Trip 2015?? Turcja!

Tutaj umawiamy się na spotkania klubowe, informujemy o odbywających się zawodach i imprezach sportowych i tuningowych.
Awatar użytkownika
szasz
Uzalezniony
Posty: 688
Rejestracja: 10 lip czw, 2014 8:45 am
Posiadany PUG: XS '92 i Partner Tepee Outdoor 1.6 HDI
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Gdańsk, miasto rodzinne Tomaszów Lubelski

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: szasz » 28 mar pn, 2016 2:32 pm

Jest to niesamowite, cała ta historia i jej opis. Jako ojciec dzieciom i głowa rodziny jestem przerażony/porażony niespodziewanymi kosztami wyjazdu, stanowiącymi niewątpliwie koszt miłości do tej jedynej "dwieściepiątki". Miłości niekoniecznie odwzajemnionej, jak wynika z wątku samochodu :cry: Powodzenia Fox. Jeżeli mogę coś zasugerować, nie bierz jej na kolejny trip :D
Zawsze iść, rozkaz który mam we krwi..

Awatar użytkownika
RafGentry
Moderator
Posty: 6889
Rejestracja: 06 cze śr, 2007 8:40 pm
Posiadany PUG: GTI Griffe, GTI LeMans, GTI, CTI, XRD, XS, Indiana, 405 STDT
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: RafGentry » 29 mar wt, 2016 11:41 pm

Dobrze, że relacja dobiega końca, bo za miesiąc wyruszamy na kolejnego tripa. Miejmy nadzieję Foxiu, że poskładasz auto do tego czasu.

Co do sprawozdania, to ten rozdział czyta się o tyle ciekawiej, że nie mogę go skonfrontować z wydarzeniami w których brałem udział. A z drugiej strony - gdy fabuła nagle dzieli się na dwa wątki będzie nam brakować opowieści z Bułgarii i Rumunii, gdzie też było całkiem ciekawie pod Twoją, Uli i Kukuncia nieobecność...

Awatar użytkownika
Filipczak
Junior
Posty: 484
Rejestracja: 25 sty sob, 2014 9:32 pm
Posiadany PUG: Był: GT 1992 1.4, Green 1991 1.4, CTI 1990 1.9, Junior 1987 1.1 Jest: XR 1.1 '91
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Wieliczka/Kraków

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Filipczak » 29 mar wt, 2016 11:47 pm

Ej, ja tu wcale konca nie widze :) Rozumiem "zakonczenie otwarte", ale to sie tak dobrze czyta, ze licze jeszcze na jakas krotka relacje z powrotu do Polski _O_

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 30 mar śr, 2016 12:25 pm

szasz pisze:jestem przerażony/porażony niespodziewanymi kosztami wyjazdu, stanowiącymi niewątpliwie koszt miłości do tej jedynej "dwieściepiątki". Miłości niekoniecznie odwzajemnionej, jak wynika z wątku samochodu :cry: Powodzenia Fox. Jeżeli mogę coś zasugerować, nie bierz jej na kolejny trip :D
No coz, nie da sie ukryc ze koniecznosc wymiany silnika spowodowala praktycznie podwojenie kosztow wyjazdu. Dobrze ze chociaz laweta i szpital Kukunciowy zostaly oplacone przez ubezpieczenie. Plusem jest tylko swiadomosc ze praktycznie z kazdych tarapatow potrafimy jakos wybrnac. Radzimy sobie, jestesmy madrzejsi o nowe doswiadczenia :)

Tak naprawde sam sobie jestem winny. Silnik w tym samochodzie ewidentnie zostal spartolony podczas przedtripowego remontu. Wiele na to wskazywalo i trzeba bylo to auto po prostu zostawic w domu, jadac do Turcji kombiakiem. W tym roku sytuacja jest troche inna. Silnik chodzi swietnie, elektryka jest ogarnieta, problemy sa innej natury. Brakuje mi tylko czasu zeby cos z tym zrobic. Mysle wiec nad jazda kombi ale znow - kombi jest dla mieczakow :) Patrzac na fotki z Turcji strasznie mi zal, ze na wiekszosci z nich nie ma naszej 205. Bidne to auto i poobijane ale poczciwe i dzielne:) Jazda innym samochodem zabiera 3/4 radosci z wakacji oraz 90 punktow ze wspanialosci :)

PS: W PZU mam assistance do 1000km. Sprawdzilem na mapie i praktycznie z kazdego miejsce w Grecji mozna na nim dojechac do Sofii :)
RafGentry pisze:A z drugiej strony - gdy fabuła nagle dzieli się na dwa wątki będzie nam brakować opowieści z Bułgarii i Rumunii, gdzie też było całkiem ciekawie pod Twoją, Uli i Kukuncia nieobecność...
Filipczak pisze:licze jeszcze na jakas krotka relacje z powrotu do Polski _O_
Ostatni post, z powrotu, postaram sie wrzucic pod koniec weekendu lub w przyszlym tygodniu. Jest wiec szansa uzupelnic relacje o wasza trase i kilka fotek z tego dnia. Potem juz bedzie za pozno:)

Awatar użytkownika
szasz
Uzalezniony
Posty: 688
Rejestracja: 10 lip czw, 2014 8:45 am
Posiadany PUG: XS '92 i Partner Tepee Outdoor 1.6 HDI
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Gdańsk, miasto rodzinne Tomaszów Lubelski

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: szasz » 30 mar śr, 2016 4:56 pm

Fox pisze:Mysle wiec nad jazda kombi ale znow - kombi jest dla mieczakow :)
Nieprawda, kombi jest dla ojców, dwieściepiątki są dla wybrańców :D
Zawsze iść, rozkaz który mam we krwi..

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 30 mar śr, 2016 6:26 pm

Niech będzie:) Wyłączając z tego oczywiście tripa. Podejrzewam że jeśli nie uda się poskładać 205 i pojedziemy kombi to będę się czuł jak jedyny trzeźwy na mocno zakrapianej imprezie:)

Awatar użytkownika
ja2nek
Junior
Posty: 221
Rejestracja: 08 lis ndz, 2009 3:43 pm
Posiadany PUG: 205 GTI TCT
Numer Gadu-gadu: 7048723
Lokalizacja: Warszawa

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: ja2nek » 30 mar śr, 2016 7:43 pm

Fox pisze:Niech będzie:) Wyłączając z tego oczywiście tripa. Podejrzewam że jeśli nie uda się poskładać 205 i pojedziemy kombi to będę się czuł jak jedyny trzeźwy na mocno zakrapianej imprezie:)
Wręcz przeciwnie... jak pojedziesz 406 to ja przynajmniej nie bede czuł jedynym trzeźwym w kombi na zakrapianej imprezie :D
No Peugeot, no cry...Turbo żyje, Turbo pije, Turbo dmucha, Turbo wszystkich rucha :D

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 09 kwie sob, 2016 1:19 pm

ja2nek pisze: Wręcz przeciwnie... jak pojedziesz 406 to ja przynajmniej nie bede czuł jedynym trzeźwym w kombi na zakrapianej imprezie :D
Właśnie za wszelką cenę chciałbym uniknąć tego, abyśmy obaj jechali kombi. Jak przyjmie się zasada że kto ma dziecko to jedzie czymś takim zamiast 205, to te wyjazdy stracą sens. Kombi to ostateczność i oby tak zostało. Wciąż więc walczę żeby nasze auto nadawało się do jazdy.

Jako że, z tego co widzę, nikt nie garnie się do wklejenia chociażby mapy i kilku zdjęć z waszej części podróży, to dorzucam kolejny dzień naszej. Trudno - relacja nie będzie kompletna.

Dzien 16, 15 maj 2015, Hotel Montecito, Sofia - warsztat Alex Devil - Calafat (Rumunia) - 280km

Obrazek

- La nuit est un instant - pomyślałbym gdybym znał francuski i był osobą wyrafinowaną.
- Ależ mnie łeb boli i nie chce mi się wstawać - pomyślałem w rzeczywistości, wyłączając budzik, który wyrwał mnie, bezlitośnie i brutalnie z krótkiego snu.

Punkt siódma rano. Pod głową miękka i pachnąca poduszka, pode mną wygodny materac, nade mną ciepła kołdra. Cóż za złośliwy los! Nie pozwala się wyspać w tą jedną z nielicznych nocy spędzonych inaczej niż na mroźnej ziemi! Nie ma rady, trzeba się zwlec i odziać. W plecaku nie znajduję jednak już ani czystych gaci ani podkoszulka. Po obwąchaniu wszystkiego czuję wstręt. Wybieram najbardziej wyjściowy zestaw, resztę upycham na nowo pomiędzy starymi skarpetami i idę się myć. Ula też wstaje. Wyciągamy Kukuncia z namiociku, przebieramy pieluchę, naciągamy świeże body, wychodzimy. Jest kwadrans po 7, schodzimy na śniadanie.

Obrazek

Kukuncio jest mały i ma słabą pamięć. Żeby przypomnieć sobie gdzie był dnia poprzedniego musi oblizać podeszwę buta.

- Turecki piasek, kurz z posadzki sklepu wolnocłowego, mleko rozsypane w Hondzie, smar z warsztatu, szczypta kudłów z dywanu...wszystko układa się, na jeden ulotny moment, w spójną całość. Chwilę potem rozpływa się w zapomnieniu. Bezpowrotnie.

- Kukuncio, gdzie byłeś wczoraj?
- Kongo!
- No właśnie...

Hotelowa restauracja mieści się w budynku obok. Trzeba przejść na drugą stronę drogi wjazdowej. Dookoła panuje już poranny gwar, podjeżdżają taksówki, goście opuszczają hotel. Od strony wylotówki z miasta, przy której zlokalizowany jest ten budynek, dobiega dźwięk silników i toczących się opon. Niebo jest bezchmurne. Wieje lekki wietrzyk. Zaczyna się kolejny piękny dzień. Otwieramy duże, masywne drzwi i wchodzimy.

- Elegancja - rzuca nam się na usta na widok wnętrza.

Ludy wschodnie lubują się wciąż, niezmiennie, w lekko kiczowatym przepychu. Bez złotych ornamentów i zdobień nie mogło się obejść i tutaj. Jakby to powiedział Stuhr - wczesne rokokoko ma się dobrze.
Jest i szwedzki stół. Menu standardowe dla takich miejsc. Wędliny, sery, parówka, jajecznica, herbata zalewana wrzątkiem z dużego, błyszczącego gara z kranikiem. Nakładamy sobie wszystkiego po trochu. Wędlina wygląda raczej średnio. To chyba salceson. Zawsze śmieszyło mnie brzmienie tego słowa. Jajecznica jest za to dość dobra. Zjadam kopiatą porcję. Kukuncio trochę grymasi, zajada głównie bułkę. Na deser dokładamy mu jabłko. Ula opowiada o perypetiach dnia poprzedniego, gdy meldowali się z Szybą w hotelu:

- Pytamy na recepcji o dwa pokoje. Pan, zza lady, mierzy wzrokiem nas i Kukuncia i mówi że za dziecko nie trzeba płacić. Zmieścimy się wszyscy w jednej dwójce bez problemu. Mówię że Szyba będzie miał osobny pokój. On na to że nie trzeba tak. Na cóż tak płacić dodatkowo gdy potrzeby nie ma? Na prawdę to nie problem żeby dziecko spało z rodzicami w dwójce. Ja na to że mąż będzie ze mną spał. On na to że już nic nie rozumie. To będzie spał w tym samym łóżku czy w osobnym pokoju?
- O, pewnie pomyślał sobie że Polacy są jacyś dziwni. W sumie, jakby na to z tej strony popatrzeć, to wystarczyłby nam jeden pokój. Szyba pewnie wyjechał mniej więcej wtedy, kiedy ja wróciłem:)

Czas zaczynał powoli naglić. Kwadrans na zjedzenie śniadania to wszystko na co mogłem sobie pozwolić. Wziąłem sobie jabłko na drogę, zarzuciłem plecak na plecy i wyruszyłem pieszo w stronę warsztatu.
Początkowo szło mi się dobrze. Szeroki i równy trotuar był mi wygodnym szlakiem. Niestety, chwilę potem, po minięciu dużego marketu z zabawkami, chodnik urwał się nagle. Zastąpiła go najpierw wydeptana w trawniku ścieżka a potem już tylko krawężnik na skraju szosy, idąc którym lawirowałem pomiędzy pędzącymi tirami a rowem z brudną wodą. Druga strona ulicy wydawała się bardziej przyjazna ale jakby nie wytężać wzroku to aż po horyzont nie było widać przejścia dla pieszych. Dość powszechne motywy manifestacji wschodnio-europejskiego zacofania kulturowego, czyli umiłowanie do grodzonych osiedli czy podporządkowywanie miast samochodom zamiast ludziom - są tutaj aż nader widoczne. W końcu dotarłem do jakiegoś skrzyżowania i przeszedłem na drugą stronę. Właściwie to przebiegłem pomiędzy samochodami, nie doczekawszy się zielonego światła przez kilka minut. Po drugiej stronie było spokojniej i bezpieczniej ale bynajmniej nie dlatego że był tam chodnik. Nie było. Był remont i zamiast samochodów poruszały się tam walce. W oparach parującego asfaltu i w hałasie budowlanych maszyn dotarłem do warsztatu spóźniony 15min.

Na miejscu spory ruch. Wszystkie stanowiska zapełnione samochodami. Wokół każdego ktoś się uwija. Na wyważarce kręcą się opony, syczą klucze pneumatyczne, podnośniki unoszą jedne samochody, opuszczają inne. Ogromny konglomerat motoryzacyjny. Jakże inaczej to wszystko wygląda niż poprzedniej nocy. Dwie osoby składają mój silnik. Sprzątaczka szoruje podłogę z oleju, który rozlaliśmy poprzedniego dnia. Zabieram się za dalsze rozkręcanie na kawałki rozlecianego silnika. Wyjmuję wałki, zdejmuję miskę, wyciągam ocalałe 3 tłoki. Pakuję co się da w kartony i do bagażnika. Z głowicy, oprócz wałków i pokrywy, nie ma czego specjalnie ratować:

Obrazek

Nic dziwnego że nie dało się wykręcić świecy. Ula pisze sms'a że mogą zostać w hotelu do 13. Ustalamy, że jeśli do tego czasu nie uda mi się po nich przyjechać sprawnym samochodem, przyjedzie do mnie, z bagażami, taksówką.

Od telefonu odrywa mnie głos mówiący po polsku

- Cześć! Jak się masz?

Pomimo iż w głosie tym nie ma praktycznie obcego akcentu to samo "jak się masz" zdradza obcokrajowca. Ten zwrot jest jakimś fenomenem. Nikt go samemu nie używa ale gdy trzeba komuś powiedzieć jak w naszym języku jest "how are you", jest to pierwsze co przychodzi do głowy.

- Wyłączając to, że auto mam wciąż w kawałkach to świetnie - odpowiadam - Coś ty za jeden?
- Pracuję tu. Zaraz będę zmieniał opony w tamtej 407'ce. Ale padaka - mówi, wskazując na resztki silnika leżące przede mną.
- No za wiele już z tego nie będzie. Świetnie mówisz po polsku, gdzie się nauczyłeś?
- Kilka lat pracowałem w Anglii z polakami. Tak jak wszystkich, nauczyli mnie najpierw "kur..." i "weź spierdalaj".Potem zacząłem chwytać i grzeczniejsze zwroty - mówi śmiejąc się radośnie.

Tak rozmawiamy przez dłuższą chwilę. Przy wiszącej na ścianie mapie omawiamy różne warianty trasy powrotnej. Mówi żeby jechać przez Rumunię. Droga jest co prawda miejscami wyboista ale przeważnie pusta i on po niej śmiga 150 na godzinę. Trzeba tylko uważać koło miejscowości Montana. Jest remont i słabo oznaczony objazd przez pola. Rozmowę przerywa nam właścicielka warsztatu. Opieprza go, że się obija gdy samochody czekają. Na mnie patrzy spode łba ale chwilowo nic nie mówi. Jestem współwinny ale chyba mi się tym razem upiecze. Kończę pakować truchło do bagażnika i idę popytać co z moim nowym silnikiem. Jest właśnie montowany pod maskę.

- Mister - mówi jeden z nich podając mi łożysko podporowe półosi i jedno z cięgien zmiany biegów - this is rubbish. We need to change it.

Rzeczywiście jedno i drugie wygląda jakby wyciągnięte z rzeki. Po kilku wiekach leżakowania w mule.

- Sure, go ahead, put new ones in.

Wszystko powoli wraca na swoje miejsce. Montując chłodnicę urywają z niej mały króciec. Trzeba dospawać nowy. Wygląda lepiej i trwalej niż oryginalny. Do silnika trafia olej z beczki. Do chłodnicy płyn

- Water or antifreeze?
- Antifreeze, please

Kierowniczka znów do nas podchodzi. Widać że nie do końca na rękę jest jej obecność mojego auta w momencie gdy przed budynkiem kotłuje się od kolejnych podjeżdżających na naprawy samochodów. Zagaduje do mnie jednak miło i przyjaźnie.

- Wszystko zmierza ku dobremu końcowi. Wczoraj bym nie uwierzyła że tak szybko uda się to zrobić.
- Zgadza się. Ci pracownicy są rewelacyjni. Nie wiem czy widziałem kiedyś bardziej kompetentny i zaangażowany skład warsztatu.
- Dobrzy są. Bardzo jesteśmy z nich zadowoleni. Za to ten twój przyjaciel, który przywiózł silnik, jest dziwny. Ma chyba coś nie tak z głową. He's crazy - dodaje, wykonując międzynarodowy znak kręciołka przy skroni - smokes too much weed!
- Żaden to mój przyjaciel. Wczoraj pierwszy raz go spotkałem. Kolega z forum dał mi do niego numer. Jaki by nie był to dzięki niemu mam szansę wrócić do domu.
- Przyjechał do nas tydzień temu, zostawił silnik, mówię mu że nie mamy czasu, że nie damy rady tego zrobić. On się zachowywał jakby nic do niego nie docierało. Crazy!

Samochód w międzyczasie podjeżdża do góry. Pora składać zawieszenie:

Obrazek

My, rozmawiając, przechodzimy powoli do biura. Jej mąż podlicza koszty wymiany silnika. Za chwilę dostanę rachunek. Siedząc na kanapie rozmawiamy o Turcji.

- Nie lubię turków. Mają dziwne usposobienie - zaczyna - ale trzeba im przyznać że budują wszystko niesamowicie szybko. Byliśmy tam raz na wakacjach. Jadąc w jedną stronę widzieliśmy koparki i spychacze równające teren. Wracając, dwa tygodnie później, były tam już kawałek autostrady i linia kolejowa!

- Zgadza się, byliśmy świadkami podobnych fenomenów - odpowiedziałem zerkając z lekkim przestrachem na cyferki sumujące się na ekranie monitora.

Teodor mówił że standardowa opłata za wykonanie swapa to 300euro. Tutaj sam wykonałem część roboty ale za to całość była robiona w nadgodzinach. Ostatecznie za swap policzyli równowartość tysiąca złotych. Do tego oleje, uszczelki, łożyska, wodziki i wyszło prawie 1600. Sonda, oryginał Bosch, kolejne 200.

- Nie są to moje najtańsze wakacje - mówię, wstukując w terminal pin od karty. Transakcja na szczęście została zaakceptowana.

Wracam na halę. Niski mechanik składa już dolot. Wszystkie części myje dokładnie w środku zmywaczem do hamulców na zmianę z Karcherem. Jako że nie zna angielskiego, ja rozmawiam z tym drugim. Tak o życiu. Mówi że bardzo jest zadowolony z pracy w tym warsztacie.

- Średnie pensja w Bułgarii to ok 800 euro - mówi - tutaj mamy przynajmniej dwa razy tyle a w dobre miesiące, gdy trafiają się nadgodziny to nawet i trzy.

Zostawiam im na pamiątkę mojej wizyty drugi magnes:

Obrazek

Pierwszy został u greckiego menela. Razem wyznaczają więc początek i koniec drogi przebytej lawetą.
Nadchodzi czas odpalenia. Serce mocniej bije. Emocje impregnują powietrze. Kręci się rozrusznik, po chwili auto zaczyna zaskakiwać. Najpierw dwa, potem trzy i finalnie wszystkie cztery cylindry na pełnych obrotach. Łoskot jest ogłuszający a na dodatek warsztat szybko wypełnia się niebieskim, gryzącym dymem.

- Kill it! - krzyczy jeden z mechaników, posiłkując się gestem podrzynanego gardła, jakby przeczuwając że w tym hałasie i tak nie zostanie usłyszany.

Po wyłączeniu silnika czuję ulgę. Ależ to jest głośne. Powoli rozwiewa się też dym. Można na nowo oddychać. Ludzie, którzy uciekli w popłochu na zewnątrz, wracają teraz zaciekawieni.

Silnik krokowy nie został wyczyszczony. Cały jest zapaćkany olejem, nie zamyka się. Chcą go czyścić ale ja wyciągam z bagażnika zapasowy. Znów są zaskoczeni. Pytają czy całe zapasowe auto mi się mieści w torbie z narzędziami. Po tej szybkiej wymianie auto ma już normalne obroty biegu jałowego. Zastanawiam się ile opiłków z tego silniczka krokowego zorało nowy silnik. Z rury wciąż wydobywa się siwy dym.

- To olej z wydechu - uspokaja jeden z Bułgarów - Gdy silnik się rozpadł, wyrzucił cały olej do wydechu. Teraz to się musi wszystko wypalić.
- A ten hałas?
- Nie wkręciliśmy jeszcze nowej sondy lambda.
- Uff

Jest już grubo po 13. Taksówka przywozi do warsztatu Ulę z Kukunciem, który wciąż nieświadomy problemów i nieznający lęku hipka sobie radośnie:

Obrazek

W końcu, po kolejnej godzinie, do zamontowania pozostają ostatnie detale:

Obrazek

Kukuncio powoli ma dość. Coraz trudniej go uspokoić czy czymś zająć. Zraczkował już całą okolicę i nie rozumie czemu wciąż tam jesteśmy zamiast wsiadać do samochodu i jechać do domu.

Obrazek

Kto żyw w okolicy, chce przyłożyć palec do złożenia tego samochodu:)

Obrazek

Pora się pakować i wyruszać. Robimy fotkę pamiątkową przed warsztatem:

Obrazek

Żegnamy się ze wszystkimi, życzą nam powodzenia i szerokiej drogi. Piszę do Szyby że zaraz wyjeżdżamy. Chwilę później przychodzi odpowiedź:

Szyba. 14:39 : No to elegancko. Józek mówi żebyś wał korbowy wziął. My na transfogarskiej.

Wału nie wziąłem. Do bagażnika się nie zmieścił a nie chciałem jechać cały wypakowany żelastwem. Wyjeżdżamy. Aż ciężko uwierzyć że ten samochód znów porusza się o własnych siłach. Przyspieszam nieśmiało. Coś zaczyna stukać. Puszczam gaz - przestaje. Nie mówię jeszcze nic Uli, żeby jej nie straszyć. Znana jest bowiem z łatwego wpadania w panikę. Powtarzam próbę kilka razy. Stuka jak w mordę strzelił. Brzmi jak panewki. Wszystkie. Poważna sprawa.

- Nie jest dobrze - wybąkuję niemrawo - słyszysz jak ten silnik stuka? - mówię i dodaję gazu
- Wiesz co to może być? Da się to naprawić?
- Panewki. Łożyska na wale. Dać się da ale nie teraz i nie tutaj
- Dojedziemy tak do domu?
- Nie wiem...


Wracamy do warsztatu. Zza rogu zauważa nas Alex, stojący przed budynkiem. Nigdy nie widziałem kogoś, komu by tak szybko zniknął cały uśmiech z twarzy w jednej chwili. Z policzków uleciał mu cały kolor gdy tylko nas zobaczył.

Mówię że coś stuka. On na to że może popychacz. Ja że raczej nie. Akurat stukający popychacz to dźwięk, który znam doskonale i to nie jest to. Poza tym popychacz stukałby też na postoju. Przynosi stetoskop, dodaje gazu, nasłuchuje.

- Bez obciążenia tego nie słychać - mówię - musimy się przejechać.

Wsiada, robimy rundkę, przyznaje mi rację że to panewki.

- Bearings on a crankshaft, cannot be anything else - mówi wyraźnie zasępiony.

Mechanik, z którym zrobiłem sobie fotkę wklejoną powyżej pociesza mnie że kiedyś też mu w jakimś samochodzie tak stukało

- Najpierw tłukł się przy 3tys obr, potem przy 2,5, potem przy 2 a potem...
- Rozleciał się? - pytam, żądając prawdy prosto z mostu
- W drobny mak. Przy ilu ten stuka?
- Przy 2,5
- Starajcie się nie przekraczać tych obrotów. Przy odrobinie szczęścia dojedziecie.

Nie wiem czy tak mówi bo rzeczywiście w to wierzy, czy po prostu chcą się nas już pozbyć. Zakładam optymistycznie że to pierwsze. Żegnamy się kolejny raz, tym razem mniej wylewnie i wyjeżdżamy na drogę.

Sms od Szyby: 15:19 : Jesteśmy w miejscu gdzie Dzikson wyleciał. Masz plany co dalej? Będziemy szukać noclegu za Transfogarską.

Wjeżdżamy na obwodnicę. Powoli rozpędzam samochód. Mijamy pierwszy wiadukt i widzę nad drogą bramownicę z kamerami.

-Winieta! Nie mamy winiety! - stwierdzam z przerażeniem, hamuję rozpaczliwie i robię nawrotkę przez pas zieleni. Mam wielką nadzieję że ten manewr nigdzie nie został nagrany. Wyjeżdżone koleiny na zrujnowanym trawniku sugerują że nie byliśmy pierwszymi, którzy posiłkowali się taką ekwilibrystyką.

Wróciliśmy więc do Sofii, kupiliśmy winietkę, zatankowaliśmy za tyle lewów ile mieliśmy w kieszeniach po czym znów wjechaliśmy na obwodnicę:

Obrazek

Sms od Szyby: Nie da się przebić. 1644 mnpm i zasypane w pizdu

Czyli u nich też bez rewelacji.

My poruszamy się wyjątkowo wolno. Jazda z prędkością 80-90 kmh jest niezwykle męcząca na autostradzie. Wyprzedzają nas autobusy i ciężarówki. Szybko okazuje się że na drodze krajowej jest jeszcze gorzej. Jedziemy okolicą wyglądającą jak Prypeć koło Czarnobyla. Mijamy kolejne , wyglądające na opuszczone, zrujnowane miasta i wsie:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga to albo dziura na dziurze:

Obrazek

Albo łata na łacie:

Obrazek

Sms od Szyby: 21:34 : Śpimy w jakimś motelu z tirówkami i dziwkami przed Sibiu. Jutro jednak Tokaj bo do wawy daleko przez Eger. Co u was?

- Czy tirówka to nie to samo co dziwka? - zastanawiam się - Pewnie miał na myśli tirowców.

My dojeżdżamy do granicy z Rumunią. Następuje poprawa warunków jazdy. Do pięknego, nowego mostu granicznego na Dunaju wiedzie równa droga. Jest już bardzo późno. Jestem niewyspany i ledwo się trzymam za kierownicą. Na moście płacimy 6 euro myta i po przekroczeniu rzeki zjeżdżamy z głównej drogi. Szukamy noclegu. Jesteśmy w miejscowości Calafat. Na chodnikach nie widać żywej duszy. Nie jeżdżą żadne samochody, nie świecą się żadne latarnie. Pustka i ciemność. Kręcimy się po mieście przez dłuższą chwilę aż natrafiamy na jakąś jasność. Świetlista oaza na pustyni ciemności. Świecą się dwie latarnie i nawet kilku żywych ludzi siedzi przed barem.

Obrazek

Ula zna rumuński więc idzie zapytać o nocleg. Ja zostaję z Kukunciem.

- Mają dwa pokoje. Jeden jest większy a drugi ma okno. Który bierzemy?
- No chyba ten z oknem. Dziwnie tak mieszkać bez widoku na świat.
- Ok, musimy tylko znaleźć bankomat bo nie można tutaj płacić kartą.

Na szczęście był jeden na tej samej ulicy. Wyciągnęliśmy równowartość 100zł. Meldujemy się na nocleg. Bar pełen jest automatów do gry, Barman wręcza nam klucze od pokoju.
- tym korytarzem i na wprost - instruuje.

Jako że przedsionek wypełniony był podejrzanie wyglądającymi ludźmi, sala pierwsza - automatami do gry i jednorękimi bandytami, w kolejnej spodziewałem się klubu ze striptizem. Jakoś by tam bardziej pasował, sądząc po ogólnej aparycji tego miejsca, niż pokoje gościnne. Striptizu niestety nie było. Pokój zionął za to starą piwnicą. Otwierając okno i próbując wywietrzyć nieco ten odór, odkryłem że otwiera się ono na ceglaną ścianę, odległą o jakieś 30cm.

- Chyba jednak wolałbym zobaczyć ten drugi pokój - powiedziałem do barmana, wróciwszy do głównej sali.
- Proszę bardzo. To ten na lewo.

Tutaj atmosfera była nieco bardziej sprzyjająca prowadzeniu ludzkiej egzystencji. Co prawda drzwi ciężko było zamknąć i brak okna powodował uczucia klaustrofobiczne ale było o niebo lepiej niż w poprzednim pomieszczeniu. Była tu niezła łazienka i dość wygodne łóżko. Można było więc się umyć i wyspać. Tak też zrobiliśmy.

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 10 kwie ndz, 2016 2:54 pm

Epilog

Dzien 17, 16 maj 2015. Calafat - Timisoara - Tiszafüred (Węgry) - 600km

Obrazek

Dziwnie jest się budzić w pokoju bez okna. Pomimo iż budzik sugeruje, że jest już rano a nawet dość późno, to wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak wtedy gdy kładliśmy się spać, w środku nocy. Nie ma jak możliwości zweryfikowania wskazań zegarka. Można by, ewentualnie, sugerować się ruchem na korytarzu czy szemraniem z baru. Pytanie tylko czy aktywność w tym miejscu przypada na dzień czy może zupełnie odwrotnie? Nielegalny handel, szmugiel ludzi czy towarów, szemrane interesy? Jesteśmy w końcu na granicy rumuńsko-bułgarskiej. Kwintesencja dzikiego wschodu Europy. Wszystko można sobie wyobrazić. Brak okna powoduje jeszcze jedną, dodatkową rzecz. W pokoju bez niego nie chce się przebywać zbyt długo. Ubieramy się więc czym prędzej i wynosimy torby i plecaki do samochodu. Ten bar musi gościć strudzonych podróżnych, takich jak my, lub osoby skarżące się na jet laga. Ewentualnie krety czy nietoperze. Nie wyobrażam sobie by ktokolwiek chciał tam zostać na dłużej niż to absolutnie konieczne.

Samochód odnajdujemy tam, gdzie zostawiliśmy go poprzedniej nocy. Nikt go nie okradł ani nie zdemoelował. Nie stoczył się też w dół pochyłości. Nikt nie wezwał policji, skarżąc się że tarasuje komuś połowę wjazdu na podwórzec. Ładujemy bagaże. Kręci się w pobliżu jakieś wychudzone psisko ale nas nie atakuje. Sprawdzam olej. Trochę ubyło ale nie ma tragedii. Dolewam 200ml na równy stan. Wyjeżdżamy. Miasto o dziwo okazuje się zamieszkałe. Są ludzie i jeżdżą samochody. Wracamy na główną drogę i szukamy stacji benzynowej aby kupić winietkę. Znajdujemy taką, jakich u nas nie ma od przynajmniej 20 lat. Odrapana farba, brudne okna i dystrybutory rozstawione na klepisku. Mają na szczęście kontakt z bazą i mogą nam wydrukować winietę. Kupujemy butelkę coli, trochę ciastek i ruszamy w dalszą drogę. Po skręceniu w drogę 56A, na Timisoarę, pojawia się nowy asfalt, który towarzyszyć nam będzie przez całą Rumunię. Ruch jest mały i jedzie się wyjątkowo sprawnie. Okazjonalne spowolnienie powodują tylko tradycyjne w tym kraju zaprzęgi konne:

Obrazek

czy ich nowocześniejsze wersje, czyli traktory:

Obrazek

Zielono jest a miejscami nawet urokliwie:

Obrazek

Tylko mosty ktoś im poodwracał do góry nogami:

Obrazek

Na kolejnej napotkanej stacji postanawiamy zatankować. W Bułgarii nie nalaliśmy do baku zbyt wiele i teraz świeci się rezerwa. Upewniam się że można płacić kartą i zaczynam tankowanie. Po zalaniu 3 litrów dystrybutor się blokuje. Nic nie leci z pistoletu. Z wnętrza ziemi dochodzą mych uszu jakieś dziwne dźwięki. Coś rzęzi. Podejrzewam że kogoś wrzucono żywcem do podziemnego zbiornika ale siwy pan z wąsami twierdzi że po prostu skończyło się paliwo. Następna stacja za ok 40km a nam, pomimo niewielkiego zastrzyku paliwa, nadal świeci się rezerwa. Dobrze że migacz ma już nową sondę - myślę sobie - inaczej nie byłoby szans tam dojechać. Rzeczywiście - spalanie, tak na oko, oscyluje w okolicach 7 litrów. Znowu jest jak dawniej. Na następnej stacji przyplątuje się do nas psisko bez ogona:

Obrazek

Kukuncio próbuje go przepłoszyć klaksonem ale za mały jest jeszcze i nie wie że w 205 klakson znajduje się nie tam, gdzie podpowiada rozsądek. Poza tym i tak u nas nie działa. Tankujemy do pełna i ja idę zapłacić. Transakcja odrzucona... Czyli jednak skończyły nam się pieniądze przeznaczone na tripa. W sumie to dziwne że dopiero teraz. No cóż. Wyciągam drugą kartę i płacę. Trochę mi smutno jednak. Kukuncio za to jest w wyśmienitym humorze. Dorwał się do kierownicy i łatwo jej już nie odda:

Obrazek

W końcu udało mu się ją wyszarpać i dotarliśmy do Timisoary na obiad. Po dwóch okrążeniach wokół starego miasta i daremnym szukaniu wolnego miejsca postojowego, zaparkowaliśmy na jakimś blokowisku i udaliśmy się do centrum piechotą. Trafiliśmy akurat na wystawę obrazów wykonanych z nakrętek po napojach.

Obrazek

Ja bym nie mógł takich wykonać. Pijąc tylko colę mam same czerwone. Takie jak tutaj, tworzące koronę drzewa:

Obrazek

Timisoara zwana jest przez niektórych małym Wiedniem. Byliśmy w Wiedniu i wyglądał jednak trochę inaczej. Mimo wszystko jest tutaj na prawdę ładnie:

Obrazek

Rozsiadamy się w restauracji na głównym placu miasta:

Obrazek

Kukuncio harcuje:

Obrazek

A między stolikami przemyka się jakieś małe rumuńskie dziecko, które grzebie ludziom w torebkach. Dziewczynka. Jest dość ładnie ubrana.Nie mamy pewności że pała się zawodowo złodziejstwem. Może po prostu jest ciekawskim dzieckiem które rodzice zostawili na ulicy, samemu wyjeżdżając na wakacje. Niestety nie zrobiliśmy jej zdjęcia. Mamy tylko kilka fotek okolicznych kamienic:

Obrazek

Obrazek

czy kościoła:

Obrazek

Na jednym z podwórek wypatrujemy nawet miejscową 205'tkę. Stoi, jak widać, w doborowym towarzystwie z epoki. Równie wyblakłym jak ona sama, chociaż bardziej lubianym przez dziobiące nasiona ptactwo:

Obrazek

Sms od Szyby: 16:13 : Jak tam u was? My jestesmy ze 100km od granicy. Droga rozkopana i się nie da jechać.

My ruszamy w stronę węgierskiej granicy. Wiedząc że oni mają opóźnienie, przemyka nam przez głowę myśl że może się z nimi spotkamy i wrócimy już razem. Niestety nikt nie chce nadkładać żadnej drogi tylko jadą najkrótszą trasą na Warszawę. Dla nas, nadłożenie chociażby 50km, wydaje się ryzykowne. Auto w każdej chwili może się rozpaść. Razem byłoby na pewno raźniej ale widać zdani jesteśmy, do samego końca, na samych siebie. Sprzyja nam jednak szczęście. Podczas gdy my śmigamy już przez węgry, przychodzi kolejny sms od Szyby:

18:40 : My jesteśmy na jednej ze stacji przy granicy dopiero...

Tym bardziej żal że nie chcieli jechać z nami. Robię fotkę widoku, który chyba zawsze będzie mi się kojarzył z powrotem z tripu. Jazda w kierunku zachodzącego słońca, przez węgierskie stepy, pustą drogą:

Obrazek

Powoli zaczynało już zmierzchać:

Obrazek

Kukuncio, jak kot ze Shreka, błagalnym wzrokiem prosi o postój:

Obrazek

Dojeżdżamy do miejscowości Tiszafured. Jako dziecko byłem tam kiedyś na wakacjach z rodzicami. Pamiętam to miejsce jako tętniące życiem kurort pełen ciepłych źródeł i kąpielisk nad jeziorem, którego taflę przecinały żaglówki i kajaki. Na miejscu wszystko jednak wygląda inaczej. Udaje mi się co prawda odnaleźć camping z domkami, w których wtedy mieszkałem ale cała reszta odbiega zupełnie od moich wspomnień. Rozkopane drogi, smutne ulice, jakaś bieda i wystawiony na głównym skrzyżowaniu obleśny blok. Domki campingowe są puste. Camping wygląda na zamknięty ale w ciemnej restauracji udaje mi się odnaleźć ruchomą postać. Pukam, otwiera. Pytam o nocleg dla dwóch osób. Niestety mają tylko duże domki. 8 osobowy można mieć za 250zł. Bez względu na ilość osób trzeba zapłacić tyle samo. Nie dają się przebłagać. Kolejny raz żałujemy że nie jedziemy całą grupą. Przenocowalibyśmy tam wygodnie za grosze i jeszcze dostali wejściówki na baseny termalne. Jedziemy więc szukać czegoś innego. Trafiamy na pensjonat na przeciwko marketu Spar. W oknach jest ciemno ale pukam i tak. Po dłuższej chwili otwiera gruby chłop w białym podkoszulku bez rękawków - koszulce konkubenta. Jest spocony i ma lekko różowy nos. Wypisz-wymaluj ucieleśnienie stereotypu pedofila, zagadującego nieletnich na internetowym czacie. Na szczęście da się z nim dogadać. Mówi po niemiecku. Słabo ale wystarczająco. Wir brauchen ein zimmer fur zwei personen und ein Baby. Wie viel kostet? Konnen wir mit kredit karte zahlen? Nein? Es shadet nicht. Wo ist am nahsten bankomat?

Jedziemy więc do bankomatu po gotówkę. Wypłacamy tyle ile chciał za pokój, nie mając pojęcia ile to tak na prawdę jest. Mam nadzieję że nas nie okłamał i nie wręczymy mu całej wypłaty. Ula sprawdza w internecie przelicznik i wychodzi w miarę standardowo - 120zł za pokój.

Wracamy, prowadzi nas na górę. Dostajemy klucz ale zamek nie działa. Cisza panująca w całym budynku sugeruje że jesteśmy tam jedynymi gośćmi. Sami z tym potencjalnym zboczeńcem. Kukuncio nie zna lęku, mi już powoli jest wszystko jedno ale Ula wpada w panikę. Uspokaja się dopiero po zabarykadowaniu drzwi lodówką:

Obrazek

Na nic moje słowa, że w gruncie rzeczy, niewiele ta lodówka tam zmienia. Jak będzie chciał to wyrżnie nas w pień i tak. Ula jednak, o dziwo, czuje się tam już bezpiecznie. Przebieramy Kukuncia, kąpiemy się pod prysznicem z obleśną kotarą i idziemy spać.

Dzien 18, 17 maj 2015. Tiszafured - Eger - Kraków - 400km

Obrazek

Właściciel pensjonatu jednak nas nie zamordował. Cało i zdrowo zapakowaliśmy się do samochodu:

Obrazek

Niebo zachmurzyło się przez co okolica wyglądała jeszcze bardziej ponuro:

Obrazek

Nie wiem jakim cudem to miejsce tak mi się podobało w dzieciństwie. Moje wesołe, szczęśliwe wspomnienia zostały nadpisane przez ten obraz nędzy i rozpaczy. Już nic nie będzie takie samo. Pojechaliśmy więc poprawić sobie humor winem do winiarni na wlocie do Egeru:

Obrazek

Eger, przeciwnie niż Tiszafured, nie rozczarowuje. Może jakość wina jest słaba ale ja wciąż lubię to miejsce. Piwnice, ich popijający całymi dniami wino z beczki, rubaszni właściciele, wino po 10zł za 5l baniak to klimat, który zawsze mi odpowiada. Po degustacji wina z kilku kolejnych beczek udaje nam się znaleźć jedno, które nam smakuje. Beczułka ląduje na tylnym siedzeniu a my ruszamy w dalszą drogę. Odcinek Eger-Ozd to chyba jedyny górski i kręty odcinek na Węgrzech. Uwielbiam tą drogę.

Obrazek

Kukuncio już wie że zaraz będziemy na Słowacji:

Obrazek

Jeszcze tylko przejazd przez Tatry:

Obrazek

Obiad w przydrożnej, górskiej knajpie. Vyprazany syr, chranolki i tatarska omacka:

Obrazek

Ździar, gdzie jako małe dziecko uczyłem się jeździć na nartach:

Obrazek

I jesteśmy w Polsce. Po tylu perypetiach wracamy szczęśliwie do domu.

Obrazek

Temperatury zgoła inne niż w Turcji:

Obrazek

Korki, jakich nigdzie po drodze nie doświadczyliśmy:

Obrazek

Ale w końcu dotarliśmy do domu. Jesteśmy w miejscu z którego wyruszaliśmy 18 dni wcześniej.

Obrazek

Nikt nie przypuszczał że będzie tak ciężko. Miło się wyjeżdża na wakacje ale czasem jeszcze milej jest w końcu z nich wrócić:)

KONIEC!

PS: Nie przypuszczałem że napisanie tej relacji zajmie mi aż tyle czasu. Podliczyłem to ostatnio i wyszło mi że spędziłem nad nią ok 140h i wziąłem na przestrzeni tego roku, specjalnie na pisanie jej (gdy Kukuncio za bardzo przeszkadzał wieczorami) 3 dni wolnego w pracy. Gdy nie ma się dziecka - wszystko przychodzi w życiu łatwo. Mając go - wszystko jest masakrycznie trudne i skomplikowane. Nie wiem czy efekt końcowy tej relacji wart jest poświęceń jakie ona pociągnęła za sobą. Z perspektywy czasu cieszę się że to skończyłem. Patrząc jednak w przyszłość chyba nie będę pisał już kolejnych. Tak długi czas można na pewno spędzić, z większą korzyścią, nad czymś innym.

Awatar użytkownika
pawel
Maniak
Posty: 1120
Rejestracja: 06 lis czw, 2003 11:16 pm
Posiadany PUG: 1.9 GTI
Lokalizacja: Włocławek

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: pawel » 10 kwie ndz, 2016 9:28 pm

Warto było Michał i dziękuję Ci za dokończenie! Relacja jest świetna i przeczytałem ją od dechy do dechy. Cieszę się że się dobrze skończyła i że 205 GTI dało radę dowieść Was do domu!
P205

Awatar użytkownika
sekator
Maniak
Posty: 1258
Rejestracja: 28 paź pt, 2005 1:04 pm
Posiadany PUG: RADON ZR RACE 650B, 1,9gti, Cupra Ateca, KIA Sorento'15 .. dosłownie "było" 1,3rallye :-(
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: sekator » 10 kwie ndz, 2016 10:00 pm

napisz jeszcze na koniec co z silnikiem? :W
http://www.mplenergy.pl/ - akumulatory przemysłowe VRLA: AGM, żelowe oraz źródła energii odnawialnej

Awatar użytkownika
woocash
Peugeot 205 Master
Posty: 4587
Rejestracja: 10 lut czw, 2005 1:56 pm
Posiadany PUG: 205 ph1 1984 GR
Numer Gadu-gadu: 9752783
Lokalizacja: Katowice

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: woocash » 10 kwie ndz, 2016 10:54 pm

fox, dzięki za relację.

i szkoda, że nie masz żadnych uśmiechniętych zdjęć.. ale ten nihilistyczno-egzystencjalny nastrój opowieści musi mieć w końcu jakieś źródło ;)


PS. nie pisałem Ci przed tureckim tripem żebyś zabrał gaźnik? poprawka - może by tak wsadzić do bagażnika jakieś zgrabne tu3 na gaźniku.... rachu ciachu swap na trasie i jedziesz bez stresu :mrgreen:
Najaktywniejszy w dziale: Stare forum techniczne
[ Posty: 1090 / 34.03% Twoich postów ]

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: Fox » 11 kwie pn, 2016 8:50 pm

sekator pisze:napisz jeszcze na koniec co z silnikiem? :W
No cóż. Jeśli chodzi o silnik, który się rozpadł w Grecji to mój typ jest następujący:

Silnik został źle złożony. Być może nieprawidłowo zostały dobrane lub założone pierścienie. Może to było coś innego ale musiał brać olej w dużej ilości. Dodatkowo, nierównomierne ugniecenie uszczelki sugeruje że również głowica została źle przykręcona. Od samego początku silnik źle się kręcił. Po wyjęciu go z samochodu okazało się że pasek rozrządu był przestawiony. Nie wiadomo czy tak został założony czy przeskoczył gdy, przed wyjazdem, gnębiły go problemy z elektryką i szarpało nim niemiłosiernie. Wydaje mi się że prędzej to, a nie sonda lambda były przyczyną tego że ten samochód od początku tripu przyspieszał gorzej niż Vrooblowe 1.1. Obstawiam że ostateczną przyczyną awarii musiało być zatarcie się zaworu. Nawet biorąc pod uwagę że duża ilość oleju dostała się do dolotu i wydechu to wydaje mi się że musiało go być bardzo mało w momencie tragedii. Inaczej coś by tam jeszcze zostało. Podsumowując - gdybym nie dał namówić się na ten remont to miałbym silnik, który może nie chodzący najrówniej i stukający popychaczem, nie brał w ogóle oleju i jeździł lepiej niż przyzwoicie. Wspaniali mechanicy z Marcowej najpierw okłamali mnie że sprawdzili sondę lambda i że to wina złego stanu silnika, ewentualnie przepływki że auto dużo pali i cuchnie ze spalin benzyną. Jak wiadomo z pierwszych stron relacji - sonda była zupełnie niesprawna a na tej samej przepływce, po wymianie sondy, auto ma idealny odczyt spalin. Dodatkowo popychacz, który był oryginalną przyczyną odstawienia auta do warsztatu - jak stukał wcześniej tak stukał i dalej. Po prostu brak słów.

Jeśli chodzi o silnik bułgarski to po rozkręceniu go, oczom moim i Gada ukazały się kompletnie wytarte panewki. Ostał się z niego tylko blok i wał, który poszedł do szlifu. Tłoki i korbowody wyciągnąłem z silnika, który kupiłem kiedyś od Józka. Tuleje i pierścienie zostały zakupione nowe. Głowica, którą kiedyś kupiłem od Stefa wróciła do niego na ponowne sprawdzenie i planowanie. Wszystko zostało wyważone i złożone na nowo. Aktualny status jest taki że z silnika niestety obficie cieknie olej. Samochód pojechał więc do firmy Ras-Art, gdzie mam nadzieję zostanie doprowadzony do stanu używalności.
woocash pisze:nie pisałem Ci przed tureckim tripem żebyś zabrał gaźnik? poprawka - może by tak wsadzić do bagażnika jakieś zgrabne tu3 na gaźniku.... rachu ciachu swap na trasie i jedziesz bez stresu :mrgreen:
Bagażnik w 205 nie grzeszy przestronnością ale może na tylnym siedzeniu, gdzieś koło Kukuncia rzeczywiście dałoby się taki upchnąć:) Z drugiej strony - pewnie w każdym europejskim kraju da się na złomie dorwać jakieś 1.4 czy dizla. Skoro my wyrwaliśmy mi16 to z takimi wersjami nie powinno być absolutnie żadnego problemu. Ważne żeby Rafał zapewnił numery telefonu do jakiś podobnych do Teodora rastafarian w każdym, mijanym przez nas kraju:)

2mouse
Peugeot 205 Master
Posty: 2043
Rejestracja: 18 lip ndz, 2010 10:29 am
Numer Gadu-gadu: 0

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: 2mouse » 11 kwie pn, 2016 9:36 pm

Relacja godna wydania drukiem... :D Nie mniej, strasznie się zmęczyłem czytając ją i nie chciałbym być na Twoim miejscu mimo wszystko... :) Z drugiej strony, rozumiem tę dumę z faktu, że można sobie poradzić, stanąć na uszach, zgryźć asfalt pod samochodem i jednak wrócić. :) Taka postawa to już rzadkość w dzisiejszych czasach, dlatego chapeau bas.... _O_
I jeszcze kolejna refleksja, że po raz kolejny się potwierdza, że "sprawne" silniki z kolejnej ręki nigdy nie są naprawdę sprawne i najlepiej zrobić sobie samemu. Przynajmniej człowiek nie musi mieć do nikogo pretensji... :P

Awatar użytkownika
moralez
Peugeot 205 Master
Posty: 4869
Rejestracja: 30 sie wt, 2005 3:42 pm
Posiadany PUG: 205......T8, 205 GTI 1.6
Numer Gadu-gadu: 2955602
Lokalizacja: Włocławek
Kontakt:

Re: Trip 2015?? Turcja!

Post autor: moralez » 11 kwie pn, 2016 10:03 pm

Szkoda, że się nie dowiedziałeś, co to za auto, bo może bym mu podrzucił jak taki wprawiony jest :)
Odwdzięczając się podrzucę pewien pomysł. Może zrób sobie 4x4 wkładając drugi silnik do bagażnika jak cybernck's. Jeździłbyś na jednym, a drugi byłby awaryjny :mrgreen:
Twoje teksty czyta się świetnie, może pomyśl nad jakąś publikacja papierową 8)

Ty silnika nie skladales w podobnym warsztacie?
https://www.youtube.com/watch?v=3U96VcIomK8

ODPOWIEDZ