco szybko i do środka prawie nie pada. Starajcie się więc nie zwalniać za bardzo.
- Hmm ciężko w to uwierzyć ale pewnie zaraz się przekonamy:)
Kwadrans później, zgodnie z przewidywaniami, rozlało się na dobre:

Obrazek

- I jak tam Józek wrażenia? – zrównujemy się z jego samochodem i pytamy zaciekawieni przez CB.
- Nie licząc czubka kaptura jest tu całkiem sucho – odpowiada z niekrytą satysfakcją. Szum wody w tle sprawia że słabo go słychać ale rzeczywiście wygląda jakby nie kłamał.

Opady okazały się być przelotne. W następnej mijanej przez nas miejscowości nie było już po nich śladu. Był za to ciekawy, czarny Tofas. Długo siedział nam na ogonie by w końcu wyprzedzić nas , bucząc głośno , na dwupasmowym fragmencie szosy. Rzut oka na kierowcę – kolejny młodzian. Tym razem odziany w czerwony sweterek. Na twarzy tryumfalna mina, która jednak nagle zmienia się w grymas zaskocznia i zdezorientowania. Wyraźnie skrępowany zaistniałą sytuację patrzy w lusterko po czym jeżdża na pobocze. Odwraca wzrok, zawstydzony:

Obrazek

Obrazek

- Hahaha – śmiejemy się wszyscy do rozpuku na widok bagażnika, który sam się otworzył na wyboju - Co za łajza:)

Rozbawieni tą perypetią dotarliśmy do kolejnego przystanku na naszej trasie. Ruiny Euromus.

Obrazek

Po nastrojach wyrażanych na CB słychać było że nikt nie ma sił ani chęci czegokolwiek już zwiedzać. Kolejna fala zmęczenia, która nas oblewała, wydawała się za każdym razem silniejsza. Świątynia Zeusa była jednak przy samej drodzę więc szkoda by było ją ominąć. Myślę że to zdjęcie dobrze oddaje stan w jakim się znajdowaliśmy:

Obrazek

Rafał się cieszy bo udało mu się zachować zarówno magnesy jak i integralność cielesną:

Obrazek

Ula też jest w niezłym stanie. Jako pasażer tylnego siedzenia jest ponadprzeciętnie dobrze wyspana.

Obrazek

Kukuncio już tak zadowolony nie jest bo wygląda wyjątkowo grubo.
Z rozterek na temat tego, czy tam zostać czy od razu jechać dalej, wyrwał nas w drastyczny sposób chlop, ktory wyszedl z postawionej nieopodal budy:

- Płacicie za zwiedzanie albo wynocha.
Jako że i tak zobaczyliśmy to co było do zobaczenia to bez żalu ruszyliśmy w dalszą drogę. Znów lało jak z cebra.

Obrazek

Na zdjęciu powyżej przejeżdżamy obok jeziora Bafa (Bafa Golu). Wpisując nazwę tego miejsca w google’u można zobaczyć malownicze jezioro, z którego wystają gdzieniegdzie skały i głazy. Dużo sobie obiecywałem więc po tej trasie a tymczasem było jak zwykle na tym tripie - nudna dwupasmówka zupełnie pozbawiona charakteru. No cóż. Przynajmniej poruszaliśmy się dość szybko. Do czasu.

Kolejnym przystankiem miał być Didym. Na czele konwoju znajdował się Bananowiec posiłkujący się gps’em. Jak to nie raz już bywało podczas naszych wypraw, patrząc na ekran z wyświetloną trasą przegapiliśmy dwa zjazdy z dużym napisem – dla niepoznaki - „Didym”. Minęło dobre 10km zanim ktoś nieśmiało napomknął, że możnaby jednak zawrócić bo wypizdowo jakiego jesteśmy świadkami za oknem nijak się ma do naszego celu podróży. Ciężko się było nie zgodzić. Oprócz straszliwego zmęczenia zaczynał nam doskwierać równie nieprzyjemny głód. W tym stanie, błąkając się dobrą godzinę po okolicy, ciężko nawet było docenić ładną drogę wzdłuż morza, którą przez chwilę jechaliśmy.
Wycieńczeni, zmęczeni i zrezygnowani dotarliśmy do centrum. Kolejne rozczarowanie.

- Ależ tu obskórnie!
- Jak w Raszynie albo w jakimś albańskim mieście

Jako że ceny w przyzwoicie wyglądający lokalach były zaporowe, rozsiedliśmy się w barze składającym się z budy z dykty i kilku stolików nad którymi rozpięta była siatka moro. Zaraz obok brudnego miejskiego szaletu z którego wyciekały na chodnik fekalia. Na szczęście wiatr nam wyjątkowo sprzyjał, przeganiając fetor w przeciwną stronę.

- Nawet nienajgorzej tu jest – ktoś próbował zaklinać rzeczywistość.

Józek, Vrooble i jeszcze kilka osób wybrało bar w bocznej uliczce, za galerią oficjalnie sprzedającą oryginalne podróbki:

Obrazek

Fenkju-Szyba zapadał coraz głębiej w chorobę. Wyglądał jakby od rana ktoś poddawał go waterboardingowi. Co gorsza Kukuncio również zaczynał wykazywać symptomy tej samej zarazy. Jakby tego wszystkiego było mało to chwilę później spadł na nas, jak grom z jasnego nieba, kolejny cios. Szach mat.

- Duda wygrał pierwszą turę wyborów – oznajmił Morfeusz wpatrując się w ekran swojego smartfona. Wyglądał jakby sam niedowierzał w to co czyta – nie ma już po co wracać do Polski...
- Żartujesz? Niemożliwe!
- Serio. Kukiz też dostał dobry wynik. Co za kraj, co za ludzie, szykuje nam się anarchia albo zacofane państwo religijne...

Wydawało się że ten dzień nie może już być gorszy. Niestety był. Załadowaliśmy się do samochodu. Czekamy na resztę. W końcu się zebrali. Wyjeżdżamy. Fenkju wycofuje z bocznej uliczki.

- Nieźle, cofa na lusterka, dobry jest – myślę sobie patrząc na skupioną minę Fenkju-Szyby.

Rrryyyyyp!

- O kurde...co to było?

Patrze do tyłu ale rzeczy Kukuncia ułożone na tylnej półce skutecznie blokują jakikolwiek widok.

- Chyba walnąłem w doniczkę – stwierdza Fenkju odpinając pasy i wychodząc z samochodu.

Wychodzę i ja.

Obrazek

Przeszkoda w którą uderzyliśmy nie była doniczką. Miała 3m wysokości i ze 2,5 szerokości i była białym vanem, którego ktoś zaparkował na skrzyżowaniu.

- Nie widziałem go, serio...źle ze mną – Fenkju jest wyraźnie przybity całym zajściem.
- Ważne że to nic poważnego. Lampę się zaklei, zderzak przykręci, klapę wyklepie. Dobrze że turkowi nic się nie stało i się nie awanturował ani nie wzywał policji. Miał dużo tatuaży. Bałem się że będzie gorzej się z nim rozmawiało - próbuję położyć nacisk na pozytywne aspekty sytuacji.
- Stało się. Widziałem rysę na jego drzwiach ale wolałem nic nie mówić - przyznaje Fenkju - Na szczęście nie zauważył.

Pojechaliśmy dalej, główną drogą przez miasto, cały czas na wprost, za znakami. Po 6,5min byliśmy pod ruinami:

Obrazek

Przez kolejne 25 czekaliśmy tam w samochodzie nasłuchując na radiu resztę ekipy, która pojechała w to samo miejsce kierując się gps’em. Ostatecznie okazało się że oni dojechali pod świątynie od drugiej strony i weszli do środka, podczas gdy my czekaliśmy na nich gdzie indziej. Za późno już było żebyśmy i my tam wchodzili. Bananowce zrobili więc takie zdjęcia:

Obrazek

Obrazek

A ja z Dziksonem zwiedziłem tylko okoliczny meczet:

Obrazek

Przed wejściem, na półce, stało kilka par butów ale w środku nie było żywej duszy. Ktoś musiał umrzeć w środku albo się zapomnieć i wrócić do domu na bosaka. Główna sala pełna była łuków, z sufitu zwisał żyrandol a na podłodze rozłożony był wyjątkowej miękkości dywan.:

Obrazek

- Dobrze że zdjęliśmy buty. Do takiego dywanu na pewno łatwo przylega błoto. Zabiliby nas.
- Nikogo tu nie ma...
- Oni są sprytni. Na pewno ktoś by zobaczył.

Jeden rzut oka na pomieszczenie wystarczył nam do stwierdzenia że nic tam po nas. Wyszliśmy.
Przed budynkiem ogladnelismy jeszcze taki dosc ciekawy wodopoj:

Obrazek

Kupiliśmy trochę suwenirów i udaliśmy się w drogę do Pamucaka. Miejsca, które poleciła nam niemka z campera w Pamukkale:

Obrazek

Obrazek

gdzie dotarlismy tak jak nakazuje tradycja - na 21.

Obrazek
Ostatnio zmieniony 20 paź wt, 2015 9:27 am przez Fox, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
DJPreZes
Moderator
Posty: 4576
Rejestracja: 01 sie ndz, 2004 6:40 pm
Posiadany PUG: Roland Garros/406 Mistral
Numer Gadu-gadu: 2516096
Lokalizacja: Gdynia

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: DJPreZes » 18 paź ndz, 2015 7:48 pm

Mega to się czyta... Więęęęceeeeeeeeejjjjj!
Peugeot 205 Roland Garros Cabrio
Obrazek

Awatar użytkownika
woocash
Peugeot 205 Master
Posty: 4587
Rejestracja: 10 lut czw, 2005 1:56 pm
Posiadany PUG: 205 ph1 1984 GR
Numer Gadu-gadu: 9752783
Lokalizacja: Katowice

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: woocash » 18 paź ndz, 2015 9:14 pm

relacja super, tez czekam na ciąg dalszy.


ale mam wrażenie, że z tripu na trip następuje przegięcie z długością tras... po dwóch tygodniach byliście pewnie wyj***ni jak koń po westernie - i jakoś się nie dziwię, że niektórym z tego zmęczenia żyłka pękała :)
Najaktywniejszy w dziale: Stare forum techniczne
[ Posty: 1090 / 34.03% Twoich postów ]

Awatar użytkownika
Vroobell205
Junior
Posty: 390
Rejestracja: 26 mar śr, 2014 12:33 pm
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Białystok
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Vroobell205 » 19 paź pn, 2015 10:32 am

Wcale nie!
Jak jest się już w rytmie i robi tyle kilometrów to przestaje się już o tym tak myśleć. Fakt, że kilometry po Turcji to na pewno nie to samo co kilometry po Rumunii i robiło je się znacznie przyjemniej.

Awatar użytkownika
woocash
Peugeot 205 Master
Posty: 4587
Rejestracja: 10 lut czw, 2005 1:56 pm
Posiadany PUG: 205 ph1 1984 GR
Numer Gadu-gadu: 9752783
Lokalizacja: Katowice

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: woocash » 30 paź pt, 2015 6:34 pm

może i masz rację, ale ja już patrzę przez pryzmat wycieczki rodzinnej. z dziećmi kilkaset kilometrów dziennie to masakra...
Najaktywniejszy w dziale: Stare forum techniczne
[ Posty: 1090 / 34.03% Twoich postów ]

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 24 lis wt, 2015 6:26 pm

Dzien 13, 12 maja. Pamucak - Efez - Bergama - Ayvalik (Ada Camping) - 275km

Obrazek

Pazdziernik 2015, Krakow, biurowiec jednej z dużych korporacji.

Fenkju-Szyba zbiera się do wyjścia z zakładu, przechodzi koło mojego biurka.

- O Fenkju, nie idź jeszcze! - próbuję go zatrzymać - pamiętasz może coś z tego dnia tripu, który będę musiał opisać jako następny?
- A który to był? Ten z zimną wodą i pomostami czy Canakkale?
- Żaden z nich, tzn nie do końca. Ten który skończył się tam, gdzie były pomosty ale zaczął jeszcze na plaży. Były palmy, różowy bus i wszyscy robili sobie zdjęcia na piasku. Auto Rafała całkiem fajnie wyszło:

Obrazek

Kiosk Morfeusza za to tak, jakby stał tam dłużej niż ten bus:

Obrazek

- A! Busa nie pamiętam żadnego ale miejsce już coś kojarze. To tam gdzie była palma w kiblu?
- Tak, taka urwana dość nisko - wspominam

Obrazek

- A to chyba nie pamiętam jednak nic.
- Bus stał przy samej plaży. Miał chyba nowozelandzkie tablice z tyłu. Był jakiś taki zakurzony że wszyscy myśleli że on tam od dawna stoi zepsuty:

Obrazek

- A no może...hmm..teraz sobie przypominam że tam dostałem reprymendę od Natalii
- O! Nakrzyczała na Ciebie? Za co?
- Nie powiem, bo o tym napiszesz na forum a to w sumie nic ciekawego i już nie ważne.
- No dobra, możesz mi powiedzieć jak już opiszę ten dzień. Wtedy będzie za późno żeby cokolwiek zmieniać
- Ok, w sumie mogę Ci jedną rzecz opowiedzieć, bo jest trochę śmieszna. Natalia mnie tam wzięła na spacer po plaży. Jak już mi nawrzucała tych parę rzeczy, o których nie mogę mówić, to sobie tak idziemy, ona się zamyśla i mówi:
- Czasem mam już dość tłumu. Fajnie jest od czasu do czasu tak sobie pobyć samemu jak teraz...
- O! Tak powiedziała jak ty byłeś obok? To tak trochę jakbyś nie był kimś.
- No trochę tak. Śmieszne mi się to wydało. A ty tam nie byłeś z Ulą na plaży wtedy?
- Byliśmy ale dzień wcześniej, wieczorem. Kukuncio spał w wózku, strasznie ciężko się go pchało po kopnym piasku i sobie myśleliśmy że fajnie by było móc być tam samemu. W sumie to podobnie jak Natalia tylko nam nie przeszkadzał tłum.
- Tak w ogóle to co my zwiedzaliśmy w ten dzień? Już mi się mylą te dni tripu.
- Efez. Ten dzień był jakiś dziwny. Ja też bardzo mało z niego kojarzę. Pamiętam tylko że rano kupiłem dobry chleb za 1 lirę a potem jadłem śniadanie koło Vrooblów i wymienialiśmy się serem i jakimś smarowidłem na kanapki. W skrzynce ładowały się telefony, Florka coś użarło w rękę a Aśka miała sukienkę tylko na jedną nogę:

Obrazek

- Ja tego nie pamiętam. Przypomniałem sobie za to teraz że koło Efezu był dom Maryi sponsorowany przez McDonald's

Obrazek

- No...śmieszne to było. Były tam też sklepy z oryginalnymi podróbkami w alejce, w których czekaliśmy na Ulę aż coś sobie kupi. Były też chyba drogie bilety i drogi parking. Wejściówka tam chyba kosztowała z 10euro a parking nie wiem czy przypadkiem nie drugie tyle.

Obrazek

- No ja w sumie dziwię się że wszyscy tam weszli. Potem już nie chcieli niczego więcej zwiedzać.
- Właśnie ja nie pamiętam czy wszyscy tam byli. Pamiętasz jak dzień wcześniej ustaliliśmy że część osób jedzie do Efezu a część zostaje na plaży i spotykamy się po południu na stacji benzynowej w Selcuku?
- No było coś takiego. Na początku większość osób chciała odpoczywać na plaży ale jak przyszło co do czego to chyba jednak wszyscy i tak pojechali zwiedzać.
- Gad chyba został i Janusz. Widziałem go na jakiś fotkach na piasku. Był na tej fotce też Florek, który chyba cały dzień się tak samo drapał po lewej ręce.

Obrazek

- A tego to nie wiem. Muszę iść Młynu. Więcej Ci nie pomogę. Spadam!
- Narka, do jutra!

12 maja, Pamucak, Turcja.

Wyjeżdżamy z campingu. Nad nami znów rozpościera się bezchmurne niebo. Niesamowite że pomimo zapowiadanych co kilka dni opadów my wciąż mamy tak dobrą pogodę. Po prawej stronie widać rząd hoteli czy pensjonatów, które wyglądają zarazem na nowe jak i na opuszczone i zaniedbane. Nie wiem czy to tylko złudzenie czy rzeczywiście coś z nimi jest nie tak. Nie mamy jednak okazji przyjrzeć im się z bliższa. Skręcamy w lewo i zaraz za mostkiem w prawo. Teraz przed nami 6km całkowicie prostej drogi, bez żadnego zakrętu. Zastanawiam się czy rzeczka, nad którą przejechaliśmy może być tą, która spowodowała na przestrzeni wieków przesunięcie się linii brzegowej od Efezu aż tutaj i poniekąd upadek tego miasta. Wygląda na zbyt małą aby dokonać takich rozległych zmian. Być może to tylko jakiś rozgałęzienie czegoś większego. Jedziemy spokojnie. Mamy 6 godzin na zwiedzenie Efezu, zjedzenie obiadu i dojazd na stację benzynową w Selcuku na której zarządzona została zbiórka. Po kilku kilometrach, po prawej stronie mijamy jakieś lotnisko. Zaraz za nim jest już drogowskaz na Ephesus. Tutaj droga jest już wąską i jednokierunkowa. Dojeżdżamy na parking. Autobusy zostawiają pasażerów i nawracają. Tym razem chyba moja kolej na płacenie. Wysupłuję więc sumę, której wysokości już nie pamiętam i wjeżdżamy. Parkujemy obok Agnieszki. Morfeusz radośnie próbuje już się oddalić w stronę kas biletowych.

- Morfeusz, wózek! - przypominam o Kukunciowym pojeździe, który wciąż zalega na pace w kiosku.
- Kur..!
- Który to już raz słyszę taką samą reakcję?:) - próbuję liczyć w myślach bo palców mi już dawno zabrakło. Eh, za dużo tego.

Melos szarpie się przez chwilę ze sznurkiem, na końcu którego telepie się zepsuty zamek. Klnie pod nosem. Klik. Wyciągamy wózek. Trzask klapy. Ładujemy Kukuncia. ŁeŁe - płacz. Ula naciąga mu na głowę czapkę. Chwilowy spokój. Ja podwijam mu daszek żeby cokolwiek spod niej widział. Tupanie. Trzeba mu jeszcze nakremować ręce i nogi. Wyrywa się. Chodźmy już, do diaska!

W alejce prowadzącej do wejścia, pomimo dość wczesnej pory, kłębi się pokaźny już tłum. Słychać gwar i szuranie butami. Wycieczka japońskich emerytów dziarsko przesuwa się do przodu. Deptak na szczęście jest zacieniony przez korony drzew rosnących po środku. Po obu jego stronach stoi rząd sklepików, przed którymi sprzedawcy, w milionie języków, apelują by wymieniać dewizy na barachło. Reklama na stojaku zachęca do połączenia wizyty w domu Maryi ze zjedzeniem hamburgera. Coś dla duszy, coś dla ciała. Kiedyś zjeżdżali tu ludzie z całej okolicy oglądać jeden z siedmiu cudów świata - świątynię Artemidy. Teraz został z niej tylko kamień na kamieniu i to tylko dlatego że ktoś te dwa luźne kamienie postawił z powrotem jeden na drugim. Nie idziemy więc nawet w tamto miejsce tylko mijamy kołowrotne bramki i i po krótkim spacerze w dół wzgórza docieramy do Arcadiae - szerokiej ulicy łączącej niegdyś port z teatrem:

Obrazek

Po prawej mijamy kota w gąszczu marmurów:

Obrazek

Na końcu ulicy wznosi się amfiteatr. Kilka kamieni z niego odpadło, niektóre płyty klawiszują ale trzyma się dość dziarsko. Ustawiony jest sceną w stronę morza, dzięki czemu, wieczorową porą, bryza wiejąca od wody niesie głos mówców w górę widowni i każdy świetnie ich słyszy. Próbuję wdrapać się, razem z Kukunciem, na sam szczyt. Agnieszka wbiegła tam jak kozica. Niestety nie udaje mi się powtórzyć tego wyczynu. Kilka stopni wcześniej dopada mnie zadyszka. Strużka potu ścieka po skroni. Druga po plecach.

Obrazek

Całe życie wdychania smogu robi swoje. Siadam zziajany, odstawiam wózek. Ula siada obok. Kiedyś w tym miejscu przemawiał i głosił swoje ewangelie św. Paweł. Jako że namawiał efezjan do zarzucenia wiary w Artemidę, podczas gdy magazyny pełne były niesprzedanych jeszcze figurek tejże, to spowodował tylko zamieszki i został przepędzony. Jego kompanów chyba dość mocno zmaltretowano. My nikogo do niczego nie namawiamy więc jesteśmy dobrze traktowani. Podchodzą do nas dwie japonki i robią maślane oczy do Kukuncia

- O jakie śliczne, grzeczne dziecko!
- Nie sądźcie po pozorach - myślę sobie ale nie pozostaje mi nic innego niż się uśmiechnąć i patrzyć jak robią mu kizimizi. Jedna z nich pyta czy może wykonać dla niego coś z origami.
- Spoko, jak pani chce to proszę bardzo.

Ku naszemu zaskoczeniu otworzyła torebkę i wyciągnęła drewniane pudełko wypełnione kwadratowymi kartkami do origami. Z pietyzmem wyciągnęła jeden arkusz i w mgnieniu oka zrobiła żurawia.
- Ciągnąć za ogon rusza się skrzydłami. O tak - pokazuje i rzeczywiście żuraw wygląda jakby mógł zaraz odlecieć.

Daje mi go do ręki i nawet udaje mi się go nie pomiąć:

Obrazek

- Wow, niesamowite! - jesteśmy pod wrażeniem i to ogromnym. Niesamowicie zręczne ma palce.
- Skąd jesteście? - pyta
- Z Polski
- O! My jesteśmy z Japonii!

Mam ochotę powiedzieć że się domyśliliśmy ale gryzę się w język i odpowiadam coś kurtuazyjnego. Kukuncio próbuje zjeść żurawia więc mu go zabieramy. To dzieło sztuki. Damy mu go na 18 urodziny jeśli do tego czasu się jakoś ogarnie. Żegnamy się miło, one się kłaniają i schodzimy w dół. Na trzecim stopniu z kolei ślizga mi się sandał na wypolerowanym marmurze. Lecę na plecach schodami w dół, wózek z Kukunciem mam na głowie. Koło uderza mnie w krocze.

- Ałaa - mówię próbując wstać i otrzepując z siebie kurz.
- O! Wydachowałeś wózek! - komentuje Fenkju a ja rozglądam się tylko niepewnie dookoła. Mam nadzieję, że Ula nie zauważyła powagi sytuacji. Chyba mi się tym razem upiekło, chociaż na kilka pytań trzeba odpowiedzieć.

- Co się stało? Kukuncio cały? Żyjecie?
- Oj tam, lekko się poślizgnąłem ale szybko złapałem na nowo równowagę i nic się nie stało złego.

Pozostałe stopnie pokonuję z większą już dozą ostrożności. Na dole dwóch niemców naśmiewa się z trzeciego. To już inna kultura niż ta japońska. Wychodzimy z powrotem na ulice.

Fragment chodnika otoczony jest płotem a dookoła zebrała się garstka gapiów z przewodnikiem. Podchodzimy i my. Na kamieniu wyryte są staro wyglądające obrazki. Jest kobieta, serce, lewa stopa i jakiś kwadrat:

Obrazek

- To reklama burdelu - mówi Bananowiec - przeczytałem o tym wczoraj w przewodniku. Obrazek znaczy mniej więcej "po lewej stronie znajdziesz królową swojego serca" czy coś takiego.

Morfeusz rzucił okiem, przeszedł kilka kroków i zabrał się za pisanie pocztówki. Nie wiemy czy to ta reklama mu o czymś przypomniała czy wena przyszła tak sama z siebie. Faktem jest że kogoś postanowił uszczęśliwić pozdrowieniami:

Obrazek

Zaraz obok jest biblioteka Celsusa. Nazwisko brzmi podobnie do tego od termometru ale to był ktoś inny. Budowę ukończył jego syn - Gajusz Akwila - a sam Celsus spoczywa po dziś dzień w piwnicy

Obrazek

Morfeusz skończył korespondencję i wrócił do rzeczywistości. Całkiem przyzwoitej:)

Obrazek

Wchodzimy do środka. Jak na budynek, w którym przechowywano kiedyś dziesięć tysięcy manuskryptów i który był trzecią największą na świecie biblioteką , wydaje się być dość mały. Ma podwójne ściany z metrowej szerokości szparą pomiędzy nimi. Ponoć sprzyjało to mniejszej wilgotności i na zwojach było dzięki temu mniej grzyba. Okna są tylko od wschodu. Jak ktoś zaspał i nie zdążył poczytać rano to musiał przychodzić ze świeczką.

Obrazek

Kukuncio przymila się do Agnieszki:

Obrazek

Zazwyczaj ten przebiegły lis rozczula młode kobiety a potem chwyta je za piersi. Nie mamy pojęcia po kim on odziedziczył takie zachowanie. Życzymy Agnieszce żeby ją potraktował bardziej poważnie a ja tłumaczę mu co się stanie jak spadnie z tej kamiennej półki

- Kukuncio, uważaj bo jak spadniesz to będzie bum i nawet nie będziesz płakał tylko Ci się główka rozpuknie i wypadnie mózg.
- Jak możesz mu mówić takie straszne rzeczy? - strofuje mnie Agnieszka
- Musi wiedzieć co go może czekać bo inaczej nigdy nie pozna lęku.

Wychodzimy i idziemy w górę kolejnej ulicy. Ta jest bardziej stroma i nierówna. Ciężko się pcha po niej wózek. Zostajemy z tyłu. Po prawej stronie część wzgórza zasłonięta jest rusztowaniami i namiotami. Dawne domy bogaczy, odgrzebane z ziemi, są tam restaurowane. Ponoć można tam podziwiać piękne mozajki, zdobione ściany i świetnie zachowane domostwa. Niestety trzeba za to dodatkowo dopłacić więc nikt się nie decyduje. Po lewej mijamy świątynie Hadriana:

Obrazek

a kawałek dalej termy i publiczny szalet:

Obrazek

Może to nas szokować ale tam nigdy nie było żadnych ścianek działowych a same toalety były miejscem spotkań i burzliwych polemik w rytm załatwiania potrzeb fizjologicznych:

- Co tam u żony? Widziałem ją wczoraj jak niosła wodę w bukłaku ze studni. Plum.
- Omnia est bene, Juliusz naprawił nam wczoraj rydwan i wybieramy się do Sparty kupić nowego niewolnika. Plum, plum plum. Strasznie zimne te kamienie. Żałuję teraz że kazałem zabić Titusa Syrusa. Teraz nie ma mi kto tutaj grzać siedziska przed przyjściem. Podasz mi gąbkę na kiju? Zapomniałem swojej i nie mam się jak podetrzeć.
- Gratias tibi, miło z twojej strony. Ostatnio nie wytarłem się dokładnie i mi zardzewiała zbroja. Dzisiaj przypływa statek z Rzymu. Muszę iść kupić sobie rybę zanim zrobi się rejwach. Ave!

W jednym pomieszczeniu było ponad 30 siedzisk. Toalety były płatne a osoby, które mogły sobie na to pozwolić opłacały sobie kogoś do grzania swoim tyłkiem miejsca przed przyjściem pana. Pod kamieniami płynęła cały czas woda zabierająca ze sobą kupska a przed siedziskami , w rynnie, ta służąca do moczenia gąbki, którą następnie wycierano sobie tyłek. Jak na tamte lata było to wyjątkowo nowoczesne rozwiązanie. Uchroniło miasto pewnie od niejednej zarazy.
Na szczycie wzniesienia jest drugi, mniejszy amfiteatr - odeon - oraz sterta rur:

Obrazek

Całe miasto miało bieżącą wodę oraz ogrzewanie. Rury poprowadzone w ścianach przenosiły ciepłe powietrze z kotłowni. Niektóre źródła mówią że mieszkało tu nawet 250tys ludzi (wyliczono to kierując się ponoć stałym w tym czasie stosunkiem wielkości amfiteatru do populacji danego miasta) . Inne mówią że to niemożliwe i że maksymalnie na takiej powierzchni można było ulokować ich tylko ok 50tys. Faktem jest że podobno tylko 15% miasta zostało jak na razie odkopane a i tak wydaje się być spore.
Nawracamy na górce i schodzimy w dół. Mijamy pomnik Nike i bramę Herkulesa. Bananowiec podbiega do nas wyjątkowo zarumieniony

- Ej Fox, robiłem zdjęcie tej bramy, ustawiałem dość długo ostrość i dopiero po chwili zauważyłem że w bramie stoi niesamowicie ładna dziewczyna z dużymi piersiami, która się na mnie cały czas patrzy. Zawstydziłem się i w końcu zrobiłem zdjęcie dopiero jak już zaczęła schodzić:

Obrazek

Zgaduję że to ta w białym była powodem rumieńca. Poszliśmy sobie dalej i my. Kawałek niżej widać było, że miasto cały czas jest odkopywane. Na naszych oczach odsłonięto kolejne wejście do jakiś podziemi:

Obrazek

Powoli czas zaczynał naglić więc udaliśmy się do wyjścia mijając jeszcze agorę:

Obrazek

Obrazek

i kościół maryjny:

Obrazek

Boczną drogą, mijając grotę siedmiu śpiących i szuwary dotarliśmy do Selcuku. Na skrzyżowaniu znaleźliśmy ładnie wyglądającą restaurację o nazwie Agora. Parking zaraz obok opisany był jako płatny ale jako że nie spostrzegliśmy tam nikogo zbierającego opłaty to zatrzymaliśmy się na nim ochoczo. Obiad był smaczny, w przystępnej cenie i mieli tam fotelik dla dziecka. Kukuncio spałaszował pierwszy w swoim życiu chleb:

Obrazek

Po obiedzie, kierując się do samochodu, zauważyliśmy że parking jednak jest obserwowany. Jakiś jegomość z mobilną kasą fiskalną zbliżał się do nas leniwym krokiem. Bananowce i Agnieszka puścili się więc biegiem do samochodów i uciekli. Winszowaliśmy im udanej ucieczki i refleksu gdy pan ten podszedł do Morfeusza oznajmiając:

- Pan zapłaci też za swoich znajomych
- Jakich?
- Proszę nie udawać głupiego. Tych którzy zwiali bez płacenia.
- Ciekawe skąd wie że to jego znajomi? - pytam Fenkju- Szybę
- Mają takie same samochody, podobne rejestracje i jedliśmy razem obiad - odpowiada i wychodzę na idiotę.

Pakujemy się do samochodów i jedziemy na stację na ulicę Ataturka. Kogoś oczywiście brakuje ale nie pamiętam kogo. Czekamy około dwudziestu minut. Ula kupuje lody. Za stacją, w bocznej uliczce stoi stary dostawczy Peugeot. Daje nam to rozrywkę na pół minuty po czym wpadamy w letarg. Po chwili słyszymy ryk silnika. Na stację wpada beżowy Tofas z turecką flagą na tylnej szybie. Driftuje wokół dystrybutora, piszczy oponami i produkuje dużo dymu. Odjeżdża.

- Turcy to jednak mają fantazje. U nas już się takie rzeczy nie dzieją....

W końcu jesteśmy w komplecie. Jedziemy w stronę Izmiru. Coś się pali koło szosy. Nie widać co.

Obrazek

Mijamy niespotykanego na naszych drogach Fiata Palio hatchback:

Obrazek

a także rzadko spotykany u nas tunel:

Obrazek

Przed Izmirem proponuję wjechać na autostradę bo jedziemy wyjątkowo wolno a krajobrazy wcale nie są ciekawe.

- Lepiej nie ryzykować. Niby doładowaliśmy HGS'y wystarczająco ale już w Stambule Józkowi szlaban migał na pomarańczowo - odpowiada Gad przez CB gdy mijamy kolejny zjazd na autostradę.

Jedziemy więc powoli i zjeżdżamy z tej drogi dopiero na obwodnicę Izmiru. W oddali widać dwa charakterystyczne portowe wieżowce. Po kilku godzinach docieramy do Bergamy (Pergamonu), gdzie na szczycie góry znajduje się największy na świecie amfiteatr. W czasach świetności pomieścić mógł 40tys ludzi. Niestety wstęp jest płatny a cena wystarczająco wysoka żeby nikt nie chciał tam wejść. Mi osobiście bardzo jest tego szkoda ale samemu nie będę się wyrywał. Obchodzimy budynek kasy żeby sprawdzić czy przypadkiem nie da się na to wszystko rzucić okiem choć z daleka. Nic z tego. Jest tylko urwisko i mur. Pchamy wózek z Kukunciem nad przepaść, dając mu kolejną szansę na poznanie lęku. Robimy sobie wspólną fotkę:

Obrazek

Okropnie tam wieje więc szybko stamtąd schodzimy. Rafał jest nieustraszony więc zostaje:

Obrazek

- Kukuncio się chyba posrał - oznajmia Ula po obwąchaniu mu spodni
- Na takim wietrze chyba nie damy rady go przebrać. Możemy zjechać trochę niżej? - pytamy Fenkju.
- Spoko.

Podczas gdy my zjeżdżamy na dół i stwierdzamy że smród był pochodzenia lotnego (bąk) a nie stałego (kupa) to reszta robi sobie takie zdjęcie grupowe:

Obrazek

- Gadzie pamiętasz że mamy jechać teraz na Ayvalik nie główną drogą a tą bardziej na północ, przez las cyprysowy?
- Tak, pamiętam, mam ustawionego gps'a
- A no to superowo - uspokajam się trochę bo już się bałem że się pogubimy w gąszczu wąskich uliczek

Obrazek

a w centrum kolejny palio hatchback, tym razem stuningowany i zaparkowany przy gościu pod krawatem:

Obrazek

- Gadzino, na pewno dobrze jedziemy? Jesteśmy w centrum a mieliśmy chyba jechać jakoś bardziej górą..
- Nic się nie martw Fox, mam to wbite w gps. Nie zgubimy się.

Przejeżdżamy przez centrum i znowu wyjeżdżamy na dwupasmówkę na której już byliśmy. Po obu stronach są jakieś markety. Dojeżdżamy nad morze.

- Gadzie, to nie jest ta droga. Mieliśmy nie jechać nad morzem tylko przez góry
- Hmmm, rzeczywiście. Myślałem że tylko drugi jej fragment chcesz przejechać a niekoniecznie całość.
- No nie, ten pierwszy był ładniejszy
- To co, mamy tam wracać?
- No teraz to już nie. Za późno. Po zawodach - odpowiadam i robi mi się strasznie smutno. Patrze tępo przed siebie przez kolejną godzinę, rozmyślając nad trasą, którą przegapiliśmy:

Obrazek

Może ktoś z nas się tam jeszcze kiedyś wybierze, przejedzie tą górską drogą z Ayvaliku do Bergamy i zda relację z tego co nas ominęło.

Tymczasem wydawało się że wyjątkowo dotrzemy na miejsce przed 21. Na szczęście ktoś uratował sytuację proponując zakupy w hipermarkecie i nie musieliśmy się tym przejmować.

Kukuncio wyglądał tam wyjątkowo grubo ale zmieścił się do wózka i nie robił kłopotów:

Obrazek

W końcu udaliśmy się na nocleg na wyspę połączoną z lądem mierzeją, o którą rozbijały się po obu stronach fale. Po drodze minęliśmy kilka wiatraków usytuowanych przy pięknej, krętej drodze przez las

- Ja bym chętnie tą drogę jeszcze raz dzisiaj przejechał - oznajmił Józek.

Wiele osób mu wtórowało ale jak zwykle nikt nigdzie nie pojechał. Może rozkojarzyły wszystkich lampy radiowozu, który stał na campingu gdy na niego dotarliśmy. Obława na szczęście nie była zastawiona na nas więc rozbiliśmy namioty, ktoś zrobił na grillu kolację

Obrazek

a ktoś inny poszedł nad morze i zrobił to zdjęcie:

Obrazek

Ja zrobiłem kilka pompek, pogadałem z Helterem (który jako jedyny chciał jeszcze rozbijać namiot w naszej okolicy) , wypiłem piwo i poszedłem spać.

Awatar użytkownika
dzikson
Maniak
Posty: 1191
Rejestracja: 23 sty wt, 2007 10:23 pm
Posiadany PUG: 205XS
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: dzikson » 24 lis wt, 2015 11:13 pm

Dobrze jest wspominać te wszystkie miejsca, czytając kolejną część bogato fabularyzowanej relacji :wink:
Obiecałem sobie, że zanim Fox dokończy pisanie, ja zdążę przejrzeć swoje zdjęcia z tego tripu. Mam fart, po pół roku mi się udało :P

Trafiłem tam na przykład na Gada w roli Ojca Chrzestnego
DSC_0041.jpg
Ktoś już kiedyś golił się w lusterku peugeota?
DSC_0060.jpg
Nie wiem o co poszedł ten zakład, ale chyba pamiętam, kto wygrał 8)
DSC_0112.jpg
Świeże kraby tylko na tureckiej plaży
DSC_0361.jpg
W następnym odcinku Fox Story: powrót na łono Europy
DSC_0477.jpg
DSC_0481.jpg
I jeszcze ładne krajobrazy, do których chciałoby się wrócić
DSC_0344.jpg
DSC_0442.jpg

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 06 sty śr, 2016 10:08 pm

Na specjalne, noworoczne życzenie Morfeusza, przemogłem się i postanowiłem kontynuować relację. Niestety Ula zabrała Kukuncia na spacer tylko na kilka godzin więc nie zdążyłem opisać całego dnia. Nie wiem czy jeszcze kogoś poza Melosem ta relacja interesuje ale jakby co to wrzucam połowę dnia czternastego.

Dzien 14, 13 maja, Ayvalik - Assos - Troja - Canakkale - półwysep Gallipoli ~250km

Obrazek

Kolejna chłodna i niespecjalnie przespana noc za nami. Kilkukrotnie wyrywani byliśmy ze snu dyskretnie - zamarzającymi stopami, domagającymi się drugiej pary skarpet, lub nagle - wydzierającym się wniebogłosy Kukunciem. Nie mam pojęcia co się czasem dzieje z tym dzieckiem. Czy go coś boli, czy śni mu się coś strasznego? Rozdziera się szybciej niż syrena ochotniczej straży pożarnej. Tamta przynajmniej zaczyna od niższych tonów, by po kilku sekundach osiągnąć docelowe brzmienie. Kukuncio potrafi w milisekundzie wygenerować 150 decybeli. Czasem równie szybko milknie, obraca się na drugi bok i śpi dalej w najlepsze. Czasem drze się przez kilka, wydających się wiecznością, minut. Tym razem chyba miał gorączkę. Był cały spocony. Trzeba było go przebrać i na nowo wpakować do śpiwora. Poranek przywitałem więc z radością. Znów świeci słońce. Mimo to w namiocie nie jest duszno. Wychodzimy. Helter siedzi przy stoliku zaraz obok, je kanapkę, czymś popija. Czasem spogląda na trzcinę rosnącą zaraz za ogrodzeniem. Wygląda na człowieka zadowolonego. Wymieniamy poranne kurtuazyjne zwroty.

- Nie budził Cię Kukuncio za często? Dałeś radę wytrzymać?
- A chyba tylko raz go słyszałem. Mi dzieci z reguły nie przeszkadzają.

Szczęściarz...

Część osób je śniadanie, część już coś pakuje do samochodów. Szyba otwiera bagażnik Hondy. Pewnie zaraz wyciągnie kolejną paczkę pasztetu Profi. To jego ulubione pożywienie. Zaraz po fasolce ze słoika. My wyciągamy chleb i kawałek sera. Kukuncio dostaje mleko.

- Tutaj chyba wszędzie na campingach są dachy nad miejscami namiotowymi - zagajam rozmowę - U nas o wiele częściej pada a nikt na coś takiego nie wpadł.
- One są od słońca - odpowiada Fenkju-Szyba a ja kolejny raz czuję się jak idiota. On ma jakąś specjalną zdolność upokarzania mnie przed samym sobą. Przy każdej okazji mówi sam o sobie, że jest nieinstruowanym chłopem ze wsi ale wciąż, raz po raz, poraża mnie swoją inteligencją. Chyba jestem przemęczony już tym jeżdżeniem. Podciągam się kilka razy na konstrukcji zadaszenia, wymieniamy z Natalią kilka zdań o jej treningu Capoeirowym i idziemy nad morze:

Obrazek

Woda jest krystalicznie czysta. Skrzy się w słońcu. Na dnie, pomiędzy kolorowymi kamykami, można dostrzec czarne jeżowce. Ich długie, złowrogo wyglądające kolce falują lekko razem z wodą. Obserwuję je z dziwnego, kamiennego mini-pomostu zakończonego obrotowymi krzesłami. Po chwili dołącza do mnie Vroobel.

Obrazek

Mamy z Vrooblem trochę wspólnego. Tak jak ja marzy o 504 coupe i tak jak ja próbuje dogadać się ze wszystkimi obcymi w ich własnym języku.
- Wychodzi mu to czasem podobnie jak mi - myślę sobie przypominając sobie relację Gada z parkowania w Stambule, kiedy to razem ustawiali samochody:

- Rozmawiałem z miejscowym, spokojnie możemy tu zostawić samochody
- Jak ty się z nim dogadałeś?
- Po turecku
- E no to rewelacja - Gad parkuje Peżota pod jakimś sklepem. Tyle co wyszedł z samochodu, słyszy
- Zabierajcie stąd te samochody, tu nie wolno parkować!
- :(

Ja często mam podobnie. Szkoda że tak mało okazji mamy do rozmowy na tym wyjeździe. Podzieliła się trochę ekipa na podgrupy i oni trafili do tej drugiej. Liczę na jakieś przetasowania i roszady.

Po chwili przychodzi też Paulina. Testują pomostowe krzesła. Ciekawa budowla - ten pomost. Ciekawi i fajni też Vrooble. Natalia mówi ze ładni.

Obrazek

Siadamy i my. Pomimo iż prostuję plecy do zdjęcia to i tak wyglądam na garbatego. Ponurej rzeczywistości nie oszukasz:

Obrazek

Kukuncio najpierw zapoznaje się z miejscowym psiskiem:

Obrazek

a potem pobiera kolejne lekcje chodzenia. Świetnie dogadują się z Pauliną.

- na "trzy" oboje mrużymy oczy do zdjęcia! Raz, dwa, cyk!

Obrazek

W międzyczasie pojawia się na plaży Florek i Szyba. Mają ręczniki. Zmierzają w stronę pomostu. Florek jest już przebrany i jako pierwszy wchodzi w kontakt z wodą:

Obrazek

Gdy ja docieram na pomost Florek jest już daleko. Porusza się efektywnie i sprawnie się od nas oddala.

Obrazek

Szyba jest bliżej. Można zagadać

Obrazek

Obrazek

- I jak tam woda? Da się w tym pływać?
- Jest tak zimno że czuję jakby zamarzły mi kości. Coraz wolniej ruszają mi się ręce ale poza tym jest spoko.
- Widziałeś koła ratunkowe? Są przyczepione trytytkami do drutu. Nigdy bym ich nie odczepił jakby ktoś się topił.
- A to spoko, to nie odczepiaj, wchodzisz?

Wchodzę. Szczebel po szczeblu schodzę w dół i czuję coraz większy ziąb. Fakt, że Fenkju rozchlapuje na mnie wodę, sprawia że ocieram się o hipotermię zanim jeszcze dotknę dna.

Obrazek

Brrr! Zaczynam machać rękami co tylko pogarsza sytuację. Po kilku minutach pływania czuję się jakby ręce i nogi wypełniał mi w środku lód. Potem przychodzi ulga. Podejrzewam że zamarzły mi nerwy i dlatego przestałem cokolwiek czuć. Wychodzę. Paulina z Olgą próbują jednocześnie wyskoczyć do góry. Za obiektywem stoi Ania i cierpliwie powtarza:

- jeszcze raz, spróbujcie znowu, kiedyś na pewno się uda.

Dołączamy się razem z Florkiem do tej zacnej inicjatywy:

Obrazek

Gad trenuje obok na plaży:

Obrazek

Niestety nie został zakwalifikowany do finału.

Robię Uli ostatnie w tamtym miejscu zdjęcie:

Obrazek

i idziemy się ładować do samochodu. Po drodze spotykamy Bananowca. Jest spóźniony ale polecam mu morską kąpiel

- Stracisz czucie w kończynach ale nie będziesz żałował. Fajnie jest. Myślę że jeszcze zdążysz.

Poszedł, wskoczył, wyszedł, wytarł się, jest zadowolony.

Jesteśmy gotowi. Józek już grzeje silnik pod bramą. Kolejne samochody ustawiają się za nim. Też burczą, ruszają tłokami i emitują spaliny. My wyjeżdżamy jako przedostatni. Za nami jest tylko Morfeusz. Ujeżdżamy może 300-400m i ten ostatni zgłasza na radiu naglącą potrzebę postoju.

- Czekajcie chwile, muszę tu stanąć.
- Co tym razem odpadło i czemu tak szybko?

Nie ma już odpowiedzi. Odwracam się do tyłu i przez szybę widzę go, jak z rolką papieru toaletowego w ręce, biegnie w stronę sosnowych zarośli. Przebiera nogami dość żwawo. Przeskakuje nad ciernistym krzakiem. Po chwili wraca, spokojnym już krokiem, wsiada do auta i melduje się na radiu.

- Ależ mnie złamało! Już wyjeżdżając coś czułem, że tak to się skończy ale nie sądziłem że tak szybko.

Mamy więc pierwszą oficjalną ofiarę tureckiego jedzenia. Wznawiamy jazdę. Na górce dołączamy do reszty. Czekają na nas. Jest tam polana z widokiem na zatokę i miasto. Rozstawiamy na niej samochody.

Obrazek

Wszyscy robią multum zdjęć ale tylko Gadowi wychodzą ładne. Pewnie dlatego, że zajął najlepsze miejsce, jest pierwszy i żaden samochód nie zasłania mu widoku. Kilometr dalej mamy kolejny postój fotograficzny. Tym razem na mierzei łączącej wyspę z lądem.

Obrazek

Wdychamy trochę morskiego powietrza. Przechadzamy się po betonie. Mija nas chłop z ogromnym baniakiem w ręce. Chwilę później ruszamy w stronę Assos

Obrazek

Następuje taki oto ciąg powiązanych zdarzeń: bryza wzburza lekko morze, wytwarza się fala, która następnie rozbija się o falochron i rozbryzguje wodę w powietrze. Ta sama bryza, sekundę później, przenosi krople słonej wody na samochód Rafiego.

- Myślicie że mi od tego dizelek zardzewieje? - pyta na radiu.

Nie pamiętam czy padły tu jakieś odpowiedzi. Pamiętam tylko że pojechaliśmy dalej. Nie mam sił już dzisiaj pisać więcej.

Awatar użytkownika
morpheusss
Junior
Posty: 370
Rejestracja: 25 wrz pt, 2009 2:37 pm
Posiadany PUG: 205 XS '89 TU3M - wrak & 205 XL TU3M & 205 Look TU3M
Numer Gadu-gadu: 2292990
Lokalizacja: Mikołów

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: morpheusss » 06 sty śr, 2016 11:51 pm

Wiedziałem, że noworoczne życzenie odbije się na mnie rykoszetem... :D Dzięki Fox, jak zwykle la crème de la crème!

Awatar użytkownika
bananowiec
Uzalezniony
Posty: 610
Rejestracja: 02 kwie śr, 2008 10:36 pm
Posiadany PUG: 205 CTI TURBOGNÓJ , 205 1.8 dturbo forever
Numer Gadu-gadu: 4940298
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: bananowiec » 07 sty czw, 2016 3:08 am

Oj, nie tylko Łukasz czeka z utęsknieniem na kolejny wpis w tym temacie. Każdy opis dnia wyprawy z Twojej klawiatury powoduje olbrzymią dawkę wspomnień! Z drugiej strony nie wymuszamy na Tobie żebyś jak najszybciej skończył relację bo wiemy, że masz teraz od groma obowiązków w domu ;) Do końca już niewiele pozostało także czekamy na dokończenie tego i jeszcze kilku następnych dni wyprawy _O_

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 12 lut pt, 2016 4:02 pm

Ciąg dalszy dnia 14.

Przez otwarte okno wpada do samochodu morska bryza, niosąca ze sobą drobne kropelki wody. Czuję miłą ochłodę na prawym policzku. To w tym zjawisku Rafał widział zagrożenie dla swojego samochodu. Zjeżdżamy znów na kontynent. Ula mówi żeby zamknąć okno. Podobno za bardzo wieje na Kukuncia. Odwracam się i widzę że oboje mają włosy rozwiane jak w tunelu aerodynamicznym. Dookoła latają pieluchy i chusteczki. Przypomina mi się film "Twister". Przeszło mi przez myśl, że może tylko lekko przymknę szybę ale szybko się zreflektowałem.

- No dobra - zamykam.

Kukunciowy stan wciąż jest kiepski choć sinusoidalnie stabilny. Co 4h można mu podawać na zmianę nurofen lub paracetamol. Wtedy temperatura spada do wartości neutralnych. Po upływie tego czasu znów skacze do 38-39 stopni i czynność trzeba powtarzać. Po jakimś czasie przestaje to już przerażać i staje się normą. Na tripie nie ma czasu na choroby, na leżenie, na leczenie. Kolejny dzień, kolejne miejsca. Z nami czy bez nas - karawana i tak pojedzie dalej.
Skręcamy najpierw w prawo by za chwilę zrobić zwrot, o prawie 180 stopni, za znakiem na kolejną dwupasmówkę. Bulwar Ataturka. Jakże by inaczej? - myślę sobie patrząc na nazwę ulicy. Wyjeżdżamy na autostradę. Przeciwne pasy ruchu oddziela wąski pas zieleni na której ktoś próbował posadzić jakieś drzewka. Większość uschła. Z suchej ziemi sterczą badyle. Rosnącej tam trawy - podejrzewam - nie nazwałaby soczystą nawet wychudzona i wymęczona przez tubylców koza.
Mamy jakieś 100km do następnego postoju w Assos. Po drodze, niedaleko miejscowości Edremit jest stary, drewniany meczet, który myślałem kiedyś żeby zobaczyć. Czasu mamy jednak niewiele a i entuzjazmu na zwiedzanie wśród tripowiczów na próżno już szukać. Popadliśmy trochę w marazm. Rozkładam na kolanach mapę i patrzę na to co przed nami. Kilka kilometrów przed Assos widzę wąską drogę wzdłuż morza.

- Gadzino za kilka kilometrów zjedź z dwupasmówki. Widzę tu drogę wzdłuż wybrzeża, która może być ładna.
- GPS mi każe jechać na wprost. Mówi że to szybsza droga.
- No może tak być ale trochę tu nudno. Szyba zaraz zaśnie i wydachujemy.

Kilka osób wyrażało sprzeciw, były standardowe niesnaski i przewidywanie kolejnej wychujki ale w końcu udało się przekonać komitywę do zjazdu. Początkowo było trochę dziur i zakrętów pomiędzy ruderami stojącymi na poboczu ale szybko zrobiło się ładnie.

- Mi się podoba - usłyszeliśmy opinię Józka i samochody zaczęły się od nas oddalać. Przyspieszyli. Coś się w końcu zaczęło dziać i na radiu można było znów usłyszeć cenne informacje

- Na zakręcie w prawo jest dziura, nie ścinajcie
- Uważajcie na wjeździe do wioski. Jest kilka progów.
- Za wioską jest lekka chopka a za nią , po poboczu, idzie dwóch pedałów.

Ostatni komentarz należał do Gada. Niektórzy mają niezwykły dar oceniania sytuacji jednym rzutem oka, bez zbędnego zastanowienia. Wyciągam aparat aby uwiecznić tą przeszkodę:

Obrazek

Im bliżej Assos tym teren stawał się bardziej pofałdowany a słońce przesuwało się coraz bliżej zenitu:

Obrazek

Po kilku kilometrach dotarliśmy na miejsce. Morfeusz wyciągnął z zarośli porzucony znak drogowy (Przydałoby nam się coś takiego na kolejny wyjazd) :

Obrazek

a ja skomentowałem sytuację:

- Morfeusz, wózek...
- Kur....

Wygrzebaliśmy wózek z kiosku, załadowaliśmy Kukuncia i poszliśmy w góre, w poszukiwaniu świątyni Ateny z widokiem na Lesbos.

Assos to dziwne miasteczko. Niby biedne, zapuszczone i zaniedbane. Pełne zmaltretowanych życiem ludzi. Mnóstwo w nim jednak przeróżnych, niespodziewanych zaułków i miejsc, w których kwitnie sztuka i rękodzieło:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tutaj atrakcja dla osób, które w dzieciństwie nie namęczyły wystarczająco dużo zwierząt i chciałyby jeszcze. Tytuł ekspozycji : "Odkręć kran i zmocz kota"

Obrazek

Udaliśmy się na górę po brukowanej uliczce z ogromną ilością wertepów:

Obrazek

Nie wiem kto projektuje wózki dziecięce ale na pewno nie bierze pod uwagę takich okoliczności ich użytkowania. Małe, plastikowe kółka tej składanej konstrukcji co rusz grzęzną w szczelinach pomiędzy kamyrdolcami. Okropnie ciężko się to wtacza po stromiźnie. Zalewający mi oczy pot utrudnia oglądanie wystawionych na straganach dóbr materialnych. Wycieram więc ślepia podkoszulkiem. Okazuje się że miałem w jednym z nich muchę.
Zawartość stoisk okazuje się jednak nie warta wysiłku włożonego w ich oglądanie. Nie znajduję tam niczego wartego uwagi. Szkoda. Fajnie przywieźć z wakacji jakąś ciekawą duperelę. Nie tym razem.
Na szczycie wzniesienia czeka nas kolejne rozczarowanie. Wejście do świątyni jest płatne. Cena luksusowa. Nikt się nie decyduje. Tłumaczymy sobie, że po co wydawać kilkadziesiąt złotych na oglądnięcie jakiejś tam świątyni sprzed tysiący lat, z ładnym widokiem na wyspę Lesbos skoro obok, za darmo, można zobaczyć trochę brudu, biedy i ubóstwa:

Obrazek

Czyż nie jest tu ładnie? Są też indory, kryjące się pod baniakiem:

Obrazek

Bananowiec próbuje je rozsierdzić:

Obrazek

Obrazek

Ja, świadomy że w sytuacji zagrożenia będę musiał porzucić tam wózek z Kukunciem i samemu dać drapaka, wstrzymuję się od wtórowania mu. Zamiast tego wychodzę w sandałach na 8 metrową pionową skałę i próbuję z oddali chociaż zobaczyć świątynię do której się wybieraliśmy. Nic z tego. Po wyjściu na górę odkrywam kawałek trawnika i kolejny skalny wyłom. Nie będę go szturmował. Robię zdjęcie:

Obrazek

Próbując zejść na dół uświadamiam sobie że stare sandały to nie są buty wspinaczkowe. Próbuję wyglądać na tyle pewnie żeby Ula nie krzyczała ze strachu obserwując mnie z dołu. Bagatelizuje poślizgi i odpadające kamienie, których próbuję się uchwycić. Ukrywam sytuacje skrajnego zagrożenia. Docieram na dół. Życie wydaje mi się kruche. Zastanawiam się jak to się dzieje, że niektórzy próbują popełnić samobójstwo i im się nie udaje. Nieudacznicy. Ruszamy w drogę powrotną, podczas której mijamy malowniczo wyglądającą, kolorowo ubraną starą babę. Chce nam sprzedać produkty tkacko-włókiennicze

Obrazek

Robimy jej fotki, ona pozuje wesoła, chce nam coś sprzedać. Odchodzimy nic nie kupując. Niektórzy przeglądają fotki, patrząc czy dobrze wyszły.

Florek ma już ewidentnie dość tego miejsca. Ewentualnie wpadło mu coś pomiędzy drzwi a siedzenie i próbuje to wygrzebać:

Obrazek

Jedziemy na dół, do portu, nad morze. Będziemy coś jeść. Droga jest wąska, kręta i pozbawiona jakichkolwiek zabezpieczeń.

- Jakby ktoś chciał popełnić samobójstwo to lepszego miejsca już chyba nie będzie - podpowiada radośnie Morfeusz

Obrazek

Na dole jest miasteczko, w którym wszystkie budynki zbudowane są z tego samego materiału. Każdy dom wygląda praktycznie tak samo. Tak jakby wszystko powstało w jednym momencie, jako jeden projekt. Jest tam ciasno i na pierwszy rzut oka widać że wszyscy się tam nie zmieścimy:

Obrazek

Kilka samochodów zjeżdża nad samą wodę:

Obrazek

My zostawiamy hondę na górze. Jakiś przybłęda chce od nas pieniędzy za parking. Coś mu dajemy. Odchodzi zadowolony nie rysując gwoździem samochodu. Chyba wystarczyło.

Na dole jest ładnie i kolorowo:

Obrazek

Czynnych jest kilka restauracji, które jednak serwują mniej więcej to samo i za taką samą cenę. Trzeba by tą sprawą zainteresować urząd ochrony konkurencji. Wietrzymy zmowę cenową. Mając taki wybór wybieramy więc miejsce, w którym mamy szanse się zmieścić. Zamawiamy Kofte z frytkami. Ja idę się przejść. Port otoczony jest falochronem, do którego przybijają małe rybackie łódki, które jako jedyne w tym miejscu wyglądają na autentyczne. Nadają okolicy kolorytu.

Obrazek

Zauważam że baba na łódce ma ogromne cyce po czym wracam do restauracji. Niedługo powinno już przyjść nasze jedzenie. Józek siedzi na pomoście, nogi dyndają mu nad wodą. Reszta gaworzy. Do portu wpływa statek wyglądający na drogi. W środku pewnie wypełniony jest przepychem, kontrabandą i nagimi kobietami. To oczywiście tylko domysły. To co wiemy to to, iż kapitan nie umie nim sterować. Kilkukrotnie próbuje zacumować omal nie rozbijając przy tym siebie, pomostu i całego nadbrzeża. Józek już nie siedzi na pomoście. Zamiast niego, dyryguje stamtąd całą operacją cumowania, chłop w dziurawych butach i rozdartych na tyłku dżinsach. Zarzucają linę, chłop prawie wpada do wody. Krzyczą, machają rękami, w końcu się udaje. Wszyscy żyją. Należy to rozpatrywać w kategorii cudu. My jemy obiad. Krzyki ustają, tym razem słychać łoskot samolotów bojowych. Eskadra F-16 leci na wschód:

Obrazek

Zastanawiamy się czy już jest wojna czy to tylko rutynowe loty. Nie ma konsensusu. Przeważa opinia iż to naloty na islamistów. Płacimy rachunek i idziemy do samochodu. Nikt nie idzie za nami. Nie wiem co się ze wszystkimi podziało, gdzie oni są. Jest gorąco i mamy już dość. Kończy mi się coca-cola. Ula znosi tą sytuację jeszcze nie najgorzej:

Obrazek

My z Szybą, natomiast, rozpaczliwie szukamy chociaż skrawków cienia:

Obrazek

W końcu ruszamy. Klimatyzacja w Hondzie ledwo dyszy. Podobnie jak Kukuncio. Jedno i drugie emituje wysoką temperaturę. Zaczynamy się niepokoić. Kukuncio przestał wydawać dźwięki. Bodźce zewnętrzne też coraz słabiej do niego docierają. Oczy ma szkliste, jest rumiany jak zawstydzona dziewica i czoło ma jak żelazko. Ula przegląda warunki ubezpieczenia zdrowotnego oraz szuka numeru telefonu do centrali. W międzyczasie docieramy do Troi. Dziwnie burczy mi w brzuchu. Co kwadrans czuję ból skręcających się kiszek. Niedobrze. Wodzę wzrokiem po okolicy w poszukiwaniu kibla. Znajduje jeden ale jest za ogrodzeniem. Można skorzystać po wykupieniu wejściówki. Pytam czy ktoś się wybiera. Wszyscy mówią że za drogo i że oglądną konia zza płotu. W środku nie może być przecież niczego ciekawszego:

Obrazek

Szukam więc zacisznego rowu, w razie czego. Niestety - wszystko na widoku. Dookoła rozstawione autokary. Ula do mnie macha z samochodu. Dodzwoniła się na numer alarmowy Hestii. Przyjmie Kukuncia szpital w Canakkale. Podają nam adres, umawiamy się na "za godzinę", żegnamy się z resztą i Szyba ciśnie Hondę. Plan jest taki że Gadzina poszuka jakiegoś campingu w okolicy i spotkamy się później.
Po kilku kilometrach, po lewej stronie widać już cieśninę Dardanele oraz półwysep Gallipolli. To już Europa, trip powoli się kończy:

Obrazek

Mamy nadzieję że o życiu Kukuncia nie można jeszcze powiedzieć tego samego.
GPS kieruje nas do jakiegoś osiedla z wystającym minaretem pośrodku.

Obrazek

Żaden z otaczających nas budynków nie wygląda jak szpital. Wchodzę do sklepu i pytam. Za kasą siedzi pani w czarnej chuście. Nie rozumie kompletnie nic z tego co do niej mówię więc wychodzę. Po chwili ona jednak macha do mnie rękami. Wracam. Coś mówi po turecki, czego z kolei ja nie rozumiem. Z kantorka wychodzi turek, wygląda na kierownika placówki. Gestami pokazuje żeby iść za nim. Idziemy więc całą komitywą, środkiem ulicy. Najpierw on, potem ja a za nami toczy się Honda. Dochodzimy do skrzyżowania. Turek zwraca się w prawo, w kierunku południowym:

- This way, third street light, glass building, left.

Zdaję sobie sprawę z daremności ewentualnej prośby o jaśniejsze wyjaśnienie, kłaniam się w pas, dziękuję, wsiadam do Hondy i ruszamy.

- Na trzecich światłach w lewo. Albo obok szklanego budynku albo to jest szklany budynek. Turek mówi że trafimy bez problemu. - dopowiadam żeby podnieść morale załogi.

Na trzecim skrzyżowaniu widzę budynek pasujący do opisu

- To tutaj, skręcamy w lewo - mówię, przypominając sobie z rozmówek tureckich słówko "hasta" czyli "chory". Hastanesi to musi być szpital. Wyciągamy Kukuncia z auta i niesiemy od środka:

Obrazek

Drzwi są jednak zamknięte, w środku nie ma żywego ducha.

- Może z tyłu jest jakieś inne wejście? - sugeruje Szyba

Obok budynku stoi karetka, nie wygląda na porzuconą. Z tyłu budynku jest pochylnia dla wózków i wejście do suteryny. Na szczęście otwarte. Wchodzimy. Jest i mini recepcja. Ula rejestruje Kukuncia. Mówi że to my dzwoniliśmy niedawno. Przyjmują nas już po 10 minutach. Lekarka mówi płynnie po angielsku. Standard wykończenia i wyposażenia tego miejsca jest dość wysoki. Fenkju-Szyba wyraża podejrzenie że jest to szpital prywatny. Jak zwykle pewnie ma rację. Opisujemy objawy, przebieg choroby i obawy Uli o los dziecka. Lekarka osłuchuje go, zagląda do gardła i feruje wyrok że to nic strasznego. Podobno jakiś dobrze znany wirus panoszy się po okolicy. Przepisuje antybiotyk oraz kilka innych piguł i wizyta zbliża się ku końcowi. Jest szansa że z tego wyjdzie:

Obrazek

Trzeba jeszcze załatwić formalności związane z tym żeby Hestia zapłaciła za wizytę. Trochę to może potrwać, więc ja korzystam z okazji i pytam gdzie jest toaleta.

- Tym korytarzem, potem po schodach na górę, w lewo i na końcu korytarza po prawej.

Wyruszam. Początkowo spokojnie, żeby nie budzić niepokoju, po minięciu zakrętu przechodzę w galop. Korytarz jest czysty i przestronny. Nie ma na nim zostawionych samych sobie, dogorywających, obłożnie chorych pacjentów, których lekarze kuksańcami zachęcaliby do cierpienia w ciszy. Zupełnie inaczej niż u nas. Toaleta również jest czysta, pachnąca polnymi kwiatami i zachęcająca do skorzystania. W stanie, w jakim byłem, nawet wylane szambo nie wydawałoby się problemem. Wbiegłem więc na pełnej prędkości do pierwszej kabiny. Nie było potrzeby cisnąć. Dawno nie czułem takiej ulgi. Ocieram pot z czoła. Z lekkim niepokojem zerkam w stronę podajnika papieru. Nie skontrolowałem zawczasu obecności rolki. Na szczęście była na swoim miejscu. Miękka i w dostatku. Ostrożnie spuszczam wodę, w obawie że mogłem coś poważnie zatkać. Wir na tafli wody uspokaja moje obawy. Podchodzę do umywalki, odkręcam kurek i dostaję strumień wody prosto w brzuch.

- No tak, to by było za piękne gdyby wszystko działało jak należy...

Mokry schodzę na dół.

- Jak będziesz korzystał z umywalki to nie polecam tej prawej...

Fenkju idzie na górę. Ja siedzę tym razem z Kukunciem. Ula rozmawia z portierem. Do budynku wchodzi grupa osób wyglądająca na wielopokoleniową rodzinę. Jest ich chyba ze 12 osób. Wszyscy kichają i kaszlą. Wnioskuję że wirus atakuje wszystkich bez względu na wiek. Szyba wraca.

- Już wiem że używałeś prawej umywalki i lewej kabiny.
- Skąd?
- O umywalce sam mi powiedziałeś a po wejściu do lewej kabiny sam się domyśliłem. Szybko zmieniłem ją na prawą
- Aż tak cuchnęło?
- Nie będę odpowiadał na to pytanie.

- Lisku, możecie iść kupić lekarstwa? Tu jest recepta - mówi Ula, wręczając nam jakiś świstek - ja muszę poczekać aż wyjaśni się sprawa z ubezpieczeniem.
- Spoko.

- Wiesz gdzie może być apteka? W którą stronę idziemy? - pytam Fenkju
- Pewnie wszędzie dookoła szpitala są jakieś.
- No dobra, a jak się nazywa apteka po turecku? To było takie dziwne słówko, które wyleciało mi z głowy. Zupełnie do niczego nie podobne.
- Nazywa się tak jak u nas - odpowiada pewnie - apoteke czy farmacy. Tego akurat jestem pewien.

Uszliśmy może z 50m gdy po lewej stronie zauważyłem sklep ze znajomo wyglądającym szyldem apteki, z poustawianymi w witrynie lekarstwami. Był też napis:

- Eczane - przeczytałem na głos, delektując się chwilą tryumfu. On też się czasem myli.

Lokal był jednak zamknięty. Wróciliśmy do szpitala zapytać o drogę. Do tego czasu Ula już wszystko załatwiła.

- Ile kosztowała ta wizyta?
- Na nasze 123zł. Hestia za to zapłaciła
- Podejrzewam że telefon do Hestii kosztował mniej więcej tyle samo - mówię, przypominając sobie że roaming w Turcji to ok 10zł za minutę.

Dowiedzieliśmy się jeszcze o lokalizacji czynnej o tej porze apteki, za ok 20zł dokonaliśmy zakupu leków, wsiadamy do samochodu, Fenkju odpala Hondę i pyta:

- Dokąd teraz?
- hmmm dobre pytanie.

Jakby na zawołanie usłyszeliśmy w CB głos Gada. Muszą być gdzieś niedaleko.

- Halo, halo Gadzie, słyszycie nas? Będziemy was gonić, gdzie jesteście?

Nie słyszą nas jednak. Docierają do nas tylko strzępki rozmowy. Wszystkie osoby poza Gadem są jednak tylko jednym wielkim szumem. Jakimś cudem udaje nam się wydobyć z tego elektromagnetycznego galimatiasu słowa kluczowe "prom" oraz "20min"

- Chyba jadą na prom. Zaraz będą odpływać.
- Daleko do portu?
- wg GPS'u 3km.
- zdążymy

Przejazd przez miasto nie był tak szybki jakby przewidywaliśmy, co rusz trafialiśmy na czerwone światło:

Obrazek

Czas nieubłaganie uciekał a reszta nadal nas nie słyszała. W końcu się udało - port! terminal promowy! Jesteśmy uratowani!:)
- Nie tak szybko, dokąd my w ogóle płyniemy? - pytam patrząc na nic nie mówiące mi nazwy miejscowości nad bramami do kolejnych terminali.
- Nie wiem ale tam chyba jest Józek.

Złapaliśmy ich w ostatniej chwili. Przed samym załadunkiem na prom:

Obrazek

Wciąż czasem nie mogę uwierzyć, że wtedy tak nam się udało z nimi na nowo połączyć. Płyniemy do Europy!

Obrazek

Obrazek

Radości i opowiadaniom nie było końca. Ktoś udzielił mi ciekawej, na pozór, wskazówki.

- U góry jest darmowa herbata.

Ula została więc z Kukunciem na dole a ja poszedłem skorzystać z tej promocji. Podszedłem do okienka, zamówiłem, odebrałem, odchodzę...

- Halo, mister! one lira!

Nie wiem czy ktoś mnie okłamał, czy źle zrozumiałem ale jednak należało za napój zapłacić. Rozglądnąłem się po sali w poszukiwaniu kłamcy. Widząc jednak jak wszyscy rozsiedli się w fotelach lotniczych i radośnie rozmawiają, postanowiłem nie drążyć tematu tylko zejść na dół, zanieść ciepły napój Uli. Schodząc po schodach poślizgnął mi się sandał na mokrym stopniu. Uświadomiłem sobie że lecę w dół, szorując plecami po kolejnych metalowych stopniach. Nie wiem jak się zatrzymać. Walnąłem w końcu nogami o jakąś czarną bryłę na samym dole. Patrzę na herbatę - ponad połowa wciąż byłą w szklance - niesamowite. Tymczasem czarna bryła okazała się mieć oczy, chociaż widoczne tylko przez mały wizjer.

- O cholera, muzułmańska baba!

Podejrzewam że tylko zakaz rozmowy z obcymi mężczyznami, jakim objęte są takie kobiety, uchronił mnie przed dostaniem zdrowego ochrzanu. Przeprosiłem grzecznie i szybko się stamtąd zawinąłem. Mam nadzieję że czegoś jej nie złamałem. Np pleców.

Gdy po 30 minutach dotarliśmy na drugą stronę cieśniny, było już zupełnie ciemno. Wyjechaliśmy w stronę wyszukanego przez Gada campingu po przeciwnej stronie półwyspu. To był pierwszy, podczas tego tripu, nocny odcinek. Kolumna czerwonych świateł przed nami wyglądała rewelacyjnie i mogliśmy tylko żałować że nie było okazji pojeździć po nocy trochę dłużej.
Na miejscu, pierwsze co od razu było wyczuwalne to niesamowity ziąb. Nie wiem czy było wtedy 9 stopni czy 7 ale ledwo zabrałem się za rozkładanie namiotu a zacząłem się trząść.

- Nie będzie wam przeszkadzało jak ustawię Hondę pomiędzy moim a waszym namiotem? - zapytał Fenkju - bez urazy ale jednak nie chciałbym spać zaraz obok Kukuncia
- Spoko, nie ma problemu. Rozumiemy doskonale.

Po rozłożeniu namiotu czułem się tak jakbym to robił na mrozie.
- Kukuncio nie przetrwa tutaj nocy - zauważa Ula - wynajmijmy tu pokój zamiast namiotu
- No dobra, pójdę zapytać.

W recepcji cicho i spokojnie. Na kanapie siedzi Józek i przegląda coś w telefonie.
- Chciałbym wynająć pokój dwuosobowy w domku
- nobubagawalokwa - odpowiedział coś recepcjonista. Albo ja byłem zmęczony albo to nie było po angielsku.
- One room, two people please - próbuję inaczej trochę zagaić
- Nie ma wolnych miejsc - mówi Józek nie odrywając wzroku od ekranu komórki. Klika w jakąś fotkę, która się powiększa na ekranie.

Tłumaczę portierowi że mamy chore dziecko i że może jednak mógłby poszukać dokładniej. Jeśli nie ma taniego pokoju to niech będzie w wyższym standardzie. Niestety niczego nie było. Przyjechała jakaś duża grupa i zajęła wszystko. Jest za to ciepła kuchnia w której są podobno kanapy i tam można się rozłożyć.
Melduję Uli status i idę oglądać kuchnię. Od progu wita mnie miły powiew ciepłego powietrza i ... łopot skrzydeł szybko przemieszczających się, tam i z powrotem, obiektów latających,

- WTF?
- Kukułki - mówi Vroobel, wskazując na gniazdo nad moją głową.

Dookoła kuchni rozstawiane są kuchenki gazowe i znajome twarze nachylają się nad garnkami. Jedna z dziewczyn żali się, że nie może uruchomić kuchenki. Podchodzę i otwieram zawór gazu. Naprawiła się.
W kącie stoją oparte o ścianę dwie kanapy. Sprzątam ten fragment pomieszczenia, rozkładam kanapy, rozścielam koc. Idę po Ulę i Kukuncia. Pakujemy jego rzeczy i wracamy do kuchni. Na kanapach trwa już impreza, leje się alkohol i struny głosowe emitują śpiewy. Gardła są liczne. No to by było na tyle jeśli chodzi o sen...

W końcu śpiewy milkną, lokal pustoszeje, Ula układa się z Kukunciem a ja wracam do namiotu. Ubieram dwie pary spodni, trzy bluzy, kilka par skarpet a i tak marznę tak jak chyba nigdy. Pożałowałem że uciekłem tu przed płaczem Kukuncia. To była najmroźniejsza noc tego wyjazdu. Ostatnia spędzona w pełnym składzie.

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 28 mar pn, 2016 2:12 pm

Co prawda smutno tak pisać samemu post pod postem ale postanowiłem jednak dokończyć tą relację. Chociażby dla własnej satysfakcji i poczucia że nie zostawiam czegoś rozgrzebanego. Nie wiem czy ktokolwiek przebrnie przez taką ilość tekstu ale cóż - emocji tego dnia było sporo. Jest trochę nostalgicznie. Inaczej niż do tej pory. Czy się spodoba - nie wiem. Było wtedy tak:


Dzień 15, 14 maja, Półwysep Gallipoli - Warsztat Alex Devil, Sofia ~600km

Obrazek

Zmarzłem tej nocy przeokropnie. Co godzinę, dwie, budziłem się skostniały, zwijałem mocniej w kłębek i zasypiałem na nowo. Tymczasowe ukojenie znalazłem, na bardzo krótko, w drugiej parze spodni. Chwilę później, z mniejszymi już tym razem oczekiwaniami, wdziałem drugą koszulkę a na stopy naciągnąłem kolejną parę skarpet. Wszystko na nic. Uświadomiło mi to wszystko nędzę mojej garderoby. Jedyne, czego nie miałem jeszcze założonego to sandały. Gdyby nie to, że po tylu dniach kontaktu z zapoconą, niedoszorowaną stopą, zaczęły wydzielać okropny fetor, rozważyłbym pewnie sięgnięcie i po tą deskę ratunku. Rozglądnąłem się po namiocie. Pusta karimata, na miejscu obok, wydała mi się świetnym symbolem samotności osoby zamkniętej w lodówce. No właśnie, jak już jesteśmy przy sprzętach kuchennych, Ula spała sobie z Kukunciem w ciepłej kuchni.

- Może by się tam jednak przenieść? - zaświtała mi w głowie zuchwała myśl, którą jednak szybko odrzuciłem jako niedorzeczną - Nie, nie, nie.

Płacz dziecka byłby jeszcze gorszy. Znów przeszywałby mi głowę i rozrywał wnętrzności. Jak młot udarowy przystawiony do głowy czy śrubokręt wbity pod żebro. Tutaj jest cicho i spokojnie, jakiś robak cyka sobie na zewnątrz, niedługo zaczną świergotać poranne ptaki. Nie jest tu wcale tak źle. Jak wsłucham się w ciszę to może usłyszę wyciekający z kiosku Melosa olej?
Jednak to już nie dzisiaj. Obudziły się ptaki i świergolą. Gdzieś czytałem, że ptaki wcale nie umieją śpiewać od urodzenia. Uczą się od rodziców (nie jest jasne czy obu i czy w ogóle od swoich) jak należy to robić. Ciekawe czy da się to jakoś wychwycić taki niuans, że jeden z nich jest doświadczonym śpiewakiem a drugi fałszuje? Nigdy na to nie zwróciłem uwagi. Ciekawe też, ile czasu musi minąć, żeby Kukuncia dało się czegoś sensownego nauczyć? Co ja w ogóle wygaduję? Niedobrze ze mną. Chyba wpadam w delirium. Odlatuję. To pewnie z zimna. Ewentualnie ktoś mnie otruł.
Zanurzony w tych rozważaniach dotrwałem do świtu. W którymś momencie musiałem zasnąć. Pamiętam bowiem że zaskoczyło mnie to, jak nagle zrobiło się jasno i ciepło. Jak rozbitek, dryfujący na resztkach rozbitego statku, wychodzi w końcu na brzeg, tak ja wyszedłem z tego zimnego namiotu na słońce i czułem się uratowany.
Poszedłem sprawdzić co tam słychać w kuchni. O dziwo nie kukułki. Pewnie śpią. Ula wręcz przeciwnie - wstała już i ścieli łózko. Większość ubrań już spakowana, leżą sobie ułożone w torbie. Kukuncio leży w swoim namiociku. Szamocze się mniej niż zazwyczaj. Podobno nie była to aż tak straszna noc jak mi się wydawało że może być. Przynajmniej dla nich.

Obrazek

Rozglądam się po pustej o tej porze kuchni:

Obrazek

W kątach i na blacie porozstawiane są kartony. Otwieram jeden z nich. W środku same ulotki. Wszystkie takie same. Po angielsku i turecku. Lista miejsc pamięci żołnierzy, którzy zginęli w walkach o półwysep na którym jesteśmy. Szlak pomników, tablic upamiętniających, miejsc bitew. Niedawno była jakaś okrągła rocznica tego wydarzenia - przypominam sobie z telewizji - Być może nawet setna. Ulotki pewnie zostały właśnie z tej okazji. Pewnie spodziewano się większej ilości gości. Zamykam karton, odkładam go na miejsce. Po co komu te wszystkie wojny? Trzeba poszukać Szyby i zacząć się pakować.

Na zewnątrz kolejne namioty znikają w pokrowcach a potem w bagażnikach. Szyba jako jedyny nigdzie się nie spieszy. Idę do łazienki. Jest tam kilka budynków pełnych jakiś labiryntów. Byłem tam już kilka razy dnia poprzedniego i za każdym razem błądziłem. Z jednego nie umiałem, przez dłuższą chwilę, się wydostać. Do każdego z nich wiodą dwa wejścia ale z jakiegoś powodu, wchodząc jednym a wychodząc drugim, człowiek zastanawia się czy nie wyszedł przypadkiem z innego budynku niż ten, do którego wchodził. Nawet wchodząc na nowo tym samym wejściem, z którego pomocą właśnie opuściło się dany gmach, człowiek jest zaskoczony tym gdzie się znajduje. Gdzie są kible i umywalki? Krążyłem tam dłuższą chwilę zanim znalazłem umywalkę a przy okazji też Bananowca , myjącego zęby. Wymieniliśmy się kurtuazyjnymi przywitaniami. Wychodzę się pakować. Większość osób jest już gotowa do wyjazdu. Szyba nie jest. W sumie, skoro i tak się rozdzielamy od grupy, nie robi to większej różnicy czy wyjedziemy razem czy osobno. Ponaglam go mimo wszystko. Mógłby się chociaż umyć. W życiu potrzeba czasem choć namiastki dyscypliny. Wszędzie pełno rozpasania. Poszedł.

- Wyjeżdżamy Foxiu, powodzenia w Sofii, dajcie znać jak wam poszło - kilka osób żegna się z nami, wsiadają do samochodu, buksują kołami i odjeżdżają. Machamy do nich wzruszeni, patrzymy jak znikają za zakrętem. Nie zobaczymy ich już w tym roku a w takim samym składzie pewnie już nigdy. Robię zdjęcie dokumentujące tą, chwytającą za serce, co by nie było, chwilę:

Obrazek

Szyba wraca z łazienki. Wygląda na zaskoczonego widokiem pustego trawnika, w miejscu gdzie kilka minut temu było jeszcze dużo osób i samochodów. Zostało trochę wydeptanej trawy i plama oleju. Nie wzbudza to jednak w nim głębszych emocji. Wyciąga torbę z jedzeniem, beznamiętnie rozsmarowuje pasztet na kanapce. W jego ruchach nie widać pośpiechu. Siadamy na murku i czekamy aż skończy posiłek. Tym razem, ku naszej uldze, nie gotuje fasolki. Skończył. Wyjeżdżamy pół godziny później niż reszta.

- Myślisz że jeszcze damy radę ich dogonić? - pyta
- Jeśli nigdzie się nie zatrzymają to nie. Jeśli będą szukać stacji z gazem to nie można niczego wykluczyć.

Wydaje się że jest w bojowym nastroju i chce ich gonić. Wyjeżdżając z campingu skręca jednak w prawo.

- Pojedziemy inną drogą - oznajmia klikając coś w nawigacji.
- Tą dłuższą i bardziej krętą? - pytam, widząc niezwykle powykręcaną wstążkę drogi.
- Tak.

Nie zawsze go rozumiem i potrafię trafnie ocenić.

Droga jest ładna i wiedzie przez malowniczą okolicę. To, co najbardziej rzuca się w oczy to zieleń. Soczyste liście i słońce, odbijające się od tych nieco bardziej błyszczących, tworzą klimat jakiego do tej pory w Turcji nie widzieliśmy. Ostatni raz takie kolory widziałem chyba w rumuńskich górach. Ula takie lubi i zazwyczaj się zachwyca. Tutaj jednak milczy. Zastanawia mnie to przez chwilę i się zamyślam. Potem popadam w znużenie i odrętwienie. Do teraz nie wiem czy tam rzeczywiście był las czy tylko mi się to śniło. Pamiętam kilka zakrętów i z letargu wyrywa mnie dopiero postój pod fortem w Kilitbahir. Nie pamiętam zupełnie po co się tam zatrzymaliśmy. Czy gnała nami jakaś potrzeba obcowania z tym miejscem czy po prostu należało opróżnić pieluchę? Mógłbym zapytać Szybę, uznając go za jedyną osobę przytomną w najbliższej okolicy. Rzut oka na jego oblicze sprawia jednak, że zaczynam wątpić w słuszność swojej obserwacji. Wychodzę, rozprostowuję nogi i robię zdjęcie. Szyba wykonuje tylko dwie z trzech, wyżej wymienionych, czynności:

Obrazek

Fortyfikacja stoi w miejscu, w którym cieśnina Dardanele jest najwęższa. Po drugiej jej stronie zbudowana jest podobna konstrukcja i razem strzegą tego przesmyku. Na naszej drodze, natomiast, stoi tylko wyjątkowo wąska brama w murze. Przeciskamy się i ruszamy na północ.

Turcy wyjątkowo sprawnie budują drogi. Kilka kilometrów za miastem mijamy wielką maszynę kruszącą skałę. Zaraz za nią koparka rozrzuca pokruszone w ten sposób kamienie a trzeci w kolejce walec od razu je ugniata. 100m dalej jakaś ekipa leje smołę a tam, gdzie to wszystko wyschnie, ktoś inny maluje pasy. Nie mija minuta jazdy a zauważamy że po świeżym asfalcie jeżdżą już samochody. Zaczyna się dwupasmówka. Wszystko wskazuje na to że do wieczora dojdą z tą szosą do kolejnego miasteczka.

Poruszamy się sprawnie. Nie licząc wyprzedzania konwoju wojskowego, ciągnącego na holu haubicę, podróż mija nam zupełnie bez wydarzeń. Na granicy również jest wyjątkowo pusto i sennie. W tą stronę nie ma już tylu zasieków i uzbrojonych strażników co poprzednim razem. Jest stacja benzynowa, sprzedająca olej napędowy za grosze, której zagadki do tej pory nie rozwiązaliśmy. Czemu jest tam tylko dizel i czemu tak tanio? Kto może tam tankować i na jakich zasadach? Czemu Rafał się tym jeszcze nie zainteresował? Na te pytania nie znamy odpowiedzi. Odwiedzamy sklep wolnocłowy, który okazuje się jednak być horrendalnie drogi. Wydajemy w efekcie wszystkie liry na turkish delight, sprzedawany na stoisku w hallu. Starcza na 7 pudełek. Wjeżdżamy do Bułgarii. Na stacji kupujemy winiety, tankujemy paliwo do Hondy, jemy jakiś placek i ruszamy w dalszą drogę. Czas zaczyna nas naglić. Warsztat w Sofii czynny jest do 18 a my mamy wciąż sporo kilometrów do pokonania. Szyba kolejny raz ciśnie więc hondę. Dzięki temu, jakieś 30sek wcześniej (niż gdyby nie cisnął) odkrywamy że autostrada się szybko kończy. Jedziemy przez wertepy naniesionego z budowy, na asfalt, błota i kamieni. Wjeżdżamy na drogę krajową i wleczemy się za zdezelowaną ciężarówką:

Obrazek

- Ciekawe czy ćwiartka mojego Peugeot'a też gdzieś sobie teraz tak jedzie przez kraj? - zastanawiamy się, patrząc na ładunek samochodu przed nami.

Przez ostatnie dni nie za wiele się dowiedzieliśmy o kondycji tego samochodu. Sms'y od Teodora:

- Do you know what's happening with the car cause nobody called me - pisał jakiś czas temu

Nieco nas niepokoją. Mamy pewne podejrzenie, że nikt tutaj nie trzyma ręki na pulsie. Celem rozwiania narastających wątpliwości i niepokojów, nawiązuję z nim kontakt neo-epistolarny za pomocą sms'a. Skutkuje to otrzymaniem ciut bardziej konkretnych informacji:

-Sorry for not answering, My yesterday was very busy. I was working till 1am. They are starting the swap today with priority before many other clients and they say they need two days to fix it. I think there are places to stay near the garage but I don't know anything about conditions.

- Czyli dopiero zaczynają. Kiepska sprawa. Trzeba będzie zostać na noc. Jakie ty masz plany - pytam Szyby - zostawiasz nas i gonisz resztę?
- Pewnie tak zrobię. Zobaczymy na miejscu co z Peugeot'em i dokąd im się uda dojechać.
- Spoko, nie ma problemu. Myślę że damy sobie radę. Kukuncio, chociaż wciąż o szklistym wzroku, wygląda na wracającego do świata żywych:

Obrazek

Po dłuższym czasie, pełnym telepania się po bułgarskich, wąskich drogach minionej epoki, wjeżdżamy znów na autostradę. Szyba ciśnie hondę. Dzięki temu, jakieś 30sek wcześniej (niż gdyby nie cisnął) dowiadujemy się że autostrada jest w remoncie, dziurawa, zwężona do jednego pasa i zatłoczona.
Zerkamy coraz częściej na zegarki, których żaden z nas nie nosi. Sytuacja robi się beznadziejnie podbramkowa. W myśl zasady - "cóż pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?" - nie przejmujemy się tym zanadto i jedziemy dalej. Zamiast potęgującego stres przeklinania losu, preferujemy przywoływanie szczęśliwych wspomnień:

- Drugi raz będę w Sofii i drugi raz jadę tam przez zepsute auto - przypomina sobie Szyba - znowu niczego tam nie zobaczę poza jakimś warsztatem na przedmieściach.
- O, co się stało poprzednim razem i komu?
- Znajomemu w Patrolu rozpadło się sprzęgło jak wracaliśmy z zeszłorocznych wakacji. Przejechaliśmy przez jeden z tych tuneli, o nawet nie wiem czy nie przez dokładnie ten, a on nie przejechał. Został z drugiej strony. Holowaliśmy go do warsztatu przy obwodnicy, w którym jakiś polak chciał mechanika zarąbać siekierą.
- O to ciekawe. Myślisz że w moim aucie wciąż nie zamontowano silnika bo Teodor nie poszedł tam z siekierą?
- Mogło tak być.

W tych rozważaniach dotarliśmy do opłotek bułgarskiej stolicy. Po obu stronach autostrady wznoszą się tam wysokie góry z ośnieżonymi wierzchołkami.

- Fajnie tu mają. Blisko w góry, blisko nad morze. Szkoda tylko że dookoła panuje taka beznadziejna nędza.

W międzyczasie u reszty ekipy:

- Dotarliśmy do Burgas. Jemy i ciśniemy dalej. Daj znać co z młodym i autem - pisze Gad.

- Wygląda na to że nie będą nocować w Bułgarii tylko pocisną do Rumunii. Jak co roku, pod koniec tripu, każdy chce być już jak najszybciej w domu.

Nie da się ukryć że my też byśmy już chcieli. Szyba wpisuje w nawigację adres warsztatu. Ulica Ropotamo. Kreseczka na ekranie rysuje się aż do centrum Sofii. Jeszcze kilka kilometrów przed nami a na zegarku już po 17. Nikt nie mówi tego głośno ale coraz wyraźniej rysuje się przed nami scenariusz spektakularnego spóźnienia.

- Ulica Ropotamo jest chyba w każdym bułgarskim mieście - zauważa Szyba - tak jak na Węgrzech ulica Petofi. Byłem w kilku miejscach w Bułgarii i wszędzie taka była.
- Kto to był Petofi? - pytam, odwracając usilnie własną uwagę od uciekającego czasu
- A nie wiem, pewnie jakiś ich lokalny Mickiewicz
- Aha, gdzie my w ogóle jesteśmy? - patrzę z niepokojem na widok za oknem.

Skręciliśmy z zakorkowanej wielopasmówki w stronę jakiejś hali sportowej a potem wjechaliśmy między bloki. Okolica coraz bardziej przypomina slums. Wąski uliczki otoczone są blaszanymi garażami, jakimiś budami z desek i chaszczami po pas. Za jedną z bud rośnie coś co przypomina barszcz Sosnowskiego. Strach wychodzić.

- Jeśli gdzieś tutaj przywieźli twój samochód to chyba nie będę zdziwiony jak go nie znajdziemy - pociesza mnie Szyba w swój autorski sposób.
- Kiepsko to wygląda. Bardziej spodziewałbym się tutaj dziupli niż polecanego warsztatu - mówię patrząc na dwóch meneli otwierających piwo na skrawku wykoszonego trawnika.

Robimy rundkę po okolicy ale nie znajdujemy niczego, co by choć odlegle przypominało warsztat. Z brudnej klatki schodowej wychodzi na ulicę jakiś przykurzony chłopina w ubłoconych butach. Wychodzę z samochodu i zagaduję go zawadiacko:

- Excuse me, ulica Ropotamo to tutaj? Eto zdjes? - dopowiadam widząc jego konsternację.
- Ne - odpowiada.

Bułgarzy kiwają głową na "nie" a ruszają nią na boki na "tak". Odmiennie niż u nas. Tak przynajmniej słyszałem. Można by mieć więc uzasadnione wątpliwości co do odpowiedzi, sugerując się ruchem głowy, ignorując resztę ciała rozmówcy. Wzruszenie ramionami, natomiast, poprawione miną osoby zapytanej o czternastą cyfrę po przecinku liczby pi, nie pozostawia złudzeń. To nie tutaj. Zostaliśmy wyprowadzeni w pole. Zgubiła nas technika. Wszystko stracone. Wszystkie trzy telefony wskazują to miejsce jako ulicę Ropotamo. Nie ma najmniejszej wątpliwości że jest to błąd systemu, error, blue screen. Ula wyszukuje w internecie stronę Alex Devil, jest tam zakładka "contact". Czerwona pinezka wskazuje na obwodnicę. Miejsce, obok którego przejechaliśmy pół godziny wcześniej. Jesteśmy naiwnymi idiotami. Wracamy. Korek, zwężenie, 5 samochodów obok siebie na 3 pasach. Klaksony, dym z rur, pożoga. Wiadomo już że nie zdążymy. Zrezygnowani docieramy na miejsce pięć minut po 18.

Szutrowy parking zastawiony jest samochodami. Pomiędzy nimi, brudny i styrany, stoi posępnie nasz Peugeot. Jeden rzut oka wystarczy by stwierdzić, że nic z nim nie zostało zrobione. Gdyby nie miał silnika, stałby wyżej. Gdyby miał nowy, stałby gdzieś bliżej wyjazdu a nie wciśnięty pomiędzy stare graty.

Na przeciw nam wyjeżdża peugeot 407, otwierają się okno, wychyla się głowa. Pani w średnim wieku jest wyjątkowo spostrzegawcza i kojarzy fakty. Zagaduje nas bowiem od razu po angielsku:

- Is it your car?
- Yes, we've just arrived. Is it ready?

Pytanie retoryczne. Jasne że nie jest.

- Kto mówił że będzie? Mówiliśmy Teodorowi że najwcześniej w poniedziałek się tym zajmiemy
- Teodor napisał mi że dzisiaj zabraliście się za swap.
- Wolne żarty, nie rozmawialiśmy z nim od kilku dni. Coś mu się pomyliło.

Ręce mi opadły i ogarnęła mnie bezsilność. Patrzę na Ulę i Szybę i nie widzę wsparcia. Są równie posępni i zaskoczeni jak ja.

- Listen, we've got a sick child. He's been in turkish hospital. He's still sick. We need to go back to Poland before the end of the week.

Podszedł do nas drugi rozmówca. Chłop w średnim wieku. Najwyraźniej ktoś znajomy. Zaczęli rozmawiać ze sobą po bułgarsku. Udaje mi się wyłowić z tej rozmowy że to jej mąż, mechanik z warsztatu.

- Zamykamy już na dzisiaj, nic nie poradzimy.

Mógłbym się załamać. Okazja ku temu była wyśmienita. Siąść, płakać, wypić bańkę oleju i pożegnać się z tym światem. Z niewiadomych przyczyn postanowiłem jednak przejść do ofensywy.

- Nie odejdziemy stąd bez samochodu. Jeśli trzeba to sam wyjmę silnik. Tutaj na parkingu - mówię stanowczo, wskazując palcem na brudną kępę trawy wystającą z pomiędzy grud ziemi - Jeśli otworzycie mi warsztat to jest szansa że się przy tym nie zabiję - dodaję, otwierając bagażnik i wyciągając z niego spodnie robocze.

Zakładam je i otwieram maskę. Wyciągam z kieszeni pierwszy lepszy klucz płaski. Uwiarygodniam tym samym moją desperację. Desperację tak autentyczną jak absurdalną. Co ja bym zrobił na tym parkingu, biorąc pod uwagę nadciągający zmierzch? Buhaha - takiej odpowiedzi powinienem się po nich spodziewać. Mogliby śmiać się do rozpuku, tarzać po kamieniach, trzymając się za brzuch po czym spoważnieć, wsiąść do auta, odjechać, zamknąć bramę pilotem i spuścić psy. Zamiast tego spojrzeli raz jeszcze na Kukuncia, mówiąc:

- Ok, mój mąż musi coś zjeść. Otworzy wam warsztat żebyście mogli wjechać tam samochodem i niedługo wróci. Good luck with his english! - mówi na pożegnanie i odjeżdża.

- Ale im zagrałeś na emocjach - mówi Szyba - zwłaszcza używając do tego dziecka.
- Nie miałem wyjścia, widziałeś że chcieli już iść do domu.

Wtoczyliśmy gruchota na stanowisko. Ula wyszukała w internecie hotel nieopodal warsztatu. Ustaliliśmy że pojadą tam z Szybą, rozpakują się, Ula z Kukunciem zostaną wypoczywać a Szyba jeszcze do mnie wróci. Nie było jasne czy dostanę jakąś pomoc od Bułgarów. Powrót Szyby był więc wskazany jeśli nie nieodzowny. Odjechali. Ja zabrałem się rozkręcanie wszystkiego.

Założyłem że chłop, który miał mi pomagać, to własciciel warsztatu. W jego ruchach widać było dużo pewności, decyzyjności i rozeznania. Stanowczo zbyt dużo jak na zwykłą osobę postronną. Musi to więc być tytułowy Alex - pomyślałem - Alex Devil? Czort? Zobaczymy. Zanim wrócił, najedzony i o dziwo uśmiechnięty, ja miałem już zdemontowany cały osprzęt i kolektory. Trochę pogadaliśmy o sytuacji. O dziwo jego angielsku był całkiem płynny i rozkręcał się z każdą chwilą. Przyniósł z zaplecza klucz pneumatyczny, podnośnikiem uniósł auto do góry i sprawnie odkręcił sanki:

Obrazek

Auto jeszcze na chwilę zjechało na ziemię. Odkręciliśmy mocowania silnika. Chwilę później karoseria pojechała do góry a silnik został na palecie. W międzyczasie zjawiły się jeszcze trzy dziarskie osoby, które teraz, z niespotykaną wręcz wprawą i werwą, zabrały się za przekładanie osprzętu do drugiego silnika:

Obrazek

Wdaliśmy się w dialog. Jeden z nich, akurat taki niemówiący w żadnym znanym mi języku, z którym porozumiewałem się przez tłumacza, niedawno zamontował u siebie napęd 4x4. Nie pamiętam już o jaki samochód chodziło. Na pewno o jakiś mały i taki, w którym taki napęd nigdy nie występował. Całość pracy zajęła mu 3tygodnie. Wszystko zrobił sam. Pomyślałem że dobrze byłoby wysłać do niego Moraleza na szkolenie. Może wtedy pierwszy 205 4x4 doczekałby się wreszcie realizacji w skończonym czasie.

Z tych dywagacji wyrwał mnie Szyba. Wrócił z hotelu. Przywiózł wielki wór hamburgerów z McDonalda.
- Starczy na całą noc - zauważam - jakie masz plany?
- Jadę sobie. Widzę że tutaj sobie radzicie. Nic tu po mnie, przeszkadzałbym tylko. Idę spać. Wstanę o 5 i spróbuję ich dogonić na granicy.
- O fajnie Ci, będziesz sobie jechał przez ten zardzewiały most na Dunaju i stał na granicy.
- Pewnie tak
- Wielkie dzięki za pomoc. Gdyby nie ty to nie wiem co byśmy zrobili - mówię wypakowując z Hondy część naszych klamotów. Nie wszystko. Tyle, ile jestem w stanie unieść. Jeśli nowy silnik nie odpali to będziemy wracać pociągiem, autobusem, samolotem? Boję się myśleć.
Ściskam mu dłoń. Wsiada do samochodu, zamyka drzwi, odjeżdża. Czerwone światła Hondy znikają za rogiem, chwilę potem cichnie dźwięk opon toczących się po żwirze.
Odjechał. Zostałem sam. W dalekim kraju, wśród obcych ludzi, z autem bez silnika.
- Pierwszy raz doświadczam takiego rodzaju samotności - myślę sobie patrząc na porozrzucane po posadzce warsztatu części czegoś, co ma nas zawieźć z powrotem do domu.
- Jakież to jest wszystko mało realne - uświadamiam sobie kolejny raz, pakując plecak i kilka siatek do bagażnika Tuptusia.
Noc jest ciepła. Stoję jeszcze chwilę przed garażem. Pogrążam się w zadumie. Świecą gwiazdy, słychać pojedyncze samochody na pobliskiej obwodnicy. To chwila - myślę sobie - w której ktoś palący wyciągnąłby paczkę fajek i zaciągnął się, pogrążając się głębiej w myślach.
Ja otwieram tylko butelkę coli, piję kilka łyków. Czas wracać do roboty. Przy nowym silniku uwijają się już trzy osoby. Znajduję zajęcie dla siebie w rozkręcaniu tego starego. Zdejmuję głowicę, zaglądam do środka:

Obrazek

Obraz zniszczeń jest ogromny. Tłok spotkał się z zaworem. Głowica jest pęknięta, pokruszona, zdezelowana. Pasek przeskoczył tylko o jeden ząbek. Winnym zderzenia musiał być więc zawór. Wygląda na to że się zaciął i nie wrócił na swoje miejsce. Tłok, pomimo iż zniszczony, rusza się nadal dość lekko góra-dół w tulei. Jeden z Bułgarów przygląda się przez dłuższy moment uszczelce:

- Mister, look. Ktoś chyba źle skręcił ten silnik. Z jednej strony uszczelka jest bardzo zgnieciona a z drugiej ledwo co. Tak jakby ktoś zamiast dokręcić ją równomiernie, dokręcił dwa razy śruby z jednej strony.
- No rzeczywiście - przytakuję - zastanawiam się tylko czy ta uszczelka nie mogła się ścisnąć z tej strony przez to co się stało?
- Być może, jednak jakby ktoś mnie o to pytał to bym powiedział że ktoś tu spartolił robotę - mówi raz jeszcze i odchodzi w swoją stronę.

Zostałem sam ze swoimi myślami na temat dziadostwa jakiego doświadczył ten silnik. Wyciągam wałki, pakuję do woreczka śrubki. Co nieco powinno dać się z tego silnika jeszcze uratować.

Pół godziny później przyjeżdża Teodor. Jest już grubo po północy. Przyjechał z dziewczyną, która jednak niewiele mówi. Jest nieśmiała. Uśmiecha się tylko. Teodor nas przedstawia a ja od razu zapominam jej imię. Wstyd mi pytać ponownie. Mój mózg już o tej porze nie funkcjonuje. Mówią, że rano wyjeżdżają do Niemiec. Na saksy. Do jakiejś pracy. Przyjechali tylko na chwilę, zobaczyć jak mi idzie. Tłumaczę sobie, na szybko, że chcieliby dostać zapłatę za trud jaki włożyli w znalezienie mi nowego silnika. Mają rację, należy im się. W kieszeni mam 30euro. Wręczam Teodorowi. Wygląda na bardzo zadowolonego.

Obrazek

Ciężko powiedzieć czy to dużo czy mało. Nie znam realiów bułgarskiego świata palaczy marijuany. Nie domagają się jednak więcej. Oglądają samochód. Wspominają, że kilka osób pytało czy nie chciałbym go sprzedać. Nie ma rdzy i ma piękne siedzenia - zauważają. Odpowiadam, że nie raz o tym myślałem, że to auto doprowadza mnie, raz po raz, do szewskiej pasji. Nie mogę się jednak z nim rozstać. Jest w nim jakaś magia. Zatraca się w nim człowiek doszczętnie. Robimy jeszcze jedną fotkę, na wesoło:

Obrazek

Życie jest bezcelowe i pełne udręki. Można jednak, mimo to, być optymistą i się tym nie przejmować. Zamieniamy jeszcze kilka zdań. Mówią że już późno, ziewają, muszą się zbierać. Załatwili co mieli załatwić. Żegnamy się, życzymy sobie nawzajem powodzenia, odjeżdżają. Słyszę odgłos przychodzącego sms'a. Ula:

"Juz blisko sukcesu? Wróć Lisku spać...". Godzina 1:07. Odpisuję że jeszcze daleko, że jeszcze tu zostaną na jakiś czas.

Bułgarzy pytają czy zostawić pasek czy dać nowy. Mówię żeby założyli ten z mojego silnika. Jest praktycznie nowy. Mówią że docisk sprzęgła dogorywa. Nie znajdą na czas nowego. Otwieram bagażnik, wyciągam komplet nowego sprzęgła. Są zaskoczeni że ktoś takie części może wozić ze sobą na wakacje.
- Przeczucie - odpowiadam - natrętna myśl o awarii nie dawała mi spokoju. Kupiłem przed samym wyjazdem. Uspokoiło to moje zszargane nerwy.

Nowy silnik jest już skompletowany z osprzętem. Dochodzi trzecia w nocy. Resztę będziemy robić jutro. Trzeba się przespać chociaż chwilę.
- Zaczynamy o 8 rano - mówią, gasimy światło, schodzimy do garażu podziemnego. Alex odwozi mnie do hotelu. Jestem tak zmęczony że nawet nie wiem do jakiego samochodu wsiadam. To chyba jakiś suv. Zegary świecą się na zielono więc to raczej nie jest Peugeot. Oczy mi się zamykają, jedziemy nocą przez Sofię. Patrzę na sms od Uli:

- Śpimy w pokoju 205

To musi być dobry znak. Wysiadam, dziękuję za podwiezienie, wchodzę do hotelu a potem schodami na górę. Pukam, Ula otwiera. Jest ciemno więc jedyne co pamiętam to wyjątkowo miękki dywan. Kukuncio śpi w namiociku. Rzucam się na łóżko i od razu zasypiam.
Ostatnio zmieniony 28 mar pn, 2016 3:30 pm przez Fox, łącznie zmieniany 2 razy.

ODPOWIEDZ