O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Drugie auto w rodzinie ? Zaprezenuj je tutaj. Projekty i prezentacje nie związane z 205.
Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

O tym jak kupiłem "Tenerówkę", czyli zapiski z pewnego weeke

Post autor: Fox » 23 wrz ndz, 2018 2:44 pm

Rozsiadam się nowo na najwyższym stopniu schodów, na skraju cienia rzucanego przez wiatę nad przejściem podziemnym. Od strony peronów bucha żar, z dołu natomiast przyjemna piwniczna bryza. Gdybym siedział tyłem do schodów i zamknął oczy, mógłbym pewnie z łatwością wyobrazić sobie ognisko w jesienną, chłodną noc. Z przodu trzaskające płomienie, z tyłu zimny mrok a nade mną rozgwieżdżone niebo w stronę którego pędzą iskry, ginące gdzieś w pół drogi, gasnące przed dotarciem do celu. Mógłbym wtedy wyobrazić sobie dalej, że kładę się na plecach na kocu i ... wpaść do tunelu, turlając się do tyłu po schodach na złamanie karku. Marzycielstwo to ryzykowne zajęcie aczkolwiek fascynujące i warto je praktykować. Doskonalić tak aby nie stracić kontaktu z rzeczywistością i przeistoczyć je w sztukę, umiejętność zaszczepiania marzeń, prosto z głowy, w rzeczywistość tą głowę otaczającą, tak aby nikt się nie zorientował, że to elementy nie z tego świata, wymyślone i umieszczone tutaj w myśl zasady, że życie mamy takie, jakie chcemy. Kiedyś dojdę w tym do perfekcji. Dziś planuję umieścić w tym świecie zieloną terenówkę. Jutro - kto wie? Tylko trenując marzenia, tak jak trenuje się bieganie czy podrzucanie spinnera można wymyślić sobie naprawdę fajne marzenia.

Rozglądam się dokoła popijając jogurt i colę. Na dworcu nie pojawiają się żadne nowe osoby. Tak jakby żaden pociąg, oprócz tego naszego, na który wszyscy czekamy, miał już tu dzisiaj nie przyjechać. Jak wiele innych moich wrażeń, tak i to okazuje się błędne. Po 10 minutach podjeżdża pociąg kolei regionalnych do Wieliczki. Nowoczesny, opływowy, kolorowy. Nikt nie wysiada. Wsiadają dwie osoby z rowerami, które chwile wcześniej planowałem zagadnąć, czy aby przypadkiem nie jedziemy wszyscy w tą samą stronę i czy oni też, z tymi rowerami, po Pajero. Znów zamykane drzwi, znów gwizdek, znów tuk tuk tuk, pociąg odjeżdża a ja czekam. Liczę ile jeszcze minut, ile czasu na przesiadkę mi zostanie, gdy pociąg spóźni się o 10, 15, 20 minut. Dziewczyna siedząca na murku dzwoni do chłopaka. Mówi do niego kochanie, czy ja nie za wcześnie dzwonię? Czy ktoś Ci zrobił śniadanie? Ciężko zgadnąć czy to ciężko pracujący na nocną zmianę człowiek czy kochany, słodki obibok, który poimprezował lub po prostu lubi się wyspać i który kiedyś na pewno się zmieni, po ślubie będzie pracowity i dbający...Z troski w głosie tej dziewczyny można odczytać przyszłość, w której on się nie zmienia, dalej śpi do późna, otwiera piwo z kolegami a dzieci płaczą, ona płacze, pies szczeka, kot miauczy, w komórce szamocze się koza, ze zlewu wysypują się gary, z pralki woda wylewa się na łazienkę a listonosz przynosi kolejne wezwania do zapłaty...Człowiek człowiekowi wilkiem, zombi zombi zombi - jak to powiedział kiedyś jakiś mądry człowiek.

W końcu podjeżdża nasz pociąg. Notuje 25min opóźnienia. Wciąż będę miał czas na przesiadkę. Przepuszczam kilka osób z walizkami i jako ostatni wsiadam do wagonu nr 14. Zaraz przy przejściu jest wieszak na rowery. Zaczepiam przednie koło na haku, tylne umieszczam pomiędzy barierkami, żeby nie dyndało.
DSC_0942.JPG
Szukam mojego miejsca. Znajduję go w drugim rzędzie przy oknie. Miejsce od strony przejścia jest zajęte. Cały pociąg wydaje się być wypełniony. Zawsze, gdy jadę pociągiem sam (tutaj w oczywistym znaczeniu bez znanego mi towarzystwa), zastanawiam się kto będzie siedział obok. Ładna dziewczyna, czytająca ciekawą książkę czy gruby, spocony facet, który zaśnie a ja zostanę uwięziony, wciśnięty, wgnieciony miedzy niego a okno i kaloryfer? A może po prostu miły gość, fan terenówek, z którym pogadam o tych samochodach, zwierzę się z wyprawy celem kupna a on wysłucha, doda otuchy a gdy wysiądziemy to walnie mnie w łeb młotkiem i zabierze pieniądze? Zamykam oczy i próbuję wymyślić dobre rozwiązanie. Nie wychodzi. Muszę jeszcze nad tym popracować. Sukces jest bowiem połowiczny. Tym razem trafia mi się chudy chłopina o wyjątkowo nieświeżym oddechu, rozmawiający co rusz przez telefon. Z tego, co udaje mi się usłyszeć (czyli generalnie ze wszystkiego) wnioskuję, że nie mówi po polsku, jest ze wschodu i skarży się współrozmówcom, że w telefonie nie działa mu internet. Musi więc dzwonić, niepokoić, odrywać od zajęć. Jak na złość rozmawia patrząc za okno, w moją stronę chucha i dmucha, pozornie interesuje się zewnętrzem. Widać bowiem, że wzrok ma pusty, niezainteresowany, skierowany gdziekolwiek. Patrzy za okno ale nie rejestruje, nie reaguje na zmiany, skupiony jest na rozmowie. Wyciągam książkę z myślą o czytaniu, chcę poznać dalszą część historii ale muszę się odwrócić, odłożyć na kolana, spojrzeć w inną stronę, na inne miejsca i na inne czasy. Przyklejam się do okna. Patrzę i ja, lecz skupiony, na kończące się po drugiej stronie szkła miasto, na domy ustępujące powoli miejsca puszczy i dziwię się że tam tyle bagien, że tam pokryte zielonym kożuchem mokradła. Nie znam puszczy z tej strony. Jeżdżąc na rowerze widzę asfaltowe alejki między drzewami, jadąc samochodem widzę ekrany. Z pociągu natomiast widać rozlewiska a między nimi koparki, wywrotki, buldożery. Fauna naszych czasów. Rwą stare tory, usypują nowe nasypy, ubijają tłuczeń, kładą nowe podkłady. Można się temu wszystkiemu doskonale przyjrzeć. Kolej stwarza świetne warunki do obserwacji. Pociąg jedzie z prędkością 34kmh. Informuje o tym wyświetlacz nad drzwiami, które to zepsute wciąż same się otwierają, zamykają, trzaskają a on wyświetla a to nazwę stacji a to temperaturę (32 stopnie) a to prędkość właśnie.

Za puszczą pociąg przyspiesza, przewija krajobraz, rozmazuje detale. Przez wagon przeciska się kelner oparty o rączkę wózka gastronomicznego. Wiezie herbatę i batoniki pchając to wszystko przed sobą. Samowar bucha, opakowania szeleszczą. Liczę na niego, cieszę się z jego przybycia, upatruję zamówienie. Daremne jednak to wszystko. Nie częstuje mnie bowiem niczym, nie spojrzy nawet, nie pyta czy ktoś wsiadł w Krakowie, czy ktoś jeszcze nie skorzystał, czy ktoś czuje głód, czy ktoś by się nie napił. Znikłby rychło za drzwiami, gdyby nie były przeźroczyste i samootwierające się. Znika więc dopiero za rogiem, za końcem wagonu się chowa a ja widzę go dłużej, większy mam żal za zostawienie mnie z moim głodem i nieświeżym współpasażerem, który co gorsza prawdopodobnie myśli sobie w tej chwili dokładnie to samo o mnie. Swojego smrodu się nie czuje ale mokry od potu podkoszulek już tak a mój mnie oblepia. Odkładam książkę do plecaka, mówię przepraszam, chciałbym wyjść. Idę do wagonu restauracyjnego, po drodze przebierając się w toalecie w zakupiony wcześniej podkoszulek z nadrukiem.
Pociąg to mój ulubiony środek lokomocji na średnich dystansach. Można się przespacerować, można zjeść, można wyglądnąć na świat, można spokojnie poczytać. Siadam przy stoliku, zamawiam żurek i pierogi. Po bokach widzę lasy i wsie. Naprzeciwko panią pakującą moje zamówienie do mikrofali. Za oknem nie ma ekranów, widać normalny świat. Przy budowie autostrady ktoś komuś posmarował, ktoś poprosił, żeby szwagier też zarobił. Są tam więc ekrany, które odgradzają drogę nawet od lasu. Ciąg ekranów, szpaler parkanów. Tam, gdzie oprócz szwagra jeszcze stryjek miał firmę sprzedającą te szpetne konstrukcje ekrany stoją w dwóch rzędach. Tutaj jest inaczej, kuchenka dzwoni, podają żurek i pierogi na firmowej zastawie:
DSC_0943.JPG
DSC_0944.JPG
Wszystko pożywne, choć pewnie niezdrowe i nie licząc paskudnej skóry, w którą owinięta jest kiełbasa, całkiem smaczne. Mówię sobie, że długa droga przede mną, że trzeba się posilić, trzeba zjeść też mięsko. Rozwijam je więc, próbuję jeść obdarte, odpycham widelcem skórę w róg talerza, oddalam od siebie ale to nie pomaga, przyprawia o torsje, odbiera apetyt. Zostawiam więc kiełbasę, odpuszczam, zadowalam się jajkiem, wypijam zupę, najadam się. Za oknem Rzeszów, Łańcut, Przeworsk, Jarosław i z każdą kolejną stacją przybywa chmur, które kłębią się, wypiętrzają, sinieją od spodu. Ula pisze do mnie, że sprawdziła rozkład, że mam wciąż kilkanaście minut, że odjeżdżam z peronu pierwszego, że to będzie pociąg do Horyńca-Zdroju. Ależ egzotyczna nazwa! - zachwycam się na samą wzmiankę - Chcę tam kiedyś jechać, chcę zobaczyć fragment kraju tak oryginalnie nazwany, snuję plany. Wracam na moje miejsce. Widzę, że wagon opustoszał ale nie o mojego współpasażera, który wciąż zasiada. Przepraszam go ponownie a on sięga po torbę, którą usadził już na moim miejscu, myśląc pewnie, że wysiadłem, że jechałem doinąd. Przechodzę nad jego nogami, susa daję nad torbą a on wstaje i usadawia się w innym rzędzie, nie chce dzielić przestrzeni. Wprawia mnie tym samym w zakłopotanie bo przecież sam mogłem siąść gdzie indziej, nie kłopotać go w pustym wagonie, nie trzymać się przydziału. Zapowiadają stację Jarosław, przypominają o wzięciu bagażu, przepraszają za opóźnienie. Bez skruchy w głosie, bez wyrzutów sumienia, przyzwyczajeni. Na porządku dziennym to wszystko i nikogo nie dziwi. Zerkam na wyświetlacz, który wciąż pokazuje 32 stopnie, konfrontuję z zzaokniem, gdzie szaro i buro i myślę że się zaciął, że to już nie aktualne. Jakaś osoba naciska guzik, zeźlona że nie działa, że nie otwiera. Zielony on i zielona ona. Przyciskając, wchodząc w interakcję czerwienieją na moment oboje. Ona szarpie drzwi, które wydają się by zacięte by po chwili same się otworzyć, przepuścić, trzasnąć na nowo. Ściągam rower z wieszaka, ustawiam się, pociąg hamuje, wypuszcza, wychodzę.

Awatar użytkownika
kubas
Maniak
Posty: 1403
Rejestracja: 14 lip pt, 2006 10:15 am
Posiadany PUG: rallye
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Bydgoszcz

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: kubas » 04 paź czw, 2018 9:51 am

Super się to czyta! Czekam z niecierpliwością na dalsza cześć :)

Awatar użytkownika
moralez
Peugeot 205 Master
Posty: 5494
Rejestracja: 30 sie wt, 2005 3:42 pm
Posiadany PUG: 205......T8, 205 GTI 1.6
Numer Gadu-gadu: 2955602
Lokalizacja: Włocławek
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: moralez » 04 paź czw, 2018 9:01 pm

tez czekam z niecierpliwoscią gdyż najlepsze przed nami :mrgreen:

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 12 paź pt, 2018 10:08 pm

Dziwne na co czasem człowiek zwraca uwagę jako pierwsze w nowym miejscu. Ja z dworca w Jarosławiu pamiętam najbardziej świeży beton na peronach, nieukruszony jego kant, żółtą linię, która nie zdążyła się jeszcze złuszczyć. Można by powiedzieć, że coś się nie zgadza, że halo, że ja przecież z głową w chmurach być powinienem a nie żeby tak patrzeć pod nogi, przyziemne rzeczy zapamiętywać. Może bałem się patrzeć na ciemniejące chmury, pęczniejące od deszczu a może po prostu wiązałem but na tej żółtej linii, by sznurówka nie wkręciła mi się w łańcuch gdy zaraz biec będę z rowerem niesionym za ramę w dół schodów, na drugą stronę, do głównego budynku dworca, gdzie wybiegnę jednak nie w środku a w jakimś prześwicie między ścianami a podłogą piętra. W pośpiechu czy amoku, sam nie wiem czym dokładnie wybiegłem na zewnątrz, na parking, właściwie nie wiem po co bo tablica była pod dachem, zaraz między schodami a pierwszym peronem. Wracam więc, szukam wzrokiem Horyńca. Jest. Peron pierwszy, tor czwarty. Coś mi się nie zgadza, kto zamienił tory peronami? Czemu jedno numerowane od początku a drugie od końca? Nie ważna ta dygresja, wyjaśni się później, zbyć ją trzeba. Patrzę na telefon, kontroluję czas. Mam kwadrans do odjazdu. Idę na peron. Siadam, uspokajam się, chwilę się rozglądam, zastanawiam, patrzę na rower. Wyciągam telefon, klikam w google maps, sprawdzam jak daleko jest na rynek. Cztery minuty. Wsiadam i jadę. Rower niesamowicie zmienia perspektywę. Wszystko jest tak blisko, w kwadrans można tak wiele zobaczyć. Przejeżdżam przed parking dworca autobusowego, wyjeżdżam na górę po sześciokątnej kostce, relikcie prl'u, na zakorkowane ulice układające się w trójkąt. Mijam stojące jeden za drugim samochody, jadę środkiem, jadę chodnikiem, patrzę na kamienice i powoli sobie przypominam. Byłem tu przecież kiedyś, zaproszony na wesele widziałem to miejsce. Tak, tam trzeba skręcić w prawo, tam gdzie te okazałe kamienice przeplatają się z blokami. Chowam telefon do kieszeni, nie będzie mi już potrzebny. Skręcam, auta stoją a ja jadę kołami między dwoma ciągłymi liniami, skręcam w lewo, w prawo przez mostek po kostce i jestem na rynku. Rozczarowanie.

Dokoła małe kamieniczki. Być może mające swój urok ale zasłonięte dużą budowlą na środku, oszpecone blaszanym płotem, przytłoczone parkingiem, zagłuszone ruchliwą arterią pozostają schowane, przycupnięte w kąciku, drżące jakby ze strachu
DSC_0945 (1).JPG
Robię zdjęcie koło klombu, siadam na chwilę, próbuję przypomnieć sobie jak najwięcej. Tam był kościół, tam schody z niego na parking wyłożony kostką, gdzie kiedyś parkowałem kombi. Kilka lat wstecz, z nie do końca zgłębionych przyczyn choć doskonale znanych powodów strasznie dużo się popsuło i to o dziwo nie w kombi, lecz we mnie. Wypierając niektóre wydarzenia z pamięci wyrzuciłem ich chyba zbyt wiele. Nie pamiętam siebie sprzed 5 lat, nie poznaję miejsc na niektórych zdjęciach. Przez ostatnie dwa lata wiele wraca, układa się na nowo choć zupełnie inaczej. Jak kalejdoskop wstrząśnięty i przemieszany nie pasuję do poprzedniej układanki, nie umiem napisać zwięzłej ani śmiesznej relacji, odchodzę od Peugeot'a. O dziwo zacząłem szybciej biegać i mówić po włosku choć niekoniecznie na raz i na szczęście nie zawsze. Przypominam sobie teraz tamto wesele, tamte twarze na schodach pomiędzy rzeźbami, garnitury, suknie, kwiaty i buty na szpilkach. Twarze w większości nieznane, elementy garderoby nie przeze mnie noszone. Nie przypominam sobie bowiem siebie z tamtej chwili i tym razem. Równie prawdopodobnie jest więc, że wcale tak nie było a ja zapełniam tylko pustki w głowie zmyślonymi obrazami, głosami obłędu. Nie czas jednak się nad tym teraz zastanawiać. Zostało bowiem siedem minut, po upływie których pociąg odjedzie. Wsiadam więc na rower, nie sposób policzyć który to już raz tego dnia i ile jeszcze razy przede mną, objeżdżam rynek dookoła, utwierdzam się w niesmaku, kieruję na dworzec me koła. Jadąc ulicą nie potrafię nie ścigać się z samochodami. Chojrakuję gdyż wiem, że dystans mam wyjątkowo krótki, że to sprint chwilowy, nic więcej a one są w zasięgu tego krótkiego przypływu energii. Skręcam w lewo równolegle do furgonu, wyprzedzam go bo się ociąga, następne auto mijam z prawej, na czerwonym zeskakuję z roweru, wbiegam na chodnik, wskakuję na rower już za skrzyżowaniem. Zastanawiam się jak to się dzieję, że trup rowerowy nie ściele się tak gęsto jak ten motocyklowy, którego nie sposób nie spotkać przy pięknej pogodzie przy drodze. Potrzaskanego, rozrzuconego plastikowo-metalowego trzewia maszyny, ładowanego do worka ciała, które chwile wcześniej było panem świata, drogi, piszczących kobiet. Znów jestem na boku trójkąta. Kolejny raz po kostce zjeżdżam w dół przez bramę jak metę bez zegara i owacji bo bezsensowny jest to wyścig, w którym pociąg choć czeka to czekał będzie jeszcze całe cztery minuty. Wsiadam, opieram rower o rurkę i ścianę, zrzucam plecak, odparowuję.
DSC_0951.JPG
Mam więc jedną spoconą koszulkę w plecaku a drugą na sobie. Wspaniale - myślę sobie - Nie pozostaje mi nic innego jak śmierdzieć. Na szczęście nie jest to czynność, która absorbowałaby mnie w całości. Bynajmniej! Wciąż mogę się rozglądać, wyglądać za okno, wciąż część energii mogę pożytkować na coś innego, multitasking praktykować. Patrzę więc. Z początku na zewnątrz, na chmury zupełnie już sine, na trawy kołysane wiatrem, na ochładzające się światło i chłodniejący krajobraz, który jednak nie chłodzi tu gdzie jestem, który za szybą zostawia swą świeżość. Widzę pierwsze krople, obserwuję strugi w ukosie i czuję te krople, jakby te same, na czole, po plecach spływające ale inne, gorące, nie dające ulgi lecz krępujące. Dysonans odczuwam. Rozglądam się po wnętrzu. Z miejsca, gdzie stoję, w obniżeniu podłogi, widzę po prawej swej stronie tylko oparcia foteli a pod nimi nogi, łydki w spodniach, kostki odkryte, stopy w butach jak i te bose i zastanawiam się kto to może jechać nieobuty, z brudną od ulicy piętą, z wytartą od chodnika skórą. Mijamy malutkie stacje, jedziemy przez pola, jedziemy przez las. Perony za oknem nie mają betonu. Wysiada się na trawnik koło małego domku, przeskakuje się nad kałużą, stąpa się między kwiatkami a myślę sobie, że niepotrzebnie się tym bosym stopom dziwiłem. Jakże często wygłaszamy pospieszne poglądy, ignorancje wyrażamy, świata i ludzi nie znając, wartości w różnorodności nie widząc.
DSC_0947.JPG
Słoneczniki zapatrzone są w słońce. Zahipnotyzowane i bezwolne wodzą za nim twarzami, wyciągają szyje, wpatrują się tysiącem nasion. Wszystkie, bez wyjątku ufnie oddają się jedynej znanej im rozkoszy a ja się zastanawiam, dumam o żniwach i tym, czy gdy ściąć je trzeba zachodzi się je podstępnie od tyłu, skąd nie widzą, gdzie nie wiedzą, gdzie spadają na ziemie wprost z nieba czy nie ma to znaczenia, czy nic nie ma znaczenia.
DSC_0948.JPG
Konduktor podchodzi, prosi o bilet nic nie mówiąc, samym wyrazem twarzy uprzejmie pyta. Podaję mu bilety, on przegląda zainteresowany jakby ciekawy był skąd ich dwie sztuki ma w ręce. Mówię, że to za rower, o za ten - wskazuję palcem choć stoję tuż obok a innego w pociągu nie ma. On skinieniem głowy dziękuje, przechodzi dalej, do ojca z synem, którzy wsiedli właśnie i siedzą a między nimi butelka. Pusta, plastikowa, zostawiona przez poprzedniego pasażera, zielona, odblaskowa się turla między siedzeniami. Ojciec postawny choć cichy i jakby nieśmiały. Słowa nie wypowiada, duże ręce splata na kolanach. To jego rzeczywistość ten świat za oknem, choć on nie wydaje się tam wcale patrzeć. Syn, sześć, może siedem lat, energiczny ale w swej energii stonowany, jakby ograniczony obecnością ojca, przywołany do porządku jeszcze zanim coś zrobi, zanim przyjdzie mu do głowy wyjechać, za obrazami widzianymi w serialach Polsatu przenieść się do miasta. Po drugiej stronie dziewczyna we flanelowej koszuli, ładna i wesoła, dwójkę dzieci usadza na rozkładanym siedzisku, za młoda na matkę, zbyt duża na siostrę. Zagaduje do dzieciaków, z mniejszym gaworzy, próbuje zająć, próbuje rozbawić, nie patrząc zupełnie za okno. Zastanawiam się, czy oni widzą jak tam jest ładnie, czy się zachwycają, czy doceniają, czy są tak zadziwieni gdy jadą do Krakowa jak ja jestem u nich tą niesamowitą odmiennością. Czy może to, co za oknem po prostu jest, zawsze było a gdy ktoś postawi tam fabrykę to po prostu być przestanie a ludzie w szynobusie spojrzą, może znów tylko przelotnie, zaciekawieni na moment zmianą widoku, który zaraz potem znów stanie się tłem, tylko innym, postępowym, "i u nas mamy komin, a co!, a wójt z partii rządzącej załatwił, obiecał parkingi, obiecał drogi, a tamta wioska zapyziała same lasy i rzeki. Dziady!" - ktoś pewnie powie.
Wjeżdżamy do lasu, jedziemy po starych torach, przejeżdżamy przez zardzewiałe mosty nad rzekami, których nazw nie znam i które być może ich nawet nie mają. Zaczynają się w lesie, kończą się w stawie, jakby ktoś poszedł do studni wody naczerpać ale wracając się potknął i rozlał.
DSC_0950.JPG
Nowy szynobus sprawia, że poczuć się można jak w kinie, jak w kapsule, która przenosi nad innymi czasami, nad innymi krajami. Stacja zagrody, otwierają się drzwi, słychać gdakanie kury, ktoś wysiada, ktoś inny wsiada, bryza wwiewa wilgotne powietrze, 3D, 4D, 7D, kto da więcej? Jak Dinopociąg z Kukunciowej bajki. Dziś jedziemy do paleolitu, jutro przez tunel do mezozoiku, potem pod wodę morskie stwory oglądać przez szybę.
DSC_0949.JPG
Stacja Lubaczów. Wysiadam ja, wysiada dziewczyna z dzieciakami, na którą czeka na peronie chłopak, wysiadają inne osoby i nie ma już w pociągu pani bez butów. Wysiadła niepostrzeżenie lub buty jednak włożyła. Przeoczyłem, nie obserwowałem bacznie, zapatrzyłem się w inne strony. Butelka została choć teraz wciśnięta między fotele już się nie toczy. Tutaj peron jest betonowy, tutaj są nawet dwa tory, tutaj pizzeria "Ola" wita podróżnych, tutaj nosi się buty.
DSC_0952.JPG
Prowadzę rower do wyjścia na ulicę, opieram o siatkę, patrzę na niebo.

- ajajaj, chyba zbiera się na deszcz - myślę sobie cytując Kubusia Puchatka z opowieści o baloniku i miodku na drzewie.

Sprawdzam mapę, przeglądam pogodę, czytam że opady miejscowe są zapowiadane. Porównuję z niebem i myślę, że jeśli już to miejscowo nie pada, że przecież w którą stronę by nie spojrzeć to smugi deszczu widać, że to cud będzie jeśli dojadę suchy do celu. Wsiadam na rower i Lubaczów za sobą zostawiam nie wiedząc, że tam rynek jest nowy, że Robert Korzeniowski stamtąd pochodzi. Zaczynam odliczać kilometry. 44 do celu.

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 03 lis sob, 2018 7:00 pm

Jadę.
W końcu czuję wiatr we włosach, w końcu obserwuję znikający pod kołami asfalt, wreszcie jestem częścią świata widzianego chwile wcześniej przez szybę.
DSC_0953.JPG
Droga jest równa, sucha i chociaż nie ma pobocza to przy tak niewielkim ruchu nie jest to coś, czym warto zaprzątać sobie głowę. Oglądam się za siebie i widząc, że nikogo tam nie ma, że pusto jest aż po sam horyzont, zjeżdżam na środek drogi, przyspieszam, czuję zapach mokrej trawy, mokrego pola i lasu, w uszach słyszę wiatr i szum kręcących się opon. Po lewej bociek, na czerwonej nodze stoi w trawie, po prawej, w oddali traktor jadący po polu. Aż chce się wyprostować, puścić kierownicę, zamknąć oczy i rozkładając ręce na boki wykrzyczeć jak fajnie jest być, żyć, jechać
- (ewentualnie Sayonara!) zaraz potem ginąc - myślę sobie, opanowuję emocję i zjeżdżam znów na prawo. W pamięci mam bowiem przestrogi znajomego, który w czasie jazdy samochodem zaplątał się w ściągany przez głowę kosmaty sweter. Nieprzyjemna sprawa. Samochody pojawiają się bowiem znienacka. W moją stronę same niewielkie ale w tą przeciwną ciągną tiry, jeden za drugim. Droga robi się coraz bardziej mokra i wyboista. Co gorsza, za każdym mijanym wzniesieniem nie ma wyczekiwanego zjazdu a tylko wypłaszczenie lub kolejna górka. Tego zupełnie nie przewidziałem, na street view wszystko wydawało się takie płaskie. Początkowo jadę 30kmh, potem jednak 26, 24, 22... Gdy na podjeździe zwalniam do 18 przypominam sobie, że z taką prędkością biega podobno świnia domowa. Nie widzę jednak żadnej więc nie mogę tego zweryfikować. Pot coraz obficiej ścieka mi po czole, czuję mokre plecy pod plecakiem, martwią mnie momentalnie opuszczające mnie siły
DSC_0954.JPG
Stopniowo na drodze, poza zwykłymi nierównościami, zaczynają pojawiać się także głębsze dziury a koleiny coraz częściej wypełnione są wodą. Mogę jechać albo środkiem jezdni albo tym wąskim paskiem asfaltu pomiędzy koleiną a poboczem. W pierwszym przypadku ryzykuję, że coś mnie zmiecie, w drugim że wykoziołkuję między drzewa, zostawiając przednie koło a razem z nim rower, na sztorc, w przydrożnym mule. Z dwojga złego wybieram drugą opcję i jadę tym czarnym wybrzuszeniem pomiędzy wodą a żwirem, jakby ciastem wylewającym się spod wałka. Robi się coraz mniej przyjemnie. Muszę coraz bardziej uważać żeby się nie rozbić. Opony mam bowiem zupełnie łyse. Takie kupiłem wraz z rowerem i do tej pory nie wiem czy to z zużycia takie są czy z dizajnu. Wiek roweru - 20 lat - skłania mnie ku pierwszej opcji. Wzmaga się wiatr. Wieje mi prosto w twarz. Miły chłód, który początkowo tak mnie cieszył, przeistacza się powoli w ziąb, który przy każdym wjechaniu w mgłę rozpylonej przez ciężarówkę wody, coraz dotkliwiej odczuwam. Deszcz musi być coraz bliżej. Do tej pory jechałem jakby pod świetlistym parasolem. Dookoła kłębiły się ciemne chmury a nade mną, w jakiś cudowny sposób uformował się jasny obłok oświetlający mi drogę. Teraz ustępuje on powoli miejsca nadciągającemu od zachodu cumulusowi. Staram się przyspieszyć, sprawdzam, czy dam radę mu uciec. Nogi mam jednak jak z waty, zrobiłem się głodny i chce mi się pić. Jadę coraz wolniej, plecak coraz bardziej mi ciąży. Dojeżdżam do jakiejś miejscowości, nie dam rady dalej tak jechać. Zjeżdżam na piaszczysty placyk. Jest tu sklep, do którego wiodą schodki, obok wejścia wisi skrzynka na listy, a na dole, przystawiona do ściany ławeczka, zyskująca w ten sposób oparcie dla zmęczonych pleców, ukojenie daje dwóm panom, ubranym do pola, w gumiakach, w grubych dłoniach dzierżącym puszkę piwa. Choć żaden z nich słowa nie wypowiada to ma się uczucie, że dopiero co przestali, że wszystko dopiero co przedyskutowali, że są nagadani. Nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Wchodzę po schodkach do sklepu. Pot, pomimo chłodu, ścieka ze mnie strumieniami. Kupuję czekoladę i butelkę coli. Wychodzę na zewnątrz by trochę ochłonąć. Siadam na schodach, opieram się bokiem o barierkę. Panowie kończą niespiesznie piwo. Wciąż nic nie mówią ale chyba dlatego, że po prostu nie muszą. Nie czują potrzeby ubierać emocji w słowa. Widać, że się znają, być może rozumieją bez słów, nie potrzebują niczego wygłaszać, dzielą wspólną rzeczywistość. Cieszą się tą chwilą, gdy po skończonej pracy można jeszcze siąść, popatrzeć przed siebie, zaznać trochę ciszy i odłożyć jeszcze o tą minutę, dwie, powrót do domu, gdzie żona z miotłą, gdzie dzieci krzyczą, gdzie rejwach i kolejne obowiązki, gdzie padnie niewygodne pytanie gdzie te 3zł podział, które na zeszyt dla dziecka miał wydać, na co przepuścił łotr i pijak jeden niewdzięczny, gdzie przepił bo przecież piwo czuć już od progu, gdzie się bawił zamiast robić i czas z dziećmi spędzać. Ja też zwlekam, nie chcę już jechać dalej, czekam aż wrócą mi siły. Myślę, że może nie będzie padać, że może mi się uda, że może nie warto gonić tego deszczu bo a nuż go dogonię i co wtedy?
DSC_0955.JPG
Zastanawiam się jakby tu do tych siedzących obok zagadać, o co zapytać, jak zagaić rozmowę. Z ciszy niewiele się dowiem. No chyba żebym kontemplował, medytacji się oddał, odbył podróż do wnętrza siebie ale to strach przecież w takie miejsca się zapuszczać a poza tym nie o to tutaj chodzi. Zapytać bezpieczniej i ciekawiej. Panowie nie mają bowiem dresów ozdobionych paskami - sportowymi pagonami - a ja nie chcę pytać za kim są a raczej skąd wracają, gdzie idą, jak im się w tej wiosce żyje. Zdając sobie sprawę z tego wszystkiego, wiedząc że będę żałował straconej szansy mimo wszystko ją tracę, marnuję okazję do przytoczenia dialogu. Być może z nieśmiałości, być może ze zmęczenia, być może nie chcąc im przerywać ich chwili spokoju, być może dlatego, że wciąż jestem dla nich niewidzialny, nieistniejący, jak element, którego tam być nie powinno i który zaraz zniknie, wystarczy poczekać. Być może to wszystko to są tylko nędzne wymówki nędznego podróżnika, przez którego, miast ciekawości, wygoda, strach czy umysłowa oporność przemawia. Patrzę więc rozczarowany sobą samym na te kałuże, tak jak i oni patrzą (choć nie wiadomo w jakim stanie ducha) i widzę rozbijające się o powierzchnie pierwsze krople. Najpierw jedna, chwilę potem druga i trzecia. Każda kolejna jakby trochę bardziej spieszna. Czas jechać. Nie wiem jak daleko jest do kolejnej miejscowości, w której ewentualnie można przeczekać deszcz. Wiem jednak na pewno, że nie mogę tu zostać dłużej. Moja niewidzialność, tymczasowe nieistnienie, wraz z nadejściem tej chmury ołowianej, tego deszczu, który już zaczyna padać i który uwięzić mnie chce w tym miejscu, mogłyby przyjąć stan permanentny. Każdy fan serialu Twilight Zone zgodzi się z moimi obawami.
Ruszam powoli. Staję na pedałach. Znów jest pod górkę. Za tą górką jednak, kawałek dalej - o niespodzianko wyczekiwana! - zjazd w dół. Ulga. Ratunek. Zmieniam uchwyt na kierownicy, przyjmuję pozycję aerodynamiczną, pedałuję mocniej. Pojedyncze krople, rozbijające się o ręce, o twarz, o nogi intensyfikują swe uderzenia. Początkowo wiążę to z narastającą mą prędkością. Chwile później przestaję się sam oszukiwać. Leje jak z cebra. Obserwuję kolejne mokre plamy na spodniach, które rozszerzają swój zasięg, rozlewają się po nogawkach. Czterdzieści, czterdzieści pięć kilometrów na godzinę. Widzę coraz mniej. Woda zalewa mi oczy, samochody ochlapują mnie z każdej strony. Przestałem już dawno zwracać uwagę na kałuże. Martwię się, że nikt mnie w tej chlapie nie widzi, że z zepsutą tylną lampką jestem niewidoczny w tej mokrej szarudze. Jadę więc szybciej by nie być tak gwałtownie mijanym. Pocieszam się informacją, że wbrew logice, rowerzyści bez kasków rzadziej giną, że kierowcy widząc sportowo ubranego rowerzystę mają go za profesjonalistę, którego można minąć w odległości kilku centymetrów z dowolnej strony, którego można szturchnąć zderzakiem, którego można popchnąć lusterkiem. Takich jak ja omijają szerokim łukiem. Zjeżdżam na dół, mijam zakręt, dojeżdżam do miejscowości Narol. Kolejna fascynująca mnie nazwa. Jest tu rynek, są arkady, jest gdzie się schować:
DSC_0957.JPG
Jestem przemoczony i dygoczę z zimna.
DSC_0956.JPG
Google pokazuje, że jest 17 stopni ale wydaję mi się, że dużo mniej. Jeszcze dwie godziny wcześniej było 33. Nie mogę uwierzyć w tą zmianę. Plecak mam przemoczony a wraz z nim większość jego zawartości. Gdy deszcz trochę słabnie zaczynam rozglądać się za ratunkiem, wypatruję sklepu z jakąś suchą odzieżą. Na rynku czynny jest tylko jeden ale wygląda na duży i dobrze zaopatrzony. Czuję się natchniony nadzieją. Na pewno znajdę tutaj coś, czym będę mógł się ogrzać. Rzeczywiście. Już przedsionek zajmują znicze a kolejna sala pełna jest alkoholu. Gdybym nie musiał jechać dalej na rowerze to wyposażony w ten sposób na pewno spędziłbym kilka miłych chwil. Rozglądam się jednak za działem tekstylnym. Na próżno. Nie widząc nigdzie kurtek, swetrów ani nawet podkoszulków pytam sprzedawczynię, czy znajdę gdzieś, na którejś z tych pełnych od towarów półek, chociaż parę skarpet, byle kalesonów czy jakichkolwiek majtek. W desperacji, w jakiej się znalazłem, nie precyzuję nawet czy męskich czy damskich. Jestem gotów na poświęcenia.
- Niestety nic takiego nie mamy. W trzeciej sali są tylko kremy i szampony.
- Eh...a wie pani może, czy jest tu jakieś inne miejsce, gdzie można się jakoś ubrać? Nie będę wybrzydzać.
- Po drugiej stronie rynku jest sklep z używaną odzieżą ale obawiam się, że o tej godzinie... - mówi spoglądając na zegarek
- ...jest już zamknięte - kończę zdanie za nią, sam dopowiadam sobie te smutne słowa.
Widziałem ten sklep już wcześniej. Szyld kolorowy ale okna ciemne. Ktoś wychodząc tego dnia, nawet o tym nie wiedząc, zgasił za sobą nadzieję.
- O tej godzinie już nie kupi pan tu niestety niczego. Chyba dopiero w Tomaszowie, może jakaś Biedronka, przykro mi.
- Nic nie szkodzi, co zrobić, dam sobie radę.

Wychodzę znów na deszcz. Jestem zrezygnowany. Patrzę na telefon. 15km do celu. 83m pod górę, 80 w dół.
- za 45min powinienem być u celu. Dam radę. Wydaję się, że od tej pory będzie już bardziej płasko - myślę sobie, ruszam w drogę, skręcam na Paary i Podlesiówkę i staję twarzą w twarz z najstromszym podjazdem do tej pory.

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 26 lis pn, 2018 10:18 pm

Ocieram dłonią wodę z czoła i włosów, biorę głębszy oddech, jeden, drugi, staję na pedałach, mówię sobie, że dam radę. Po prawej stronie brzydki betonowy mur z prefabrykatów ustępuje w końcu miejsca ładniejszemu, z kamienia i żelaza, zza którego wyłania się restauracja. Po lewej dwór Łosiów herbu Dąbrowa, któremu nie mam jednak czasu ani siły się lepiej przyjrzeć. Widzę przelotnie tyle, ile chcą mi pokazać mur, drzewa, wzniesienie. Tyle ile odsłaniają, tu i ówdzie, przez wyłomy, ubytki w kamieniu, tam gdzie mniej gałęzi, gdzie krzak nie zarósł, tam gdzie zbocze niższe, szarych ścian kawałek i czerwonych dachów. Po mojej stronie, jakby ktoś zaciekawiony stamtąd chciał wyglądać, a proszę państwa, proszę bardzo, zapraszam, barwy są podobne, szary asfalt, czerwony rower, czerwony ja, choć równie dobrze już siny, o tej porze, w tej temperaturze rozdygotany, mokrym podkoszulkiem oblepiony. Dziwie się sam sobie czasem, dziwię się i tym razem, że choć nie ma we mnie krzty wiary w religijnym tego słowa znaczeniu to jednak, w chwilach trudu i zmęczenia, przypomina mi się piosenka, którą ktoś, kiedyś, w innych czasach, w innym życiu prawie, wyświetlił na ekranie i w tłumie nakazał śpiewać. Pan jest mocą swojego ludu, pieśnią moją jest pan.

- "Pan Panu, Pan wie za co" - napisał kiedyś hrabia Łoś na kaplicy ufundowanej w Narolu.

Znów naciskam mocniej, znów rower przyspiesza. Wjeżdżam na górę, gdzie odkrywam, że deszcz już nie pada, że to tylko wiatr krople z liści zrzucał mi na głowę, szumiąc w uszach, przewiewając mokre ubrania. Robi się płasko, widzę las, widzę pola, widzę jak chmury jakby mniej ciemne się stają. Moja tarcza i moja moc - uśmiecham się sam do siebie, że wciąż mam w głowie tą melodię. Nieskończona ilość wszechświatów, każdy losowy, Big Bang i niektóre się rozpadają, inne trwają chwile dłużej, w innych hel łączy się z wodorem, powstają gwiazdy, bum bum węgiel, potem planety, miliony planet, układów, znów wszystko losowe i w jednym przynajmniej, jednym z milionów, przez czysty przypadek goldilock, ekosfera, orbita o ekscentryczności bliskiej zeru, i my, i ja jadę przez tą drogę polno-leśną i mogę się zachwycać. Piękno, które nie istnieje nigdzie poza umysłem osoby obserwującej, jest względne, osobiste, jest teraz w mej głowie. Jadę coraz szybciej. Nie ma później, nie ma potem, jest tylko teraz. Tylko teraz jesteśmy, tylko teraz możemy coś zrobić, tylko teraz możemy wstać z kanapy, tylko w ten sposób ma to wszystko jakiś sens.
DSC_0958.JPG
DSC_0959.JPG
...Nie jestem sam i moja siła... Z pola po lewej stronie wbiega na drogę zając, szarak zwyczajny a ja widzę jego biały zadek i długie nogi coraz dalej przede mną. Przyspieszam, zapomniałem, że jestem zmęczony. Czterdzieści, czterdzieści pięć kilometrów na godzinę, szosa zaczyna opadać w dół, wjeżdżam do lasu, pięćdziesiąt, pięćdziesiąt dwa, nie mam szans dogonić zająca, niesamowicie jest szybki. Biegnie przede mną jakby czerpiąc satysfakcję z własnych możliwości, upaja się prędkością, dzieli ze mną radość chwili. Nie spogląda do tyłu ale wie, że jestem za nim i wie, że go nie dogonię. W końcu, gdy już jest pewny, że i ja to wiem, że muszę uznać jego wyższość, zwalnia, staje na poboczu, patrzy na mnie ukradkiem i wbiega między drzewa, znikając mi z oczu a ja jadę dalej pustą drogą. Nikt mnie nie mija, nikogo nie widać. Zostałem ja i las dookoła.
DSC_0961.JPG
Czuję znów lekkość w nogach, wiatr suszy mi nieco ubrania, robi się cieplej. Myślę sobie, że teraz dojadę już bez trudu, że kilometry szybko będą znikały, że już niebawem dotrę do celu.

Przekonany o tym, że już nic mnie tego dnia nie może zaskoczyć wjechałem do wsi Podlesina. Tam skończył mi się pod kołami asfalt.
DSC_0966.JPG
Ostatnio zmieniony 10 gru pn, 2018 9:25 pm przez Fox, łącznie zmieniany 1 raz.

Struna
Junior
Posty: 115
Rejestracja: 30 wrz pt, 2011 12:59 pm
Posiadany PUG: 205 1.9 D
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków/Skawina
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Struna » 29 lis czw, 2018 11:53 am

Tak z ciekawości - Ty tam w ogóle dojechałeś, daleko jeszcze ? ;)
www.GCS TUNING.pl
ChipTuning, FAP/DPF, Hamownia, Strojenie LPG na AFR

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 29 lis czw, 2018 7:54 pm

Struna pisze:Tak z ciekawości - Ty tam w ogóle dojechałeś, daleko jeszcze ? ;)
W następnym odcinku: Fox przebywa cało i szczęśliwie ostatni fragment trasy do Tomaszowa, gdzie dociera już po zachodzie słońca. Na miejscu czeka na niego samochód ale poza tym niewiele się zgadza z oczekiwaniami. Spodziewana ulga okazuje się chwilowa:)

Emisja odcinka najwcześniej za tydzień:(

Ta relacja nie ma na celu szybko się skończyć. Motywy jej napisania są bardzo skomplikowane i sam jeszcze chyba nie doszedłem do tego jakie:)

Struna
Junior
Posty: 115
Rejestracja: 30 wrz pt, 2011 12:59 pm
Posiadany PUG: 205 1.9 D
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków/Skawina
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Struna » 29 lis czw, 2018 11:02 pm

Ja nie pośpieszam - bynajmniej.
Ale tak odrobinkę mnie jednak korci kwestia tej "terenówki" :)
www.GCS TUNING.pl
ChipTuning, FAP/DPF, Hamownia, Strojenie LPG na AFR

Awatar użytkownika
bananowiec
Uzalezniony
Posty: 791
Rejestracja: 02 kwie śr, 2008 10:36 pm
Posiadany PUG: 205 CTI TURBOGNÓJ , 205 1.8 dturbo forever
Numer Gadu-gadu: 4940298
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: bananowiec » 03 gru pn, 2018 7:07 pm

Oj, chyba długo będziemy czekać na zakończenie tej opowieści, choć muszę przyznać, że na forum zaglądam głównie żeby sprawdzić czy nie napisałeś dalszej części :Y Super się to czyta, a na dalszą część historii czeka się jak na kolejny odcinek ulubionego serialu :? :Y

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 10 gru pn, 2018 11:39 pm

Patrzę przed siebie ale jakby z niedowierzaniem, z trudem próbuję zrozumieć widok przede mną się rozpościerający. Asfalt skończony, szutrem zastąpiony, piachem z dziurami zakisłym jabłkiem wypełnionymi jest mi drogą i przeszkodą zarazem. Cisza. Pies nie szczeka, żywej duszy nie widać, flauta i tylko serce bije, kropla potu ścieka po czole, mokrą smugę po sobie zostawiając, drogę torując kolejnej. Ocieram ją dłonią, szlak ten zacieram, rozglądam się i głowię, i w głowę zachodzę, jak to jest, że Google taką trasę mi nakreślił. Sprawdzam czy przypadkiem pieszego szlaku nie wybrałem ale nie, nic z tych rzeczy, kolarzówka niebieskim kółkiem jest zaznaczona.

- Że też przez myśl mi nie przeszło - myślę zaskoczony i zdurniały - że rower równie dobrze górskie może mieć znaczenie.

Jest tu jednak tak, jakby ktoś z góry przewidział, sprawę sobie zdawał, że ktoś inny, zaskoczony, w tym miejscu się zatrzyma i tak jak Frank Drebin w Nagiej broni, na wzgórzu za miastem, gdzie skończył się chodnik pod jego stopami, gdy snując hipotezy na temat tego, kto i czemu na życie Nordberga się zamachnął, rozglądnie się w końcu i zada sobie to podstawowe pytanie:

- "Where the hell am I?"

Ustawiono tu bowiem tablicę, na którą zaraz po dojściu do siebie wzrok pada automatycznie, której nie sposób przeoczyć, która jak dobry służący, choć nie nachalna to usłużna, wtedy gdy trzeba się tylko pojawia.
DSC_0963.JPG
- Tu jesteś - mówi do Ciebie niemym czerwonej kropki i strzałki sposobem - i jest tak jak myślisz, że w każdą ze stron asfalt się kończy, gruba kreska w linię cieniutką przechodzi. Również ta droga na prawo - tak, ta nowa, którą widzisz koło kościoła, która kusi i lekką jazdę obiecywać się zdaje, też krótkim jest tworem i za zakrętem znika.
DSC_0967.JPG
Ruszam powoli w stronę Rabinówki. Omijam kałuże i wystające kamienie, jadę ostrożnie by nie przebić koła, które lekko zapada się w piasku ale wciąż toczy do przodu, sparciałą gumę ścierając. Gdzieś niedaleko zaczyna szczekać pies. Nie mam przeważnie nic przeciwko tym zwierzętom. Co prawda ilość krów, świń, kotów czy innych niewinnych stworzeń, które trzeba zmielić na karmę, by je wszystkie wykarmić jest przeogromna ale niektóre są miękkie, przyjazne i można je lubić. Dopóki nie szczekają. Wtedy czuję niepokój. Gdy szczekają i biegną, czuję lęk. Gdy biegną w moją stronę - jestem przerażony. Tak się właśnie poczułem odkrywając, że szczekanie dobiega zza moich pleców a średniej wielkości psisko zmierza w moim kierunku.
- Cała ta moja droga jest jak choroba dwubiegunowa - myślę sobie pędząc po szutrze, zostawiając w tyle rozwagę oraz psisko - chwile euforii, gdy zapominam o zmęczeniu i gnam przed siebie, jak w amoku, jak w manii przeplatają się z postojami, zwątpieniem czy zadumą. Jak życie całe, którego być może ta trasa jest metaforą i gdzie pewne jest tylko to, że zmysły tracę, w obłęd wpadam, bajdurzę i majaczę.
Dojeżdżam do lasu, patrzę za siebie, nie widzę psa, nie widzę wsi, wszystko za sobą zostawiłem. Las dookoła jest ciemny i wciąż ciemnieje. Brązowe pnie drzew a między nimi coraz czarniejsze tło, kępami krzaków poprzeplatane. Staram się nie myśleć, czy coś tam nie łazi, nie grasuje, zdobyczy nie szuka, świecącymi ślepiami nie wodzi. Jadę wpatrzony przed siebie, pod górkę łagodną choć kamienistą, skręcam w lewo, gdzie las się powoli przerzedza i nagle chmury znikają, słońce się pojawia i pomarańczowym blaskiem rozpędza mrok, cienie oddala.
DSC_0970.JPG
DSC_0972.JPG
Znów jestem zaskoczony. Jak te słoneczniki, które tutaj w tej nagłej mroku w jasność przemianie, zdezorientowane na wszystkie strony się rozglądają, jakby ktoś im coś powiedział, czego jeszcze zrozumieć nie mogą, w nowej rzeczywistości odnaleźć się muszą, nowego celu szukają tak i ja się rozglądam, tajemnicy szukam i widzę, że droga na powrót równa się stała a obok lwy, brama pokaźna i ceglane słupy
DSC_0968.JPG
które jednak zastanawiają, dziwują, nie strzegą bowiem niczego, za których plecami człowiek na próżno dworu szuka, zamku wygląda, powodu ich istnienia wypatruje. Puste jest to królestwo za majestatyczną fasadą, za wystawną bramą nic na nikogo nie czeka. Wydmuszka, atrapa, ugór, nicość ale jeszcze nie teraz. Po mojej stronie łąka, trawa, las i droga i jadę dalej i pola i powiązane w rolki źdźbła zboża, zastygłe a zarazem jakby w ruchu wyglądające, jakby ktoś je z górki stoczył, dla zabawy popchnął w dół stoku, patrząc który najdalej zajedzie, który najniżej się stoczy
DSC_0973.JPG
a na samym dole ja, gdzie miejsce dla padliny ktoś przygotował, nietykalność obiecał, już ogrodzone i tabliczką opisane. Nic tylko się wczołgać, położyć, oczy zamknąć, w nicości pogrążyć.
DSC_0976.JPG
Ale to jeszcze nie teraz. Dziękuję za propozycję, doceniam starania, chętnie ale nie tym razem, jadę dalej bo to już prawie za rogiem, cel mi przyświeca doczesny i przyziemny
DSC_0978.JPG
Zjeżdżam w dół, żegnam słońce, które chowa się za górą, za lasem, za horyzontem, wjeżdżam między domy, z każdym skrzyżowaniem widzę więcej samochodów, ludzi, życia. Skręcam na Zamość, przy pomniku w boczne zjeżdżam osiedle. Mija mnie policja a ja jeszcze lewy i prawy skręt wykonuję i po kostce bauma ostatnie metry przemierzam i jest, i stoi, zielony i z tyłu podniesiony a ja się zastanawiam, czy tak to sobie wyobrażałem, czy tego właśnie szukałem czy tutaj właśnie jechałem i jeśli tak to co teraz?
DSC_0979.JPG

Awatar użytkownika
RafGentry
Moderator
Posty: 8226
Rejestracja: 06 cze śr, 2007 8:40 pm
Posiadany PUG: GTI Griffe, GTI LeMans, GTI, CTI, XRD, XS, SRD...
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: RafGentry » 12 gru śr, 2018 3:37 pm

Narracja niczym u Koterskiego. Fox eksperymentuje z konwencją, ale wolałem tę wcześniejszą :)

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 12 gru śr, 2018 5:22 pm

Mysle, ze wszyscy woleliby tamten poprzedni styl. Uli tez sie ten nie podoba. Mowi ze jest poetycki. Jestem tego swiadomy i robie to z premedytacja:-) Poza tym ta rowerowa czesc podrozy byla inna niz pozostale wiec wyjatkowo chcialem nadac jej inny charakter. Teraz czas na powrot do rzeczywistosci i realne problemy wiec i styl kolejnego odcinka bedzie na pewno inny. Nie wiem natomiast kiedy uda mi sie go napisac. Sprobuje przed koncem roku.

Awatar użytkownika
andi_kamachi
Uzalezniony
Posty: 576
Rejestracja: 28 kwie czw, 2011 1:58 pm
Posiadany PUG: 205 1,4 Roland Garros, 205 1,8DT
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Warszawa (praca i mieszkanie), Trzcianka k. Wilgi (stąd pochodzę)
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: andi_kamachi » 13 gru czw, 2018 10:35 pm

RafGentry pisze:Narracja niczym u Koterskiego. Fox eksperymentuje z konwencją, ale wolałem tę wcześniejszą :)
:Y

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 15 gru sob, 2018 10:49 pm

andi_kamachi pisze:
RafGentry pisze:Narracja niczym u Koterskiego. Fox eksperymentuje z konwencją, ale wolałem tę wcześniejszą :)
:Y
Mówicie-macie. Kończę eksperymenty i próbuję wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu. Oto więc jak potoczyła się ta historia w tym jednym ze wszystkich alternatywnych wszechświatów, w którym Fox przestał majaczyć:)

Opierając rower o ogrodzenie i obchodząc dookoła samochód zaparkowany przed bramą, uzmysławiam sobie że wciąż jestem mokry. Zachodzące słońce oraz wiatr poprawiły nieco sytuację i nie ociekam już wodą ale koszulkę mam wciąż przylepioną do brzucha a zimno sprawia, że gdybym był tak odzianą kobietą, pewnie znalazłby się jakiś robotnik, który gwizdnąłby za mną z rusztowania. Wzdrygam się i zaglądam przez uchylone okno do wnętrza terenówki. Jest czysto, siedzenia nie są potargane a z popielniczki nie wysypują się pety. Ostatni fakt wnioskuję tylko pośrednio. Nie widzę bowiem nigdzie popielniczki. Po zapalniczce też została tylko metalowa wnęka. Być może właściciel siedzi teraz za domem, z jednym i drugim w rękach, pali ostatniego papierosa i wspomina chwile spędzone ze swoim samochodem. Tak przynajmniej wyobrażam sobie sytuację "Niemiec płakał gdy sprzedawał". Spróbuję to ustalić niebawem. Wysunięty do góry rygiel zdradza, że drzwi nie są zamknięte. Nie ośmielam się jednak ich otworzyć. Do chwili przedstawienia się jestem tu tylko postronną osobą a przecież, jeśli chodzi o wymyślanie pułapek, ludzkość od wieków miała do tego predyspozycje i bezgraniczną fantazję.

Odwracam się więc i dzwonie domofonem. Nic się nie dzieje, nikt się nie odzywa. Rzucam okiem na okno. Firanki wiszą nieruchome. Żadna nie zdradza by za nią stał ktoś, kto patrzy. Żadna nie jest odchylana i żadna nie drga, wprawiana w ruch oddechem osoby stojącej tuż za nią. Jeśli tam ktoś jest to zapewne ma na sobie akwalung albo chociaż maskę do pływania z rurką. Zaglądam przez ogrodzenie na podjazd. Trawnik nie jest skoszony a rabatki zarastają chwastami. Gdzieniegdzie da się jeszcze dostrzec resztki śladów dawnego zadbania ale wydaje się, że kwestią krótkiego czasu jest by i one zniknęły. Na płocie wisi tabliczka "zły pies". Cisza panująca w obejściu mówi mi jednak, że żadnego psa tam nie ma. Takie ostrzeżenia wiesza się chyba automatycznie, wysyłając w świat przesłanie, że nie jest się otwartym na sąsiadów, nowe znajomości, na nic. Domyślam się, że taka iluminacja, jak ta moja teraz, mogłaby figurować na liście ostatnich myśli przed śmiercią, zaraz obok "Przepraszam, chyba pobrudziłem panu dres" ale mimo to wchodzę do środka, prowadzę obok siebie rower, jestem gotowy by się nim w razie czego osłaniać.

Ciężko powiedzieć z czego to wynika ale zaraz po wejściu mam uczucie, jakbym stał na progu opuszczonego domostwa. Ułożenie przedmiotów dookoła wydaje się być sztuczne, nienaturalne. Tak jakby ktoś ja tam odłożył nie dlatego, że ich tam wcześniej używał ale jakby tylko chciał, żeby nie leżały gdzieś indziej. Jak pokój dziecięcy, w którym nie było od dawna żadnego dziecka a zabawki usunął z podłogi ktoś, kto poproszony został, by raz na jakiś czas, podlać stojące na parapecie kaktusy. Rozglądam się jeszcze za psem, nie spodziewając się jednak zastać żadnego a już na pewno nie żywego. Jakiś generator makabry w mojej głowie podpowiada mi obraz szkieletu psa, przywiązanego łańcuchem do budy i leżącego obok zarośniętej trawą kosiarki. Odpędzam te myśli bo nie widzę nigdzie kosiarki. Opieram rower od ścianę domu, wychodzę po schodkach do góry. Z jednej strony spodziewam się niedziałającego dzwonka i pustych przestrzeni za drzwiami, z drugiej liczę, że wcale tak nie jest, że się mylę i że ktoś, kto mi otworzy, zaprosi mnie choć na chwilę do środka, zaoferuję herbatę, posadzi przy kaloryferze. Pokonując ostatnie kilometry na rowerze wyobrażałem sobie ciepło, kominek i parujący kubek ciepłego napoju. Wciąż myślałem o tym wtedy, na tych schodach, gdy szedłem zmarznięty do góry i gdy przede mną otworzyły się drzwi a domownik wypowiadał pierwsze słowa:

- O, jest pan wreszcie. Już się o pana martwiłem. Tak długo pan nie przyjeżdżał. To co? Chodźmy obejrzeć samochód bo już późno. Wezmę tylko kluczyki.

Wiatr zdmuchnął ogień w kominku, kubek wypadł z rąk roztrzaskując się w miliony kawałków się a ciepły napój, rozchlapując się po podłodze, momentalnie zamarzł. Tak to widziałem w swojej głowie.

Zeszliśmy na dół.

- Strasznie długo pan jechał. Spodziewałem się pana przynajmniej godzinę temu. Właściwie to nawet myślałem, żeby do pana dzwonić ale ostatecznie pomyślałem, że na rowerze i tak pan nie odbierze telefonu.
- No tak, jakby mi się coś stało poważnego to tym bardziej. Okropna ulewa mnie dopadła w Narolu. Jak pan widzi, wciąż jestem mokry. Wyjątkowo zimno tu macie. W Krakowie, gdy wyjeżdżałem, były 33 stopnie.

Konwersując doszliśmy do samochodu. Ja zacząłem rytuał oglądania wszystkiego po kolei, właściwie nie wiedząc czego szukam. Nie mam bladego pojęcia na co zwraca się uwagę kupując samochód terenowy. Zacząłem więc od wsadzenia głowy pomiędzy tylne koło oraz błotnik i stwierdzenia, że nic nie widzę, bo jest już ciemno. Wyciągnąłem więc z kieszeni komórkę, włączyłem latarkę, zaświeciłem i pytam, tak jak podpowiedział mi przeczytany przelotnie poradnik:

- Rama zdrowa?

W dzisiejszych czasach nie wypada przyznawać się do niewiedzy. Ignorancja jest powszechna a mimo to każdy odgrywa swoją rolę specjalisty. Mamy boom na informatyków, zapotrzebowanie na budowlańców wydaje się nie mieć granic i właściwie każdy może robić wszystko. Wystarczy oglądnąć filmik na youtube i przedstawić się jako "ekipa" by zaczynać robotę od zaraz. Wszystko jest świetne, nie ma wad i będzie pan zadowolony

- Zdrowa, niech pan zobaczy, nie widać rdzy

Rzeczywiście, ludzkie oko nie jest w stanie dojrzeć tego, co kryje się pod grubą warstwą papy. Tu muszę mu przyznać rację. Być może sam się znów oszukuję ale ta rama nie wygląda wcale źle, chociaż nie udaje mi się dostrzec nigdzie jej numeru. Nie wiem jednak gdzie i czy na pewno powinien tam być. Mógłbym go zapytać ale przecież mógłby mi odpowiedzieć cokolwiek i nie miałbym wyjścia tylko mu uwierzyć.

- Malował pan ten samochód czy to oryginalny lakier? - pytam zauważając kilka miejsc, w których ktoś popryskał sprayem rdzę toczącą karoserię w kilku miejscach
- Z tego, co mi wiadomo to wszystko jest oryginalne.

Otwieram drzwi kierowcy. W ogłoszeniu ta część drzwi była uwieczniona na zdjęciu, chociaż tak ją wykadrowano by widoczny był tylko przełącznik elektrycznych szyb. Wyglądało to całkiem ładnie. Teraz sam przełącznik wygląda równie świetnie choć pozostała część obicia odłazi od drzwi i pomazana jest częściowo klejem. Tektura pod spodem jest porwana. Widać, że ktoś próbował to przyczepić na tysiąc sposobów, z których żaden nie zadziałał.

- Tutaj brakuje tylko jakiejś spinki albo dwóch i będzie jak nowe. Niech pan zobaczy w jakim ładnym stanie jest ten materiał.

- No tak, drugie drzwi wyglądają nieźle. Zeskakuję z fotela. Idę na tył samochodu. Tylne drzwi są wyjątkowo ciężkie. Podejrzewam, że głównie przez wiszące tam koło zapasowe. Zawiasy nie są jednak poluzowane a drzwi otwierają się gładko. Z tyłu nie ma oryginalnej kanapy ani pasów bezpieczeństwa. Jest za to ławka z przylepionymi do niej dwoma poduszkami, takimi jakie kładzie się czasem na krzesłach ogrodowych.
- Ten samochód przechodzi przegląd rejestracyjny? - pytam pamiętając jak Szyba opowiadał mi o niemożliwości przejścia przeglądu przez malucha ze zdemontowaną kanapą z tyłu.
- Bez problemu
- Ma pan gdzieś oryginalna kanapę i pasy?
- Nie
- Podsufitka odpada
- To jest łącznie dwóch jej części, bez problemu to pan podklei
- Pewnie tak - odpowiadam zapamiętując, żeby nie próbować tutaj żadnego kleju.

Trzaskam klapą, oglądam jeszcze samochód dookoła, spoglądając na niego raz z bliższa, raz z trochę dalsza. Zamyślam się. Ten samochód jest tak różny od wszystkiego, czym jeździłem do tej pory, że muszę zasymilować dopiero możliwość, że być może niedługo będzie mój.

- Mówię panu, nie do uwierzenia jest to jak ludzi wybrzydzają, jak przyczepiają się do byle czego oglądając ten samochód - mówi przerywając moje milczenie a ja nie wiem czy próbuje mnie przekonać, że nie ma do czego się przyczepić, czy ostrzega, że jak coś powiem to dostanę w pysk - ostatnio było tu takich dwóch z miernikiem grubości lakieru. To jest 28 letnie auto. Wiadomo, że swoje przeżyło. To w końcu samochód terenowy.
- Topił go pan? - podchwytuję temat
- Nigdy
- Był katowany w terenie?
- Ani razu. Właściwie to nim nie jeździłem za wiele. Czasem nad staw, na ryby. Nic poza tym.
- No to może przejedziemy się?
- Jasne, proszę bardzo, niech pan wsiada - mówi wręczając mi kluczyki
- A może mnie pan przewieźć? Przy okazji mi pan objaśni co tutaj co przełącza.
- Nie ma sprawy.

Przekręca kluczyk. Silnik odpala na dotyk. Stary diesel budzi się do życia. Kiedyś nie lubiłem diesli, teraz zaczynam szanować te stare, klekoczące, z szumiącą turbiną. Ten chodzi równiusieńko a w kabinie nie jest głośno. Wyjeżdżamy na szerszą ulicę. Turbina zaczyna się raźniej kręcić. Auto pomimo tylko 95 koni mechanicznych oraz swoich 1700 kilogramów wydaje się być całkiem żwawe. Wlot powietrza na masce jest przepiękny. Siedzi się niesamowicie wysoko. Widzę dachy zaparkowanych przy ulicy samochodów.

- Wciąż ma wigor - mówi kierowca, zmieniając bieg na wyższy i przyspieszając.

Jedziemy przez wschodnią część Tomaszowa, co rusz skręcając gdzieś czy nawracając
- Długo pan ma ten samochód? - pytam
- Od stycznia. Kupiłem go od takiego dziadka, który mieszka w okolicy. Kilka lat go namawiałem, żeby sprzedał i zawsze odmawiał a auto stało w stodole i się marnowało. Wiele lat już nim nie jeździł a sprzedać nie chciał.

Nie wiem czy pytać, czy dziadek w końcu dostał demencji i podpisał umowę sprzedaży myśląc, że podpisuje stan licznika elektrycznego czy po prostu umarł a ktoś podpisał się za niego z datą dnia poprzedniego.

- Czemu pan go chce więc tak szybko sprzedać?
- Brat wyjechał do Anglii i chce mnie ściągnąć tam do pracy na tirach. Mówi, żebym robił prawo jazdy i przyjeżdżał bo robota czeka. Półtora tysiąca a nawet dwa funtów miesięcznie można zarobić. Na co mi więc ten samochód? Pan jest fanem off-road'u? - zmienia szybko temat
- Ani trochę. Właściwie to chyba teraz pierwszy raz siedzę w terenówce. Raczej myślę, żeby zrobić z niego fajnego klasyka.
- Właśnie myślę nad tym, gdzie tutaj w okolicy jest jakiś kawałek terenu, żeby pokazać panu, że wszystko w tym aucie działa....o - tam jest kawałek lasu, możemy tam spróbować się przejechać.
- Pan lubi off-road? - pytam zwrotnie, gdy on włącza najpierw napęd na 4 koła a potem demonstruję działanie reduktora.
- Też nie. Też szkoda mi tych samochodów. Tutaj możemy spróbować wjechać. Tutaj jest droga przez las.

Przyspieszamy, skręcamy w lewo, przeskakujemy przez jakiś krawężnik i rozpędzamy się do 60kmh. Robi się powoli ciemno a ja widzę przed sobą tylko szybko zbliżającą się ścianę lasu.
- Tam na pewno jest droga? - pytam nieśmiało widząc jak zarośnięte trawą koleiny giną w zaroślach, za którymi są już tylko drzewa
- Na pewno, jechałem tędy niedawno - mówi bez wahania aczkolwiek wydaje mi się wyczuwać jakaś wkradającą się powoli do jego świadomości nutkę niepewności.

Wpadamy do lasu. Krzaki, szorują o podwozie, gałęzie tłuką w przednią szybę. Z trudem przezwyciężam naturalny odruch, żeby zakryć twarz rękami, skulić się i posikać. Światła oświetlają tylko liście gałęzi łamiących się o maskę. To, co wali o szybę jest już niewidoczne. Zrobiło się bowiem prawie zupełnie ciemno. Nie odzywam się, mając jednak nadzieję, że to nie jest trasa, którą wracają do domu grzybiarze.

- To na pewno dobra droga? Nie wygląda na uczęszczaną - wyduszam z siebie w końcu, spoglądając na niego, podskakującego na sprężynującym fotelu, wpatrzonego przed siebie. Próbuję odczytać z jego twarzy jakieś emocje.
- Te krzaki strasznie szybko rosną i dlatego to tak wygląda ale zobaczy pan, że to normalna droga.

W tym momencie gałęzie trochę się przedzierają. Niewiele ale wystarczająco abyśmy obaj zobaczyli, w snopach światła, zwalone na drogę drzewo. Hamujemy.

- Niewiele brakowało.

Nie wiem, który z nas wypowiada te słowa ale jestem pewny, że ten, który tego nie powiedział, dokładnie tak samo pomyślał.

Ja ocieram pot z czoła, on próbuje ukryć konsternacje. Drzewo wygląda bowiem tak, jakby leżało tam od dawna.
- Może wystarczy tego terenu. Jak pan widzi wszystko działa. To wspaniały samochód.

Wrzuca wsteczny i teraz wszystkie gałęzie, które nie połamały się chwilę wcześniej, tłuką o tylną szybę. Nie mam pojęcia jak on stamtąd wycofał bo światła cofania nie działały i tylko czerwony blask tych od hamowania rozjaśniał co jakiś czas ciemność lasu. Po jednym rzucie oka wstecz wolałem patrzeć już tylko do przodu. Czasem lepiej nie zastanawiać się, czy ktoś w międzyczasie nie wyszedł przypadkiem na drogę celem sprawdzenia co to za meteoryt wpadł do lasu.

Wróciliśmy pod dom. On przekręcił kluczyk i otworzył schowek, z którego wyjął gruby plik papierów.

- Zdecydował się pan czy potrzebuje jeszcze chwilę?
- Co to za papiery? - pytam, wyciągając cały ich plik z foliowej koszulki - czemu jest ich tak dużo i kim jest ta osoba, na którą zarejestrowany jest ten samochód?
Ostatnio zmieniony 04 sty pt, 2019 8:52 pm przez Fox, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ