O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Drugie auto w rodzinie ? Zaprezenuj je tutaj. Projekty i prezentacje nie związane z 205.
Awatar użytkownika
RafGentry
Moderator
Posty: 6890
Rejestracja: 06 cze śr, 2007 8:40 pm
Posiadany PUG: GTI Griffe, GTI LeMans, GTI, CTI, XRD, XS, Indiana, 405 STDT
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: RafGentry » 25 sty sob, 2020 6:18 pm

zen81 pisze:
25 sty sob, 2020 10:27 am
Moze i przesadzam, pewnie przez to ze na codzien pracuje z ludzmi i widze co sie dzieje Obrazek
Ale nadal nie wiemy z Foxem najważniejszego: Co się dzieje? :?

Awatar użytkownika
moralez
Peugeot 205 Master
Posty: 4869
Rejestracja: 30 sie wt, 2005 3:42 pm
Posiadany PUG: 205......T8, 205 GTI 1.6
Numer Gadu-gadu: 2955602
Lokalizacja: Włocławek
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem

Post autor: moralez » 27 sty pn, 2020 11:35 pm

zen81 pisze:
25 sty sob, 2020 10:27 am

Tak dzis zastanowil bym sie 5x czy wsiasc do kogos do auta-bo moge dojechac tylko w las.

Widać zen lubi wziąć kogoś na stopa i wywieźć do lasu :mrgreen:

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 02 lut ndz, 2020 10:09 pm

- O której będziemy na miejscu? - pyta odsuwając nieco telefon od twarzy i robiąc minę znaku zapytania. Kiedyś, dawno temu, gdy telefony miały jeszcze słuchawkę, można było w takiej sytuacji zasłonić dłonią mikrofon. Był to gest naturalny, który dobrze wyglądał i był dla wszystkich oczywisty. Zamiast tego mamy przycisk "mute", którego nie sposób użyć, oraz świadomość, że wraz z postępem technologicznym straciliśmy coś wartościowego. Podobnie jak uświadamiamy sobie, że nie mamy czego podsunąć artyście do okraszenia autografem, gdy słuchamy jego piosenek ze Spotify. Może kiedyś ktoś wymyśli serwis, który będzie doklejał podpisy elektroniczne do plików mp3. Wszystko przed nami. Pewnie już niedługo będziemy żyć w jeszcze lepszym świecie a tymczasem...- Chyba już dojeżdżamy - mówi on a w tle droga kreśli dziwne zawijasy wzdłuż fotoradarów pochowanych w czarne worki.
- Już blisko. Chyba minęliśmy Grójec. O 21:43 - doprecyzowuję za Googlem.
- 21:43 - powtarza on do słuchawki, tak jakby wcześniej jednak był na "mute" a ja, chcąc nie chcąc, słyszę połowę tej rozmowy i domyślam się, że jedziemy na spotkanie z innymi ludźmi, którzy też zmierzają w tym samym kierunku i, tak jak my, są w drodze.
- Jadę na urodziny kolegi - tłumaczy on - na takie, na których ma mnie nie być - dodaje uśmiechając się zawadiacko i tym samym zmienia to proste zdanie w nietrywialną zagadkę.
- Jesteś persona non grata? Jedziesz siać ferment?
- Wręcz przeciwnie. To mój najlepszy kolega. Właściwie śmiało mogę powiedzieć, że przyjaciel. Bardzo był rozczarowany, gdy mu powiedziałem, że mnie nie będzie.
- Myślisz, że się rozbijemy? - pytam żartując nieco, choć muszę przyznać, że nie za wiele rozumiem z całej tej historii. Do wczoraj woziłem z tyłu samochodu piłę spalinową i łopatę ale dziś, poza tym jednym zakrętem, z którego prawie wylecieliśmy, chyba nic nie powinno mu sugerować, że może nie dojechać na miejsce.
- Powiedziałem mu, że w ten weekend muszę pracować. Mamy kolejny iwent do zorganizowania.
- To teraz dokąd jedziesz? Mam Cię podwieźć na festyn?
- No skąd, to żart był - wyjaśnia - Powiedziałem mu, że mnie nie będzie, żeby mu zrobić niespodziankę. Tak naprawdę się do niego wybieram. Tam właśnie jedziemy.
- I liczysz na to, że jak przyjedziesz to zobaczysz go smutnego, w kolorowej czapce-stożku na głowie, z wuwuzelą zwisającą z dłoni i tłumem ludzi sypiących na niego confetti i próbujących bezskutecznie go rozśmieszyć? Np łaskocząc go pod pachami?
- Haha, coś w tym stylu
- Ale wiesz, że może też być tak, że udowodnisz tylko to, że bez Ciebie jest tak samo jak z tobą i wszyscy się świetnie bawią? Ludzi zastępuje się innymi dużo łatwiej, niż mogłoby się wydawać.
- Nie zakładam takiej ewentualności. A właśnie, gdzie możesz mnie wysadzić?
- Podwiozę Cię na miejsce. Z tego co słyszałem, wszystko się zaraz zacznie a ty się chyba spieszysz.
- Dzięki. Nie będę ukrywał, że wyjątkowo mi to dziś na rękę. Koleżanka, u której mieliśmy się spotkać przed wyjściem, właśnie pojechała do miasta. Tam będzie na nas czekać. Znajomi z Lublina też już dojeżdżają.
- Oni też blablacarem?
- Nie, nie tym razem. Jadą swoim samochodem. Wygląda na to, że dojedziemy praktycznie w tym samym czasie.
Zamyślam się. Kiedy minęły te czasy, kiedy z kolegami z liceum ściągaliśmy raz do roku do Sielpii, na wspólny majowy weekend w domku jednego z nich? Gdy dużą grupą jeździliśmy na sylwestry na Słowacji, czy w końcu kiedy jeździłem jeszcze na dwieściepiątkowe tripy i tak jak on teraz, zjeżdżaliśmy się wszyscy w miejsce zbiórki, by razem przeżyć coś fajnego? Gdzie to się wszystko podziało? Pamiętam emocje, które czułem, gdy na koniec dnia pracy na angielskiej farmie zjeżdżaliśmy wszyscy traktorami do garaży. Czuło się misję i wspólnotę. Teraz, i to chyba musi być coś w rodzaju empatii, czuję się podobnie widząc wozy strażackie pędzące do pożaru czy ambulanse na miejsce jakiejś katastrofy. Na szczęście nie jestem piromanem. W tym roku mamy 20 lecie matury i znów nikt niczego nie zorganizuje. Ja tym mniej. Słucham radia. Piżama porno gra "Drogę na Brześć". "Jadę przez urojone miasta" - śpiewają -" Rzeczywistość tu jak nieczynne neony...Droga na Brześć...666" - i jakoś wyjątkowo pasują do tego te owinięte folią fotoradary i cała ta droga, którą jedziemy. Sześćset sześćdziesiąt sześć, trzymaj się, cześć...
- W którym miejscu macie tą zabawę? - pytam, gdy widzę, że on przegląda google maps, wklepuje jakieś adresy i rysuje sobie różne trasy.
- Niedaleko Puławskiej - mówi i doprecyzowuję nazwą jakiejś osiedlowej ulicy, którą ja od razu zapominam - to na pewno nie problem, żebyś mnie tam podrzucił?
- Nie ma najmniejszego. Prowadź.
- To jest jeden z powodów, dla których często wybieram blablacara. Nie zawsze, ale często udaje mi się dojechać w dużo lepsze miejsce, niż to, gdzie dowiózłby mnie pociąg czy autobus.
- Jeszcze za cenę niższą, niż taksówka z dworca do miejsca docelowego - zauważam nawiązując do 19zł, które dostanę za tę podróż. Liczę jeszcze, że dostanę dodatkowo dobrą ocenę, dzięki której nie będę już wyświetlał się jako osoba niewiadoma, potencjalnie nieobliczalna.
- Dokładnie.
- Zdarzyło Ci się kiedyś wystawić komuś ocenę gorszą niż pięć gwiazdek? - pytam sondując ten temat. Tak z ciekawości jak srogim jest krytykiem.
- Zdarza się, choć nieczęsto. Wiadomo, że blablacar to jest tanie podróżowanie i nie można mieć wysokich oczekiwań. Czasem jednak komuś uda się mnie wkurzyć
- Czym na przykład?
- Na przykład tym, że zapisuje się do tego serwisu, żeby zarabiać. Wyciąga od ludzi pieniądze.
- Tzn?
- Jest taki jeden gość w Lublinie, który jeździ mercedesem i żąda 50zł za 200km. Wykorzystuje to, że w weekendy ciężko z Lublina wyjechać autobusem,
- No ale to nie jest tak, że wsiadasz jak do nielegalnej taksówki na lotnisku i po przejechaniu 5km dowiadujesz się, że należą się dwie stówy albo jedziecie do lasu negocjować wyższą cenę. Z góry wiesz, ile będzie kosztował kurs.
- Zgadza się ale to jest przesada.
- Mi się wciąż wydaje, że jeśli ktoś publikuje cennik, ty się zgadzasz zapłacić daną kwotę i dojeżdżasz na miejsce to nie jest to powód do wystawienia złej oceny
- Kiedyś, gdy z nim jechałem, zabrał też taką okropnie grubą babę, która wsiadła do niego chyba prosto z jakiejś imprezy. Była kompletnie pijana i jak tylko wgramoliła się do środka to zasnęła i zaczęła chrapać. Ja siedziałem w środku wciśnięty między nią a jeszcze inna osobę. W pewnym momencie poczułem coś mokrego pod sobą. Moją pierwszą myślą było, że się zsikała. Podskoczyłem jak oparzony. Okazało się, że miała w kieszeni jogurt bez zakrętki, który się wylał na siedzenie.
- O rany
- Nie dało się jej dobudzić. Szarpałem ją ale ona tylko mamrotała jakieś niezrozumiałe słowa. Ja jechałem wtedy na egzamin. Byłem w galowych spodniach. Możesz sobie wyobrazić jaki byłem wkurzony. Na stacji prałem te spodnie w umywalce i suszyłem papierem toaletowym.
- Przy całej powadze tej sytuacji ciężko mieć pretensje do kierowcy za pasażera. Dobrze, że nie odjechał, gdy byłeś w łazience. Chyba nie zawsze wiadomo, kogo się bierze i jak on będzie się zachowywał. Jakby nie patrzeć to jest obca osoba
- Masz rację. Ostatecznie dowaliłem mu głównie za to, że wpisał, że bierze dwie osoby na tylne siedzenie a wziął trzy.
- Z tym już ciężko polemizować
- Kiedyś też jakiś gość, który wiózł mnie do Krakowa, przed samym miastem powiedział, że jednak jedzie do Zakopanego więc wysadzi mnie na obwodnicy. Zostawił mnie na poboczu przy jakimś węźle.
- To rzeczywiście słabe - odpowiadam automatycznie a w myślach wyobrażam sobie go z zaskoczoną miną, wysadzonego bez uprzedzenia z wygodnego samochodu na szary asfalt. Gdzieś na tej wąskiej przestrzeni między białym namalowanym pasem a barierką, gdzie bez rozstawienia przed sobą trójkąta albo betonowej zapory strach przebywać. Stoi być może przed kałużą, po której, chwile potem, z dużym rozbryzgiem, przejeżdża kopcąca na czarno ciężarówka z rozerwaną starą oponą. Luźny kawałek gumy robi świszczący zamach w powietrzu a potem "plap plap" po wodzie, potęgując rozbryzg.
- Jesteśmy prawie na miejscu. To już tutaj, skręć w prawo, teraz, skręcamy - mówi podnosząc na koniec nieco głos, wyrywając mnie z rozmyślań i sprawiając, że reaguję.

Jedziemy przez jakieś osiedle. Przejeżdżamy przez progi zwalniające i wydaje mi się, że strasznie kluczymy. Skręcamy bowiem, raz po raz, właściwie tylko w lewo. W końcu dojeżdżamy do jakiejś hali, na parterze której widzę otwarte drzwi a przez nie migające światła i trochę ludzi w środku. Zatrzymuję się przed wejściem, on wyciąga z kieszeni 20zł.
- Nie mam wydać - mówię nieśmiało, uświadamiając sobie, że okrągłe sumy mają swoje plusy. On nie nawiązuje do tego jednak wcale, tylko wyskakuje z szoferki, zatrzaskując za sobą drzwi.
- Reszta dla Ciebie - dopowiadam sam sobie, mając nadzieję, że nie dostanę hejta za pobranie zawyżonej taryfy. Wychodzę otworzyć mu bagażnik, on wyciąga torbę i podczas gdy ja zastanawiam się, czy zaprosi mnie do środka, przedstawi znajomym i zaproponuje piwo bezalkoholowe on mówi "Cześć", zarzuca na plecy zieloną kurtkę i nie oglądając się za siebie znika w otwartych drzwiach. Patrzę na migające w środku kolory dyskotekowe i z zadumy wyrywa mnie dopiero klakson samochodu stojącego za mną, któremu blokuję drogę.

"Droga na Brześć, Sześćset sześćdziesiąt sześć, trzymaj się, cześć"...

Podnoszę dłoń w geście przeprosin, wskakuję do samochodu i odjeżdżam. Jestem w nostalgicznym nastroju i migają mi w głowie sceny z przeszłości. Na Puławskiej, na którą znów skierowała mnie nawigacja, wieki temu, gdy pracowałem jeszcze w Comarchu, byłem na jakimś szkoleniu. Idąc do biura, kolega, palący wtedy papierosy, wrzucił jednego takiego niedopalonego peta do kratki ściekowej przy krawężniku. Kanał ten okazał się być wypełniony słomą. Nigdy do końca nie rozumiałem Warszawy. Dziwne jak czasem człowiekowi przypominają się tak odległe i mało znaczące (na szczęście) zdarzenia z przeszłości i jak na pozór identyczne urządzenia, w różnych miejscach, mogą mieć zgoła inne zastosowania.
Przejeżdżam pod starym miastem tunelem na trasie W-Z
DSC_0208.JPG
i jak za każdym razem, gdy tam jestem, czuję podziw dla ludzi, którym chciało się go wykopać metodą odkrywkową, rozbierając a potem budując na nowo budynki znajdujące się na górze. Ramę w moim samochodzie trzeba będzie w podobny sposób wyremontować. Nie mam jednak pewności, czy ktoś to z robi z podobnym rozmachem.

Ulica Długa jest zamknięta, migają bomby radiowozów, niebieskie światło odbija się od fasad kamienic. Policjant lizakiem daje znaki, żebym sobie pojechał gdzieś indziej. Nie lubię tego widoku. Policjanci mnie nie wzruszają. Nie wydaje się, żeby wykonywali ważną dla społeczeństwa misję. Nikogo nie ratują. Blokują na pewno drogę bez ważnego powodu - myślę sobie rozgoryczony - Dla czyjegoś widzimisię postawili zapory, eskortują jakiegoś gamonia a ja nie mogę podjechać pod hostel. Parkuję na jakiejś bocznej ulicy i wyciągam z bagażnika rower.
DSC_0210.JPG
Podjeżdżam pod hostel. Wprowadzam do środka rower, opieram go o ścianę korytarza i odpowiadając na pytające i lekko zdziwione spojrzenie recepcjonistki podchodzę do lady i mówię, że mam na tę noc rezerwację pokoju. Rozglądam się dookoła. Wszystkie stoliki, krzesła i kanapy zajęte są przez obcokrajowców. Po lewej stronie grupa Latynosów żywiołowo dyskutuje, raz po raz wybuchając śmiechem. Przy ladzie recepcji siedzi uśmiechnięty chłopak z piwem. Patrzy na mnie tak, jakby chciał mi coś powiedzieć. Marszczę odruchowo brwi na znak, że nie wiem o co chodzi. Nie zagaduję jednak do niego bo słyszę pytanie skierowane do mnie
- Na jakie nazwisko rezerwacja? - pyta dziewczyna za ladą w luźnej, czerwonej bluzce, odsłaniającej ramiona a ja odwracam się w jej stronę.
Przedstawiam się, mówię, że to w ośmioosobowym dormitorium. Ona pochyla się, otwiera szufladę pełną przegródek z przeróżnymi przedmiotami a moim oczom ukazuje się jej biust w całej okazałości. Nie ma na sobie stanika a bluzka jest na tyle luźna, że nawet z mniejszym dekoltem zasłaniałaby naprawdę niewiele. Gdyby się bliżej przyjrzeć można by pewnie dostrzec, majaczący pomiędzy piersiami, nieco oddalonymi od siebie i których sutki skierowane są lekko na boki, pępek. Jestem tak zaskoczony, że nie wiem jak się zachować. Wydaje mi się, że nie wypada tak się gapić, że to musi być żałosne albo przynajmniej niestosowne. Z drugiej strony gdzie podziać wzrok? Czuję się zakłopotany. Gdybym umiał gwizdać, mógłbym wykorzystać teraz tą umiejętność i patrząc w sufit udawać, że niczego nie zauważyłem i interesują mnie głównie górne półki. Mógłbym też gwizdnąć jak robotnik z rusztowania. Nie umiem tego jednak zrobić i pozostaje mi spojrzeć raz jeszcze, sprawdzić kolor sutków, zaczerwienić się w podobny odcień, po czym odwrócić nieśmiało wzrok w lewą stronę. Chłopak z piwem uśmiecha się jeszcze bardziej szelmowsko. Podnosi kufel lekko do góry, jakby wznosząc toast w moją stronę i skinieniem twarzy w stronę recepcjonistki dopowiada niejako:
- Piję za takie widoki
- Niech pan to wypełni - słyszę na nowo. Otrząsam się. Dostaję jakąś karteczkę i długopis do ręki. Z ulgą stwierdzam, że nie jest to formularz przyznania się do wstrętnych zachowań bo zaraz musiałbym poprosić o drugi. Wypełniam imię, nazwisko, numer telefonu a ona wciąż przeszukuje jakieś notatki. Biurko wydaje się teraz wyjątkowo małe. Brakuje przestrzeni. Jest klaustrofobicznie.
- Czy ona to robi specjalnie? - zastanawiam się. Biorę głęboki wdech, robię wydech i skupiając się na karteczce wypełniam drżącą ręką wszystkie dane. Przesuwam karteczkę po blacie w jej stronę.
- Proszę jeszcze o 20zł albo 5euro depozytu za kartę do pokoju
- Jasne. Mogę tutaj gdzieś zostawić rower?
Spina gumką recepturką mój banknot razem z kartą meldunkową i wrzuca do jednej z przegródek - Już panu pokażę - mówi obchodząc ladę dookoła - proszę iść za mną. Tutaj jest kuchnia, tam schody na górę. Pański pokój jest na trzecim piętrze. Tutaj, na patio, można zostawić rower.

Idziemy korytarzem a ja zastanawiam się, czy można ją zapytać o tą bluzkę. Domyślam się, że noszenie jej wymaga pewności siebie i nie jest przypadkowe. Musi sobie zdawać sprawę jaki to ma efekt. Czy sprawia to jej satysfakcję? Czy czerpie przyjemność patrząc na zagubione osoby przed sobą? Czy gardzi nimi a może liczy na zainteresowanie? Ja nie umiem jednak prowadzić takiej rozmowy i wszystkie te pytania muszą pozostać bez odpowiedzi. Przypomina mi się tylko tekst jednej z piosenek Kaczmarskiego. Takiej na inny temat ale z której jeden z wersów miałbym szansę pewnie usłyszeć, gdybym zadał któreś z kłębiących mi się w głowie pytań:

"Oczami za mną nie wódź, nasienie sobacze!
Gdy piję w towarzystwie alkoholowych zmor!
I nie liż mnie po rękach, gdy biję cię i - płaczę!
Jeszcze raz! Encore!"

Mnie na szczęście nikt nie bije. Może lepiej się nie mieszać w takie historie. Zostawiam rower przy jakimś małym budynku gospodarczym, gdzie wciskam go między wysoką popielniczkę na stojaku i meble ogrodowe i, tak jakby był coś wart, rozglądam się po podwórku i pytam, trochę innymi słowami, czy nikt go stąd nie ukradnie
- Nie będzie tu przeszkadzał?
Ona z lekkim rozbawieniem, którego nie boję się nazwać politowaniem, obserwuje moje próby ukrycia roweru za wszystkimi tymi przedmiotami i kwituje to tylko lakonicznym:
- Proszę go postawić byle gdzie. To nie ma żadnego znaczenia.
A ja nie wiem czy bez znaczenia jest to, gdzie go postawie czy to, co się z nim stanie. W ostatniej chwili cofam jednak ręce od dużej donicy, z której wyrasta pnącze oplatające budynek, którą też przeszło mi przez myśl przestawić. To nie wygląda dobrze. Ona jednak nie odchodzi. Stoi obok a ja zastanawiam się, czy o coś zapyta. Może o to skąd przyjechałem? Mógłbym odpowiedzieć, że z Krakowa. Być może nie musiałbym wcale mówić, że samochód zostawiłem na Świętojerskiej, właściwie po drugiej stronie tego podwórka i że to przerdzewiały złom. Odpinam jednak lampki w zupełnej ciszy i dopiero, gdy wsuwam je do kieszeni polaru ona pyta:
- To już wszystko? Muszę zamknąć drzwi na podwórko. Jest już późno.
Nie pozostaje mi nic innego jak przeprosić za moją powolność i z opuszczoną głową uciec stamtąd przed siebie. Wychodzę na miasto. Mówię sobie w głowie, że jest piątek wieczór, że szkoda siedzieć w środku i że prawdziwe życie toczy się na zewnątrz. Chwilę potem, zostawiając za sobą gwar hostelu, kanapy i krzesła pełne wesołych ludzi, rozglądam się po ulicach i nie widzę absolutnie nic z tych rzeczy.
DSC_0211.JPG
Wiem już, że jestem przegrańcem. Na rynku jakieś pojedyncze obcasy stukają pospiesznie po kostce a echo niosące ich dźwięk powoli samo też ginie w jakiejś bocznej uliczce, gdzie kładzie się spać. Na rogu stoi grupa ludzi, którzy żegnają się i rozchodzą w swoje strony. Skądinąd słychać jakieś pojedyncze przekleństwo na dobranoc. Brakuje tylko tego, żeby z jakiegoś balkonu nade mną ktoś zrzucił mi za kołnierz peta. Szamocząc się w tlącym się polarze mógłbym jeszcze usłyszeć z góry:
- Kochanie już do Ciebie idę. Wyszedłem tylko zaczerpnąć powietrza - dźwięk zamykanych drzwi balkonowych i cichsze nieco, tym razem przez uchylone okno z sąsiedniego pokoju i wypowiedziane aksamitnym głosem - uuu, łał, ależ to świeże powietrze na Ciebie działa!
Jakbym miał szczęście to ktoś podbiegłby wtedy do mnie i wylał na głowę wiadro wody, żeby mnie ugasić. W razie braku wody mógłby rzucić mnie na ziemie i okładać trzepaczką a ja bym się dymił przez nogawki i rękawy. Przy uderzeniach w głowę pewnie też przez uszy i razem z głosem z wyższego piętra mógłbym wykrzykiwać:
- Jeszcze raz! - Encore!

Wracam do pokoju zmęczony i lekko zniechęcony. Na szczęście suchy i niepoobijany, Nie mam za grosz instynktu przygodowego. Kładę się spać. Na pozostałych łóżkach zaciągnięte są zasłony ale nikogo nie słychać. Nie mam pojęcia czy zasypiam sam czy z siedmioma innymi osobami. Jak ktoś, komu dosypano jakiś narkotyk do drinka. Rzeczywiście nie ma to żadnego znaczenia - myślę sobie zasypiając.

Awatar użytkownika
zen81
Junior
Posty: 494
Rejestracja: 15 lip pt, 2005 11:45 pm
Posiadany PUG: Clio
Lokalizacja: Starogard Gdanski

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: zen81 » 09 lut ndz, 2020 9:56 pm

Typ nie poczuł z Toba sie na tyle blisko zeby zabrac cie ze soba.
Lub nie zostal takich zachowan przez nikogo nauczony.
Bo az samo cisnelo sie-chodz, wejdz ze mna.
Zero łaski, zero wzruszeń..
-------------------------

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 21 lut pt, 2020 11:08 pm

5 październik 2019

Otwieram oczy i widzę przed sobą ciasną przestrzeń oświetloną dyskretnym, czerwonym światłem. Trochę jak w ciemni fotograficznej, gdzie wieki temu tata sprawiał, że biała kartka, zanurzona w cieczy, magicznie zapełniała się wspomnieniami, a trochę jak w klubie go-go, gdzie, trochę później, było zupełnie coś innego. Przynajmniej jeśli chodzi o zdjęcia wywoływane przy mnie. Każdy ma bowiem swoje sekrety. Po prawej stronie mam grubą, fioletową kotarę, która być może, gdyby był to sen, jak kurtyna w teatrze, skrywałaby coś niezwykłego. Coś, na co się czeka z ekscytacją, co przyszło się oglądnąć, przeżyć, zafascynować się. Na początku słychać byłoby cichą muzykę, jakieś pierwsze głosy, ostatnie szepty, ktoś może wychyliłby głowę, spojrzał na widownie i w końcu kurtyna rozsunęła by się na boki a na scenę wybiegłby spełniające się marzenia. Jedno po drugim, machając i zapraszając do siebie na podwyższenie. Być może mylę tę wizję z klubem go-go. Być może czasem są to rzeczy tożsame. Czas wstawać. Sięgam ręką nad głowę. Jest tam półka, która oprócz swojej głównej funkcji, którą w tym przypadku jest bycie kontaktem, hubem usb i lampą, pozwala również na położenie kilku przedmiotów. Przesuwam książkę, której dzień wcześniej nie miałem już siły czytać i odwracam telefon w stronę twarzy. Mrużąc oczy w blasku ekranu potwierdzam, że znów obudziłem się o 5:30. Za dwadzieścia minut zadzwoni budzik. Wiem, że nie uda mi się już zasnąć.

Klik. Staje się ciemność. Chciałem włączyć lampę. Wyłączyłem półkę.

Telefon przestaje się ładować, gaśnie dioda. Jestem zaskoczony, że nie spada na mnie książka. Być może lewituje teraz gdzieś nad moją głową. Nie mam bowiem pojęcia co dzieje się z wyłączanymi półkami i rzeczami na nich ułożonymi gdy zrobi się pstryk. Kotara znika w mroku. Nie widać jej już w ciemności a dźwięki, jakie zza niej dochodzą, to stłumione czyjeś chrapanie i okazjonalny, ulatniający się pomiędzy rozluźnionymi i drgającymi pośladkami gaz. Mój dzisiejszy teatr marzeń. Lokalizuję włącznik lampy, rozsuwam delikatnie kotarę, schodzę po cichutku po drabince na dół. Nie chcę nikogo obudzić. Prycza pode mną jest pusta. Gładkie prześcieradło i złożony w kwadrat koc nie pozostawia co do tego wątpliwości. Nawet gdyby leżała tam jakaś osoba to myślałbym tak samo. Zakładam na siebie wczorajsze ubranie. Tą jego część, którą zdjąłem wieczorem i ułożyłem na krześle stojącym przy łóżku. Takim metalowym i pomalowanym żółtą, obdartą farbą. Przykładam kartę-klucz do szuflady pod łóżkiem. Rozlega się "biiiip" głośniejsze niż mój budzik a ja się wzdrygam. Silniczek wbudowany w ten mebel otwiera zamek. Przynajmniej w teorii. W praktyce być może zamyka. Ciężko stwierdzić. Jest z tym trochę jak z kotem Schrödingera. Dopóki się nie szarpnie nie wiadomo jaki jest jej stan i czy w środku kot żyje czy nie. Szarpię za uchwyt. Nic się nie dzieje. Przykładam jeszcze raz kartę
- Bip, wrrrrrrr
Nic.
- Bip, wrrrr
Być może ten silniczek po prostu wydaje dźwięki. Być może jest to po prostu głośnik a kota nigdy tam nie było. Ja szarpię za tą szufladę coraz mocniej. Trzęsę łóżkiem i w końcu ją wyrywam. Siadam na ziemi a z regału za mną spada na ziemie z łoskotem pusta puszka. Musiałem go trącić plecami. Zamieram. Mogło być gorzej. Z tej szafy mógł wystawać dwudziesto centymetrowy gwóźdź. Z puszki mogło wylać się piwo. Mogło wylać mi się na głowę. Mogłem przewrócić całe łóżko i razem z nim spaść przez strop do pomieszczenia poniżej albo przez wszystkie trzy piętra aż do piwnicy. Tymczasem jest cicho. Chrapanie ustało. Czekam aż ktoś mnie przeklnie, zaspanym głosem powie "śpijże cholera" w jakimś odległym języku albo po prostu wstanie, założy kozak albo mokasyn na jedną stopę po czym kopnie mnie tą drugą, bosą, z całej siły w głowę. Nic takiego się jednak nie dzieje. Wyciągam plecak z szuflady, wstaję z naręczem moich rzeczy, w łazience myję zęby i na palcach schodzę na dół. Jest piąta pięćdziesiąt. Drzwi na patio są otwarte. Wprowadzam rower do środka. Nie lubię chwytać zimnej kierownicy. Wolę, żeby się zagrzała. Zaparzam herbatę w pustej kuchni, siadam przy stole i czuję się zaspany, stary, zramolały i wyzuty ze wszystkich sił.
DSC_0215.JPG
Na recepcji jest już jakaś inna osoba. Tym razem jest to mężczyzna. Pomimo wczesnej pory wygląda rześko. Podnosi oczy znad kontuaru i choć nie mam wątpliwości , że dziwi go widok mojego roweru to grymas zaskoczenia szybko zmienia się w przelotny uśmiech. Zastanawiam się o której godzinie tu przyszedł i czy to on zmienił dziewczynę w czerwonej bluzce. Pewnie się znają. Pozdrawiam go skinieniem głowy choć on już na mnie nie patrzy. Wrócił do swoich zajęć a ja wychodzę na zewnątrz. Wczorajsze pytanie straciło bezpowrotnie swoją szansę bycia zadanym. Odpowiedź pozostała w jednym z nieskończonej ilości światów równoległych, do którego nie mam dostępu. Drzwi się zamknęły za moimi plecami. Wskakuję na rower i jadę przez puste, warszawskie ulice.
DSC_0217.JPG
- Kiedyś zatrzymam czas - nucę sobie jak zawsze, gdy jestem w Warszawie - będę leciał co sił, tam, gdzie moje sny i warszawskie kolorowe dni...
Dookoła szaruga a nade mną chmury.
- To miasto pachnie jak szlugi i kalafiory - śpiewa Taco Hemingway ale nie mogę się z nim zgodzić. Nic takiego nie czuję. Lubię to miasto. Mijam Sąd Najwyższy, skręcam w ulicę Andersa, która wygląda prawie tak samo jak Andersa w Krakowie. Taka sama nowohucka, socrealistyczna architektura, takie same torowisko pośrodku. Tutaj jest może trochę bardziej monumentalnie. Nie mają za to Lodowej Huty z pysznymi lodami. Jeszcze kilka skrętów i jestem na Inflanckiej.
- To dobra nazwa ulicy na lokalizację dmuchanej infrastruktury - myślę sobie podjeżdżając pod basen przykryty balonem.
DSC_0219.JPG
Wchodzę do środka. Rozglądam się. Jest trochę w duchu lat 90-tych choć reklamy sportowe, z uśmiechniętymi sprawnymi ludźmi, są jak najbardziej współczesne. Podchodzę do kasy. Z tyłu, za oknem majaczy w bladym świetle budzącego się dnia ustawiony na trawniku totem. Nie mam siły zastanawiać się co to jest i czy naprawdę. Boję się obłędu.
- Dzień dobry, proszę jeden bilet normalny - mówię podchodząc do szyby. Schylam się do okienka, jak robiło się kiedyś kupując coś w kiosku ruchu i powtarzam życzenie.
- Słyszę pana, nie musi się pan tak zginać. Na godzinę czy dłużej? - pyta pani kasjerka.
- Godzina wystarczy
- To będzie 10 zł. Gotówka czy karta?
Ciężko mi uwierzyć, że jest tak tanio. Pytam więc
- Można wejść na kartę Multisport?
- Teraz pan mówi jak już nabiłam na kasę?
- No tak. Przepraszam. Dziś ciężko mi się myśli
- Proszę - odpowiada ona zniechęconym głosem wręczając mi opaskę na rękę - Buty i kurtkę zostawia się w szatni po lewej stronie. Potem idzie się tam - wskazuje przeciwny kierunek.
Dziękuję jej uprzejmie i idę do kołowrotka po lewej stronie. Zacinam się w nim od razu i szamoczę. Z zaskoczeniem i słowami "nie działa" w oczach, patrzę na na nią z powrotem przez szybę. Układam twarz w znak zapytania.
- Wchodzi się z drugiej strony - odpowiada jak do idioty a ja dokładnie w taki sposób zastanawiam się dalej:
- Ze środka na zewnątrz?? Teraz to muszę przyznać, że zgłupiałem.
- Widzę właśnie. Z drugiej strony kasy - mówi powoli i wyraźnie dostosowując się do mojego poziomu. Akcentuje ostatnie słowo - Tutaj się wychodzi. To wyjście. Wejście jest tam.
Obchodzę kasę dookoła za spuszczoną głową. Czuję jednak na sobie jej wzrok. Dotyka mnie jej kpina. Idę za znakiem "szatnia", skręcam w lewo. Jest tam długi korytarz ale nie widzę tam żadnego okienka. Czuję się zagubiony. Nie wiem czy iść dalej, czy zawrócić. Rozglądam się tępo.
- Gdzie pan tam zagląda? To damska szatnia. Okienko garderoby jest tutaj - wstaje i ponad szybą wskazuje mi okienko z parapetem bardziej na lewo.
Podchodzę tam, wykładam swoje rzeczy.
- Tu się nie kładzie butów! - wita mnie tym razem gość z drugiej strony a ja aż podskakuję struchlały.
- Gdzie? - pytam zaskoczony
- Tutaj - mówi on przesuwając na bok mój plecak i parę butów a z pomiędzy nich wyłania się nalepka z napisem:
DSC_0222.JPG
- O rany, przepraszam
- Skarpetka chyba panu wypadła
- A tak, dziękuję
- Jeszcze jedna
Podnoszę skarpetki i siebie, odbieram bloczek, wkładam go niezdarnie do kieszeni i kieruję się pospiesznie do swojej szatni.
- Jakiś dziwny ten gość - słyszę jak rozmawiają za moimi plecami nawet nie ściszając głosu. Zamykam czym prędzej za sobą drzwi i myślę sobie, że niechybnie dostaję demencji. Wszystko na to wskazuje. Idę wąskim korytarzem w stronę światła, szumu i pary.

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 06 mar pt, 2020 11:11 pm

Chłodny prysznic sprawia, że odzyskuję władze umysłowe na tyle, by z pełną świadomością poczuć się zagubionym. Białe płytki na ścianie, plątanina rur i murków, para w powietrzu, jeden, jedyny prysznic wyposażony w zasłonę a pod nim pan w średnim wieku, który jednak jej nie zasuwa. Pomimo że basen dopiero co otworzono to on wygląda jakby za moment miał z niego wyjść. Jest cały namydlony, myje włosy i udaje się w kierunku szatni. Godzina dziwnych ludzi. Ten na szczęście się opłukał. Podejrzewam, że gdyby wyszedł stamtąd z pianą na głowie i poszedł odebrać buty, to tamtych dwoje, po drugiej stronie drzwi, zdziwiłoby się tylko ociupeńkę. Wymieniliby między sobą, być może (choć nie na pewno), porozumiewawcze spojrzenie i znane mi już jedno zdanie komentarza za wyszorowanymi, gołymi plecami. Pan z szatni być może napomknął by naturalnie i uprzejmie:
- Obsunął się panu ręcznik - gdy człowiek ten, zgięty w pół, wsuwałby buty na bose stopy i próbował zasznurować oba jednocześnie. Zakręcam kran i idę białym korytarzem. Mijam dwa kołowrotki i kilkukrotnie skręcam zanim docieram na halę basenową. Po lewej stronie wysportowana pani na macie ćwiczy jogę. Po prawej jacuzzi oblepione naklejkami "zakaz wstępu" a w środku staruszka w bulgoczącej wodzie. Być może niewidoma. Być może to ona przyniosła te nalepki. Pośrodku pusta zjeżdżalnia. Wybieram jeden z wolnych torów. Pan z umytymi włosami wchodzi za mną i wybiera drugi, zaraz obok. Wszystkie pozostałe są puste. Nie wiem, czy zdziwiłbym się gdyby wszedł do tego samego, w którym jestem ja. Mógłby stać i patrzeć się na mnie. Mógłby mieć pianę na głowie i namydlone włosy pod pachami. Mógłby powiedzieć, że ten szampon jest cudowny. Na tym basenie chyba nie wymaga się czepków. Na szczęście to tylko moja wyobraźnia. Odpycham się od brzegu i płynę. W połowie długości orientuję się, że ten basen ma 50m. Nie ma się od czego odepchnąć i nawrócić w momencie, w którym miałbym na to ochotę i gdzie dyktuje mi przyzwyczajenie. Dopływam do brzegu zmęczony. W drogę powrotną wybieram się żabką. Robię 26 długości zmieniając style a trójka ratowników co kilka minut zmienia miejsce posadowienia. Odkrywam to jednak dopiero później. Mają dwa krzesła przy zjeżdżalni i jedno po drugiej stronie basenu. Przy zjeżdżalni chłopak i dziewczyna rozmawiają uśmiechnięci w ratowniczych koszulkach. Dziewczyna w bardziej opiętej. Po drugiej stronie, w odosobnieniu, trzeci ratownik patrzy na pływających ludzi. Patrzy na nas dwóch. Być może patrzy po prostu przed siebie a my tylko przez czysty zbieg okoliczności pływamy w jego polu widzenia. Zastanawiam się w jaki sposób ustalono ten podział miejsc, jakie towarzyszyły temu emocje i czy ten odizolowany nie czuje się pokrzywdzony, sfrustrowany a przez to obojętny wobec losu osób, które przez dłuższy czas się nie wynurzają. Chwile potem sytuacja się wyjaśnia. On obchodzi basen i zmienia się z kolegą, przy zjeżdżalni i dziewczynie. Wydaje się, że się rozchmurza. Musi być fanem zjeżdżalni. Być może po skończeniu dniówki chciałby z niej zjechać. Teraz ten drugi oddala się na przeciwną stronę. Nie siada jednak na krześle a obok niego opiera się o ścianę. Wydaje się, że obaj cieszą się podobnymi względami i szanują ten układ. Nawet jeśli każdy chciałby go traktować jako tymczasowy. Siedziska po przeciwnych stronach basenu są na tyle od siebie odległe, że rozmawiając w parze można poczuć się swobodnie. Domyślam się, że powracają do wątku przerwanego chwilę wcześniej a kobiety rzeczywiście mają podzielną uwagę.
Po pół godzinie pływania mam dość. Nie słyszę co mówią a ten basen wydaje się nigdy nie kończyć. Wychodzę. Wydaje mi się, że kątem oka widzę jakąś mozaikę za oknem. Przyglądam się bliżej lecz nie rozumiem tego widoku
DSC_0221.JPG
Po drugiej stronie z trawnika sterczy z ziemi ten totem. Chyba indiański. Myślę sobie, że koniecznie muszę coś zjeść i się wyspać. Przebieram się w końcu w świeże ubrania, wychodzę na zewnątrz i wracam na rowerze do hostelu. Jest już zupełnie jasno i zapowiada się pogodny dzień. Na recepcji proszę o śniadanie i uiszczam opłatę. Dziewczyna za ladą, inna już, otwiera szufladę i podczas gdy ja spodziewam się otrzymać bon śniadaniowy ona wyciąga z niej talerz. Jestem zaskoczony. Zastanawiam się, czy czekać aż z drugiej wyciągnie bochen chleba albo pomidora. Na szczęście ona spieszy z wyjaśnieniem. Prawdopodobnie znów straciłem z twarzy cały wyraz.
- To zarazem potwierdzenie, że wykupił pan jedzenie - mówi wsuwając mi go do ręki. - Śniadanie jest samoobsługowe, w piwnicy - dodaje gdy ja wciąż wpatruję się w biel naczynia.
Schodzę na dół po schodach i nabieram sobie na niego jajko oraz dwa tosty. Na koniec dokładam jeszcze jogurt i czarną oliwkę. Spożywam to wszystko wpatrzony w plakat z napisem "bimber przyczyną ślepoty", przyklejony do ściany pod oknem. Brakuje mi takiego z hasłem "Zmęczenie przyczyną głupoty" . Rezygnuję z pomysłu, by i tego dnia poszukać sobie pasażera. Czas wyjeżdżać. Znów mijam sąd, przejeżdżam przez Konwiktorską, wjeżdżam na Wisłostradę a potem już na trasę na Białystok:

And I go where the ocean is deep
There are giants out there in the canyons
And a good captain can't fall asleep

Nucę razem z Billy Joelem jego "Downeaster Alexa". On z głośników, ja z gardła, wpatrzony w tunel rozpościerający się przede mną. To jedyny fragment drogi, jaką kiedykolwiek widziałem, na której ekrany nie są szpetne a wręcz dodają miejscu uroku.
DSC_0225.JPG
Tunel się kończy, znikają ograniczenia i jak po wypłynięciu spomiędzy falochronów w porcie wyjeżdżam na otwartą przestrzeń. Podmuch wiatru szarpie samochodem, lusterka trzepoczą na wietrze, co rusz uderzają w drzwi i stukają o szybę. Już nie chce mi się spać. Muszę je kiedyś przymocować.
DSC_0226 (1).JPG
Przyspieszam. Pogłaśniam radio i krzyczę razem z Billym:

So if you see my Downeaster Alexa
And if you work with the rod and the reel
Tell my wife I am trolling Atlantis
And I still have my hands on the wheel

Wspaniała to piosenka. Wspaniały to samochód. Przypomina mi się chłop, który sprzedał mi to auto. Być może on właśnie teraz stoi gdzieś w szuwarach, obuty w gumiaki po pachwiny i kręci kołowrotkiem, wyobrażając sobie jak ja pędzę szeroką drogą na północny wschód. Być może żałuje, że pozbył się tego samochodu

- Yeah, yeah - kończy refren Billy - (a świstak zawija w sreberka...)
- (Raczej delektuje się tym, że udało mu się pozbyć tego problemu) - Itzhak Perlman wchodzi ze swoim wiolinowym solo - (No chyba, że wraca z rybą przerzuconą przez ramię na piechotę a błoto wciąga mu gumiaki, robiąc przy tym pluuk pluuk. Chwilowo zwalnia swój kleisty uścisk, pozwala zrobić kolejny, za każdym razem krótszy jednak krok, aż w końcu zabiera buty, skarpety, lakier z paznokci...)

Wysyłam do Wróbla mms'a. Z jednym tylko zdjęciem, bez treści
DSC_0228 (1).JPG
Po dwóch minutach dzwoni telefon.
- Cześć Wróbelku - mówię na powitanie. Widząc wyświetlony na ekranie podpis pod numerem przeczuwam, że to musi być on.
- Czy ja dobrze widzę, że zbliżasz się do Białegostoku? Jedziesz do nas w odwiedziny? - pyta jak zwykle życzliwie. Wróbel ma dar mówienia wszystkiego w taki sposób, że człowiek czuje się lepiej i mile widziany.
- Świetnie widzisz. Jadę do was - dopowiadam z uśmiechem, którego on nie widzi ale mam nadzieję, że wyczuwa w moim głosie - będę za kilka godzin. Przepraszam, że tak znienacka ale chciałem wam zrobić niespodziankę.

Wróbel jest bardzo domyślny. Bardzo często nie potrzeba słów by się z nim porozumieć. Niestety nie zawsze działa to w obie strony. Kiedyś dostałem od niego zdjęcie przedstawiające scenkę rodzajową. Ruch uliczny oraz blok mieszkalny. Przez tydzień, choć usilnie się starałem, nie wymyśliłem o co chodziło. Potem mi to wytłumaczył, ja klepnąłem się w czoło, wykrzyknąłem:
- No jasne!
po czym zapomniałem.

Mam nadzieję, że nie jestem jego jedynym kolegą.

- Trochę musiałem się nawpatrywać w to zdjęcie, by zorientować się o co chodzi - mówi tym razem a ja podliczam, że minęły dwie i pół minuty - 140km, powinieneś być maksymalnie za półtorej godziny.
- To nie takie proste. Wiozę rower. Odwożę tenerówkę pod Białystok do remontu i dalej jadę o własnych siłach. Będę miał 45km do przejechania.
- Ej, no to poczekaj, może przyjadę po Ciebie. Będzie szybciej. Gdzie dokładnie będziesz?
- Miejscowość Mazury ale chwilka, posłuchaj, cała frajda w tym, żeby przejechać ten dystans na rowerze. Nie po to go targam taki kawał drogi, żeby tylko przeładować go do innego samochodu. Dojadę do was popołudniu. Wieczorem mam pociąg do Krakowa.
- Oddzwonię za chwilę. Chyba mam pewien pomysł. Muszę go tylko skonsultować.

Rozmowa się urywa. Na szybę spadają pojedyncze krople drobnego deszczu. Jestem zaskoczony. Prognoza wciąż jednak pokazuje słońce za chmurką. Włączam wycieraczki. Drobinki wody w połączeniu z pyłem tworzą teraz przede mną cienką warstwę brei. Całe szczęście, że spryskiwacz działa. To jedyny mój samochód o którym mogę coś takiego powiedzieć. Po chwili odbieram kolejny telefon.

- Wszystko ustalone. Paulina podrzuci mnie tam z rowerem. Pojadę do Białegostoku z tobą. Do zobaczenia za półtorej godziny!
- Mazury 33 - dopowiadam jeszcze na koniec. Klik.

Wróbel to rewelacyjny gość. Pod wieloma względami nie ma sobie równych.

Dojeżdżam do Mazur, znajduję zakład na samym końcu miejscowości. Wjeżdżam na podwórko. Wyskakuję z samochodu.
- Dzień dobry - mówię do postawnego gościa, który wychodzi mi na przeciw. Za nim podchodzi drugi, starszy i niższy. Na głowie ma czapkę. Obaj mają. Ja nie mam. Podają mi rękę. Przedstawiamy się. Młodszego znam już z rozmów przez telefon. Jest wesoły, dowcipny, inteligentny i robi bardzo pozytywne wrażenie. Imienia starszego nie zapamiętuję.
- Nie spodziewałem się, że przyjedzie pan tym samochodem - rozpoczyna a ja się zastanawiam, czy naprawdę spodziewał się, że przewiozę coś innego niż to, na czego remont się umawialiśmy. Być może tutaj takie rzeczy są na porządku dziennym.
- Wypatrywałem raczej lawety - dokańcza myśl obchodząc auto dookoła i zerkając to tu, to tam.
- To świetny i wbrew pozorom nie taki wolny samochód. Całkiem nieźle się nim jeździ. Nawet po ekspresówce.
- Zdjęcia tego nie sugerowały. Nie spodziewałem się też, że to ta starsza wersja. Byłem przekonany, że to dwójka.
- A zdjęcia, które wysyłałem? - pytam zaskoczony.
- Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że to dwójka. Te tylne błotniki będą do wymiany - mówi przeciągając palcem po brzegu - tutaj nie ma już zupełnie rantu. Progi pan w końcu kupił? - pyta, gdy ja otwieram klapę - Ten tył to jest tragedia - wtrąca jeszcze rzucając okiem na belkę pod tylnymi drzwiami.
- Nie, progów nie kupowałem. Wydawało mi się, że te są do uratowania. W przeciwieństwie do tego tyłu, który rzeczywiście trzeba będzie odbudować od podstaw. Tutaj, w tym kartonie są amortyzatory a w tym tutaj komplet gum zawieszenia - mówię wyciągając białe pudło na zewnątrz
- Widzę, że jednak nie poliuretan.
- Nie chciałem tego. Czytałem o tym trochę i nikt już tego nie poleca. Minęła chyba na to moda i ludzie się przekonali, że to ślepy zaułek. Gumy podobno są ostatecznie dużo lepsze, przynajmniej do cywilnych zastosowań, choć rzeczywiście nieco droższe. Udało mi się jeszcze znaleźć cały komplet.
- Poduszki belki są?
- Są. Tutaj mam też czujnik wstecznego biegu. Przy okazji trzeba wymienić bo nie świecą się światła cofania.
- Damy radę. Te progi raczej będą do wycięcia - mówi schylony przed drzwiami - malujemy całość?
- Wolałbym nie. Tzn nie planowałem tego. Nie dysponuję milionami.
- Nie będzie to dobrze wyglądać. Progi do wymiany, z tyłu trzeba reparaturki błotników wstawić. Ciężko będzie to wymalować tak, żeby nie wyglądało łaciato. Do tego zupełnie inaczej się piaskuje samochód wiedząc, że i tak będzie malowany - dodaje i nie sposób nie przyznać mu racji. Nawet jeśli samemu nigdy się niczego nie piaskowało - Ten lakier to wie pan, że jest samą bazą? - dodaje jeszcze przesuwając palcem po masce - Handlarze tak malują samochody, żeby wyglądało, że lakier jest stary i zmatowiały ale oryginalny. Można się na to nabrać.
- Nie wiedziałem o tym ale nie dziwi mnie to zupełnie. Zwłaszcza to, że się nabrałem. Co najwyżej jestem zaskoczony, że komuś się chciało to auto malować a potem sprzedać za sześć tysięcy.
- Różni są ludzie i różne mają plany.
- Zmieścicie się w 9 tysiącach? - pytam, gdy on kończy obchód.
- Weźmiemy do garażu, obejrzymy, będę mógł panu coś więcej powiedzieć.
- A tak na oko, teraz?
- Słabo to wygląda. Tzn z daleka może i nie tragicznie ale z bliska widać, że ktoś tu mnóstwo rzeczy próbował ukryć. W większości nieudolnie. Jak ktoś się nie zna to się na to złapie. Nie spodziewam się dobrych wiadomości przy bliższych oględzinach. Pan to auto chce zrobić na handel?
- Nie, kupiłem je myśląc, że jest zdrowe i sprawne.
- Dużo pan zapłacił?
- Tak jak mówiłem. Sześć tysięcy. No sześć i pół.
- A to jeszcze nie najgorzej.
- Widzi pan szanse, żeby 10 wystarczyło na ramę i ten dół karoserii?
- To już bardziej realne. Oglądniemy, będziemy dzwonić.
- Ile może wam zająć ten remont? Tak pi razy oko zupełnie, na podstawie tego, co pan tutaj widzi.
- Ciężko powiedzieć. Na kiedy by pan chciał?
- Do końca roku byłoby idealnie.
- Ciężko będzie
- Połowa stycznia?
- Powiem panu, że to nigdy nie wiadomo - włącza się do dyskusji ten niższy, który do tej pory stał nieco z boku i przysłuchiwał się tylko - Niech pan tutaj spojrzy
Podwija nogawkę spodni i pokazuje mi wielką siną plamę na goleniu zaraz nad skarpetką. Nie jestem lekarzem ale nie wygląda to jak coś, co dobrze rokuje.
- Kosiłem trawę i uderzył mnie kamień wyrzucony spod ostrza. Powie pan, że nic strasznego, zdarza się. Owszem ale u mnie wdało się zakażenie. Noga spuchła, boli, kuleję od kilku miesięcy.
Robi krótką przerwę, którą ja interpretuję jako moment do wspólnej zadumy nad nieprzewidywalnością ludzkich losów i też milknę. Schylam głowę w geście zrozumienia. Wpatruję się w żwir i czubek jego buta. On kontynuuje.
- A on? - wskazuje palcem na tego wyższego, który podejrzewam, że może być jego synem pomimo że nie widzę pomiędzy nimi najmniejszego podobieństwa - Przymrozki przyszły, rozlana woda zamarzła na podwórku. Wyszedł, poślizgnął się, koziołka wywinął. Pytam się go, czy nic mu się nie stało, bo wyglądało to przerażająco. On wstaje i mówi że nic, ale ja widzę, że ręka mu bezwładnie zwisa. Tak było, prawda? - kieruje na niego wzrok a on spuszcza swój, nic nie odpowiadając - No właśnie. Bark złamany. Co zrobisz jedną ręką? Nic nie zrobisz. Obiecamy coś panu a potem kto zagwarantuje, że nic takiego się nie stanie znowu?
- Nie można też być z góry takim pesymistą - odpowiadam, choć w duchu myślę sobie - o rany, oby to nie była gangrena.
DSC_0229 (1).JPG
Dzwoni telefon. Najpierw jeden, potem drugi z nich odbiera i odchodzi o kilka kroków w stronę zabudowań. To duży zbieg okoliczności. Zastanawiam się, czy przypadkiem to nie oni sami nawzajem do siebie zadzwonili, żeby się naradzić lub żeby nie musieć już ze mną rozmawiać. Postanawiam to jednak uszanować i wykorzystać tę chwilę do zrobienia kilku zdjęć. Udaje mi się zrobić jedno. Potem telefon dzwoni i u mnie. Być może tamci dwaj dzwonią z wnioskami. Odbieram.
- Dojechaliśmy, wyładowujemy rower
To jednak nie oni. Ewentualnie to jakieś słowo-klucz a oni chcieli zadzwonić do kogoś innego. Poznaję jednak głos Wróbla.
- Gdzie jesteście? - pytam zdziwiony. Nie widzę ich bowiem nigdzie dookoła. Wychodzę na drogę.
- Widzisz berlingo? - pyta Wróbel
DSC_0230 (1).JPG
- Widzę. Wciąż jest niebieskie - mowię machając entuzjastycznie ręką, na której końcu powiewa dłoń - O! Ty też machasz do mnie! Żegnam się tu już z panami i zaraz do was jadę. Do zobaczenia z bliska!

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 01 maja pt, 2020 10:38 am

(Zostawiam tutaj jeden pusty post, tak na wypadek jakbym kiedyś miał jeszcze czas opisać naszą rewelacyjną wyprawę rowerową, którą odbyłem z Wróblem. Domyślam się jednak, że to, co piszę tutaj dla własnej przyjemności i "potomności" nie interesuje praktycznie nikogo. Przejdę więc zamiast tego do wklejenia zdjęć z remontu i kilku podsumowań)

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 01 maja pt, 2020 12:26 pm

Po powrocie do domu zadziwiająco szybko przestałem myśleć o tym samochodzie. Wbrew temu, co wcześniej mi się wydawało, nie ma on najwyraźniej specjalnego miejsca w moim sercu. Zająłem się innymi rzeczami. Nie czułem potrzeby siadania na krawężniku, w deszczu, przed kałużą rozbryzgiwaną przez telebus, by patrzeć na puste miejsce postojowe i myśleć, że ta plama oleju na środku to z jego reduktora. Nie zauważyłem w sobie pokusy ciągłego zerkania na telefon, potrzeby zaklinania go, by zadzwonił z wieściami od niego. Nie nabawiłem się syndromu fantomowych wibracji. Nie przeglądałem z nostalgią starych zdjęć na których on się uśmiecha i do mnie macha. Być może jestem potworem bez serca, zimnym draniem, bydlakiem. Faktem jest jednak, że miejsce parkingowe od razu zajął ktoś inny (ulotki zachęcające do złomowania pojazdów lądują teraz za wycieraczkami pozostałych moich samochodów), na zdjęciach to auto rzadko merda ogonem a słysząc opowieści o mechanikach wyznaczających odległe terminy, nie spodziewałem się, że ci tutaj, wezmą się za niego wcześniej niż na tydzień przed nadejściem umówionej daty. Wcześniej prawdopodobnie przez trzy miesiące nie będą odbierać telefonu. Tak przynajmniej myślałem. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy już po trzech tygodniach nadeszły pierwsze informacje.

Był 24 październik 2019. Odebrałem ucieszony.

- Ten samochód to większy złom niż nam się wydawało na pierwszy rzut oka
- Zasmuca mnie pan
- Jestem z panem szczery
- To pocieszające
- No to wróciliśmy do punktu wyjścia, przynajmniej jeśli chodzi o pańskie samopoczucie
- No tak. Coś w tym jest co pan mówi, choć to wciąż huśtawka nastrojów, z którą mogę się zmagać jeszcze przez jakiś czas. Co z tym samochodem?
- Trzeba kupić na pewno reperaturki obu tylnich błotników, ale to już pan wie
- No tak - przyznaję - nie liczyłem na to, że odrosną
- Słusznie. To się rzadko zdarza. Oba progi też są do wymiany
- Czyli jednak tego lepszego nawet nie da się uratować?
- Nie ma szans, za dużo tam rdzy. Szczerze mówiąc nie zauważyłem, żeby o którymkolwiek można było powiedzieć, że jest lepszy lub gorszy. To było truchło.
- Mocne słowa. Poszukam w takim razie tych rzeczy na allegro i wyślę do was do warsztatu.
- Świetnie. Niech pan się zastanowi jeszcze nad błotnikami z przodu. Te wyglądają słabo. Wedle życzenia pana czy je zmieniamy czy nie. Nie ma co jednak owijać w bawełnę. Możemy to założyć z powrotem ale robiąc coś takiego człowiek cierpi. Podsyłam panu zdjęcia, zaraz powinny dojść
- Już patrzę
mms_20200501_112531.jpg
- Nie wyglądają tak tragicznie choć rzeczywiście ten purchel, który było widać z zewnątrz to wierzchołek góry lodowej
- Coś w tym rodzaju. Tragiczne nie są. Słabe już tak. Ja bym tego nie zakładał.
- Dobra, poszukam też błotników i będę oddzwaniał albo po prostu napiszę
- Jasne. Do usłyszenia w takim razie.
- Do usłyszenia.

Znalazłem błotniki na allegro po 230zł za sztukę. Dorzuciłem do zamówienia. Wysłałem na adres warsztatu.

25 pazdziernik 2019

Dzwoni telefon, odbieram ucieszony.
- To auto będzie wyglądało paskudnie - oznajmia głos w słuchawce.
- No co pan mówi! - wykrzykuję bo jednak nie taki cel mi przyświecał, gdy się na to decydowałem - Miałem odmienne oczekiwania - mówię spokojnie.
- Patrzę na to no i widzę, że błotniki musimy pomalować, progi też, tył cały i bok przynajmniej do wysokości reparaturek. Na słupkach szpachla odłazi, więc też. To będzie biedronka.
- Jak Volkswagen Polo arlekin?
- Coś w tym stylu tylko w różnych odcieniach zielonego. Jest pan pewien, że nie chce malować całości?
- Patrzę do portfela i nie widzę tam zwycięskiego kuponu. Ile by to kosztowało?
- Trochę roboty z tym jest. Drzwi sa trochę krzywę, maska ma kilka wgniotek. Tak, żeby jakoś to wyglądało to 17tys za całość by wyszło.
- Sporo. Jakby nie malować dachu, który i tak pewnie porysuję przejeżdżając pod drzewami na działce i bez wygładzania wgniotek zmieścicie się w 15?
- No myślę, że tak.
- No to malujcie - mówię nieco zrezygnowany choć ze świadomością, że to dobry wybór i trzeba się na to zdecydować. Bez tego nie będzie cieszyć.
- O taką decyzję nam chodziło. Zupełnie inaczej się pracuje wiedząc, że auto i tak będzie malowane. Mniejsza trwoga człowieka ogarnia, że się poślizgnie podczas piaskowania i poleci po całości. Poza tym, mimo to, że auto by było idealne od spodu to ludzie by się śmiali i palcami wytykali, pytając kto to tak pomalował w łatki.
- Rozumiem, że byłby wstyd.
- Żenada. Teraz to będzie piękny samochód.
- Na to liczę.

28 październik 2019.

Dzwoni telefon, odbieram ucieszony i pełen nadziei
- Ten samochód od spodu to sito, durszlak, nie wiem co jeszcze powiedzieć.
- Cedzidło? - podpowiadam rozglądając się dookoła za słownikiem synonimów.
- Dziura na dziurze. Zdjeliśmy ramę. Z tyłu oczywiście przegnita. Mocowania niektórych poduszek trzeba będzie odbudować od podstaw bo praktycznie nie istnieją. Przednia część za to całkiem niezła. Z podłogą to powiem panu, że się przestraszyliśmy. Wzieliśmy się za piaskowanie a to się zaczęło palić!
- Rany boskie! Wszystko wybuchło? Niech pan opowiada - mówię z przejęciem zastanawiając się, czy zaraz dostanę raport o poparzonych ofiarach.
- Nie no, ugasiliśmy ale powiem panu, że czegoś takiego się nie spodziwaliśmy. Wszystkie dziury ktoś pozalepiał jakąś łatwopalną pianką.
- Nie jestem zaskoczony. Jakiś czas temu robiłem 504'kę i odkryłem, że dziury w podłodze były wypchane gazetami i zamalowane po wierzchu.
- Ludzie są kreatywni. Wysłałem panu zdjęcia. Prosiłbym też o przelanie kolejnej transzy pieniędzy. Zaczynamy etap, który będzie generował koszty
- Nie widzę żadnych zdjęć
- Pewnie duży format się zawiesił
- Niech pan wyśle drugi raz. Chciałbym coś jednak zobaczyć, zanim przeleję pieniądze
- Dobra, już wysyłam
- Ok, jak dojdą to zrobię przelew. Pięć tysięcy wystarczy?
- Spokojnie
- No to do usłyszenia.

Ding. Są zdjęcia:
Resized_20191018_150944.jpeg
mms_20191028_183517.jpg
mms_20191028_155149.jpg
mms_20200501_095534.jpg
mms_20200501_095546.jpg
12 Grudzien 2019

Dzwoni telefon. Jestem przestraszony i gotowy na najgorsze
- Wspominał pan kiedyś, że ma zapasowy, prosty zderzak - zaczyna jadnak na spokojnie.
- Zgadza się. Mam. Jest prosty ale też się raczej nadaje do malowania. Niech zgadnę, ten, który jest na samochodzie to złom?
- Aż tak źle to nie jest. Został wypiaskowany ale stawia opór przy prostowaniu i wolelibyśmy prosty. Najwyżej się jeszcze raz wypiaskuje i pomaluje.
- No to nie przejmujcie się nim. Ja mogę sobie ten tutaj dać do malowania a z wymianą już sobie sam poradzę po powrocie.
- To może jednak spróbujemy jeszcze ten tutaj wyprostować. Chciałbym, żeby to ładnie wyglądało. A no i jeszcze brakuje dwóch poduszek pomiedzy budą a ramą. Może stare wrzucę na sam koniec bo łatwo je wymienić
- O to by było słabo. Gdy zamawiałem to to miał być cały komplet 8 sztuk. Jeśli przysłali 6 to muszę ich zbesztać
- Tam wchodzi 10
- No chyba że tak. Dokupię w takim razie 2 i wyślę - odpowiadam zastanawiając się za ile tych poduszek tak na prawdę zapłaciłem za pierwszym razem i na ile mnie ktoś oszukał.
- Dobra, to niech pan wyśle, tylko żeby na piątek już były bo chcemy zacząć to składać
mms_20191220_211909.jpg
15 Grudzień 2019

Dzwoni telefon. Jestem dziwnie spokojny. Spodziewam się już tylko informacji o rychłym zakończeniu prac.
- Ma pan samochód pospawany z dwóch
- No co pan mówi? Skąd wzieliście drugi i po co?
- Już taki był. Zabrałem się za zdzieranie lakieru i całej tej szpachli, którą ktoś tu napakował i która częściowo sama odpadła. Odkryłem spawy.
- Czyli co? Przód i tył inne czy prawo-lewo?
- Trzecia opcja. Góra-dół. Dach jest ewidentnie dospawany.
- Ktoś dospawał hardtop do cabrioletu?
- Niczego nie da się wykluczyć choć obstawiam raczej, że ktoś go w terenie przewrócił na dach i trzeba było wymieniać.
- To ciekawe. Myślałem, że auta z taką ciężką ramą po dachowaniu złożą się na placek jak tylko kręgosłupy pasażerów puszczą.
- Aż tak źle to nie jest. To jest nawet całkiem sztywne
- No dobrze ale jakie są wnioski? To auto to zupełna padaka?
- Nie, nie przesadzajmy. To nie ma większego znaczenia przy tym samochodzie. Tak tylko chciałem pana poinformaować bo to dość ciekawe odkrycie. Roczne samochody sprowadzane ze stanów są dużo gorsze.
- Ktoś je przyciąga do nas po dnie oceanu czy to jakiś recycling po crash testach?
- A różnie. Tam jest dużo żywiołów. Powodzie, huragany, śnieżyce...
- Wulkany...
- To akurat chyba nie ale mogą mieć gejzery. Wszystko to niszczy auta a polacy kupują.
- No tak, w Yellowstone coś chyba jest i czasem bucha gorącą wodą, chociaż widziałem kiedyś jakiś film o wybuchającym wulkanie, w którym grał Pierce Brosnan. Pewnie po każdym takim wydarzeniu wypływa statek pełen pogiętego albo spalonego złomu do Polski
- Dokładnie. Wysłałem panu kilka zdjęć. Zabieramy się właśnie za szpachlowanie i podkład
- Superowo. Do usłyszenia
mms_20191221_185333.jpg
mms_20200501_095657.jpg
20 Grudzień 2019

Dzwoni telefon. Nie wiem czego się spodziewać.

- Zadzwoniłem do mieszalni lakieru po próbki kolorów nr g83 i facet twierdzi, że to taka zieleń jak maska od spodu i pas przedni. Teraz pytanie czy chce pan iść w oryginalne barwy czy to co było jak przyjechał na?

Jeśli dobrze pamiętam to maska pod spodu była w kolorze pastelowej jasnej zieleni. Taka trochę pistacja. Wyjątkowo paskudny kolor.

- Taki kolor jak na wierzchu -mówię więc bez wahania - Mimo wszystko bardziej mi odpowiada, przyzwyczaiłem się do niego no i nie trzeba będzie malować dachu.
- Dach pomalujemy w gratisie. Pod chromami była kupa rdzy a poza tym ten kolor ciężko dobrać bo to jakaś mieszanina była. Cholera wie czy to nie z volkswagena nawet pochodziło.
- Oby się nie okazało, że cały ten dach łącznie z kolorem ktoś przespawał z golfa. Tym bardziej trzeba zamalować. Spawy jakoś cynujecie? - dopytuję bez większej nadziei na odpowiedź twierdzącą - Zastanawiałem się czy by tutaj nie ocynować rantów, tam gdzie najbardziej gnije. Zdaję sobie sprawe, że to mnóstwo roboty. Kiedys cynowałem podłogę w 504 ale powierzchnie pionowe mnie przerosły.
- Ogólnie to cynujemy spawy i większe wgniecenia ale to przy renowacjach rzędu 30tys jak się bierze za samo nadwozie. U pana zrobiliśmy inną metodą ale też myślę, że będzie to na lata. Tutaj był odcinany dach. Zdarliśmy starą szpachlę, położyliśmy nową. Trochę to posiedzi
- Ufam, że tak będzie
- Na pewno. Wysyłam panu właśnie zdjęcia
- Już patrzę
mms_20191220_210332.jpg
mms_20191220_210343.jpg
mms_20191220_210352.jpg
mms_20191220_210401.jpg
- O wow! Niesamowita metamorfoza! Ale mi pan zrobił niespodziankę! Byłem pewny, że malowanie podkładem zostawicie na po świętach. Dziś przeglądałem zdjęcia sprzed remontu i coraz bardziej dociera do mnie jaki to był wcześniej złom.
- Był to złom, dokładnie. Teraz to już jednak fajna bryka. To, co jest na zdjęciach to szpachla natryskowa na mikrodziurki. Podkład rzeczywiście będzie po świętach

3 Stycznia 2020

- Bardzo możliwe, że auto zrobimy na tą niedzielę
- Ale szybko! Zupełnie nie spodziewałem się telefonu. Przelewam w takim razie ostatnią transzę, żeby zdążyło to dojść przed moim przyjazdem. Mam przy okazji pytanie. Nie zrobilibyście też 406 kombi, jakbym nim do was przyjechał po to Pajero?
- A co tam jest do zrobienia?
- Kilka wgniotek, rdza na prawym tylnim nadkolu oraz jedne drzwi do wymiany i malowania. Do tego trzeba zrobić hamulce oraz tylnie zawieszenie
- Zrobimy, nie ma problemu a z Pajero to jeszcze w sobotę koło południa dam znać czy jest gotowe.
- Świetny plan.
- Wysyłam panu jeszcze kilka zdjęć:
Resized_20191227_194158.jpeg
mms_20200103_212903.jpg
- o wow! Jak nowe auto z salonu! Rewelacyjna robota! Świetny jest ten kolor. Spawy na ramie wyglądają trochę jak pęknięcia ale zakładam, że to taka gra światła i złudzenie optyczne. No i zdumiony jestem, że udało wam się znaleźć plastikowe wypełnienia nadkoli
- Tak, to takie złudzenie - odpowiada a ja mogę się zastanawiać, czy chodzi o te spawy czy plastiki. Optuje za tym pierwszym - Ogólnie zawsze punktowo spawamy a nie ciągiem bo materiał szybko się niszczy. Na pewno rama wytrzyma ładnych kilka lat.
- Też tak myślałem. Gdyby to nie było złudzenie to by mi pan pewnie tego widoku nie pokazywał.
- Byłoby to nierozsądne, zgadza się. Oczywiście lakierowanie za 5tys nie będzie wyglądało jak takie za 20.
- Takiego za 20 pewne nigdy na oczy nie zobaczę więc myślę, że z braku szansy na porównanie będę bardzo szczęśliwy z tego, co mam
- Dokładnie - odpowiada on z uśmiechem na ustach a ja zastanawiam się po czym on mnie tak krytycznie ocenił. Dochodzę do wniosku, że rzuca się to jednak w oczy i jest oczywiste - Auto nie jest łaciate i nie ma rdzy a to jest najważniejsze. Polerować lakieru też nie będziemy bo to dla nas duży koszt i nie ma to większego sensu przy aucie terenowym.
Ostatnio zmieniony 05 maja wt, 2020 12:38 pm przez Fox, łącznie zmieniany 4 razy.

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 01 maja pt, 2020 5:15 pm

4 Stycznia 2020

Przychodzi sms

- Auto gotowe. Pieniądze patrzyłem, że są już na koncie. Zbieżność ustawiłem co mogłem na oko bo u nas w mieście nie mają sprzętu na takie duże koła. Jeździłem nim i jako tako można jeździć.
Resized_20200104_124331.jpeg
Resized_20200103_181850.jpeg
No to jadę znów do Białegostoku.

lookash_c
Nowicjusz
Posty: 45
Rejestracja: 26 mar pn, 2018 8:53 pm
Posiadany PUG: 205 CJ, 807, iOn
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Niecki / Białystok

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: lookash_c » 01 maja pt, 2020 11:41 pm

Fox pisze:
01 maja pt, 2020 10:38 am
Domyślam się jednak, że to, co piszę tutaj dla własnej przyjemności i "potomności" nie interesuje praktycznie nikogo.
Ojtam, ojtam, ktoś tam jednak czyta! :-)

Awatar użytkownika
zen81
Junior
Posty: 494
Rejestracja: 15 lip pt, 2005 11:45 pm
Posiadany PUG: Clio
Lokalizacja: Starogard Gdanski

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: zen81 » 02 maja sob, 2020 10:19 am

Sledze temat, i kawal dobrej robotyy i wlasnej determinacji by doprowadzic auto do ładu. To sie tylko chwali
Dobrze ze mozesz tu wszystko z siebie wyrzucic, i pochwalic sie tym co robisz-bo uwiez mi jest czym
Zero łaski, zero wzruszeń..
-------------------------

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2047
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 05 maja wt, 2020 12:32 pm

lookash_c pisze:
01 maja pt, 2020 11:41 pm
Ojtam, ojtam, ktoś tam jednak czyta! :-)
Miałem na myśli, że jednak aspekt techniczny tej historii może być tym, którym bardziej warto się podzielić niż całą tą otoczką, którą czasem trudno mi było kontrolować i która za bardzo sie rozrosła. Teraz to trochę już musztarda po obiedzie, bo przez całą tą pandemię, podczas której miałem jeden dzień, podczas którego nie musiałem się zajmować dzieckiem (i dzięki temu powstał, tak na szybko, ten jeden, ostatni jak na razie, odcinek) cała ta historia rozmyła się już we mgle zapomnienia. Fajnie się piszę, gdy ma się ku temu częstsze okazje i można sobie przysiąść do klawiatury na spokojnie w dzień, kiedy akurat ma się na to ochotę. Mając jeden dzień wolnego na dwa miesiące i wiedząc, że "albo dziś albo nigdy" to już zupełnie inna sytuacja. Nie jestem więc zadowolony z tej końcówki i być może kiedyś ją poprawię. Mimo wszystko fajnie słyszeć, że ktoś to przeczytał i nie nasunęły mu się na usta przekleństwa. Dzięki:)

Struna
Nowicjusz
Posty: 87
Rejestracja: 30 wrz pt, 2011 12:59 pm
Posiadany PUG: było 205 1.9 D
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków/Skawina
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Struna » 05 maja wt, 2020 3:59 pm

Wg. mnie to właśnie ta otoczka powoduje, że się czeka na kolejne "odcinki" ;)
www.GCS TUNING.pl
ChipTuning, FAP/DPF, Hamownia, Strojenie LPG, AFR

Awatar użytkownika
RafGentry
Moderator
Posty: 6890
Rejestracja: 06 cze śr, 2007 8:40 pm
Posiadany PUG: GTI Griffe, GTI LeMans, GTI, CTI, XRD, XS, Indiana, 405 STDT
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: RafGentry » 05 maja wt, 2020 4:58 pm

Na jednym zdjęciu z komory Pajero wygląda jak nowa Gelenda Mercedesa 8)

Ogólnie to historia trochę tragikomiczna się wydaje, jak tak czytam, że co chwila wypadały jakieś trupy z szafy. Współczuję niespodziewanych wydatków, ale cieszę się, że koniec końców terenówka zrobiona porządnie. Chętnie ją kiedyś obejrzę.

I tak zastanawiam się z punktu widzenia warsztatu piszącego, czy cytaty przytaczasz wiernie, notujesz, nagrywasz te rozmowy, czy to licencia poetica mniej więcej z pamięci? :)

lookash_c
Nowicjusz
Posty: 45
Rejestracja: 26 mar pn, 2018 8:53 pm
Posiadany PUG: 205 CJ, 807, iOn
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Niecki / Białystok

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: lookash_c » 05 maja wt, 2020 9:44 pm

Nie jestem więc zadowolony z tej końcówki i być może kiedyś ją poprawię. Mimo wszystko fajnie słyszeć, że ktoś to przeczytał i nie nasunęły mu się na usta przekleństwa. Dzięki:)
Bądź z siebie dumny, że w trudnych okolicznościach zebrałeś się do pisania!
Czytanie mi się nie dłużyło, pikanterii dodawał dreszczyk emocji "kiedy znów coś się pojawi" ;-)

ODPOWIEDZ