O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Drugie auto w rodzinie ? Zaprezenuj je tutaj. Projekty i prezentacje nie związane z 205.
Awatar użytkownika
pawel
Maniak
Posty: 1439
Rejestracja: 06 lis czw, 2003 11:16 pm
Posiadany PUG: 1.9 GTI
Lokalizacja: Włocławek

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: pawel » 17 gru pn, 2018 9:24 am

Za dużo pytań za mało odpowiedzi, napięcie rośnie. Czekam na cd...
P205

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 04 sty pt, 2019 10:19 pm

- Już panu wszystko wytłumaczę - mówi spokojnym głosem odbierając ode mnie plik dokumentów a ja patrzę jak spomiędzy nich wypada aluminiowy widelec. Wrzucam go do schowka, gdzie ląduje obok pojedynczego papierosa i spoglądam na pierwszy papier - to są zupełnie normalne dokumenty, niech pan spojrzy - kontynuuje wyginając papier tak aby lepiej był widoczny w świetle latarni - tutaj są cztery kolejne umowy kupna sprzedaży.
- Która z tych osób to dziadek? - pytam lekko podirytowany takim obrotem sytuacji
- Ta z pierwszej umowy
- Mówił pan, że sam namówił dziadka na sprzedaż
- No tak ale on jednak wolał to auto oddać do komisu
- Na tej umowie nie widzę komisu. Wygląda tak, jakby auto sprzedał jakiejś pani
- No tak, ona ale go oddała do komisu
- Ta osoba z tej czwartej umowy to już pan?
- Zgadza się
- A ten ostatni kwit? - pytam rozwijając kartkę z napisem "zaświadczenie" i dużą ilością pieczątek
- To zaświadczenie, że karta pojazdu zginęła
- Czyli ten samochód nie ma karty pojazdu?
- Nie ma ale to nic. Z tym zaświadczeniem na pewno wydadzą panu nową.
- Kto zgubił tą kartę? pan?
- Nie, dziadek.
- Wie pan może czemu sam nie wyrobił nowej?
- Zgłosił zgubienie w momencie sprzedaży samochodu. Nie było na to czasu.

W tym momencie byłem już praktycznie pewny, że dziadek został zgładzony zaraz po podpisaniu jakiegoś podsuniętego podstępem dokumentu. Książki pojazdu nie chciał oddać albo nie pamiętał gdzie schował więc podpisał kwit, że zgubił. W głowie miałem obraz lasu, wykopanej dziury w ziemi, wbitej obok łopaty. Strzał, głuchy dźwięk wpadającego do rowu ciała, chrobot łopaty o kamienie, odpalanie diesel'a i powolne oddalenie się samochodu z miejsca zbrodni. Potem już tylko szum drzew, śpiew wieczornych ptaków i zbliżenie na rosnące na krzaczkach poziomki. Listki drgają na wietrze.

- Nie no - mówię coraz bardziej rozeźlony, wertując te wszystkie dokumenty raz po raz, obracając je w dłoniach - tak być nie może. Dzwoniłem do pana rano i pytałem czy jest jeszcze coś, co powinienem wiedzieć o tym samochodzie. Nie wydało się panu ani trochę stosowne poinformować o tym wszystkim?
- Zupełnie nie. Przecież to jak najbardziej normalna sytuacja.
- Czemu pan nie zarejestrował na siebie tego samochodu przez pół roku?
- Nie ma takiego obowiązku. Od dawna zresztą.
- Nie wiem co mam powiedzieć, brak mi słów
- Mówię panu, że tutaj wszystko jest w porządku. Kiedyś kupowałem samochód, który miał jedenaście umów po drodze i nikt go na siebie nie rejestrował.
- Nawet jeśli to tutaj zgubiono też kartę pojazdu. Ja nie wiem czy to zaświadczenie rzeczywiście wystarczy i czy w ogóle jest jeszcze ważne. Jakby nie patrzeć to auto kilka razy zmieniło właściciela i nikt się nie pofatygował by ją wyrobić. Mogę mieć chyba podejrzenia, że gdyby to było takie proste to ktoś by to zrobił. Jak się okaże, że czegoś brakuje i będę musiał wracać do ... - spoglądam na pieczątkę - Zamościa?
- Nigdzie nie będzie pan musiał wracać. Gwarantuję to panu.
- No widzi pan. Gdyby mi pan o tym wszystkim powiedział rano to ja bym na spokojnie zadzwonił albo podszedł do mojego urzędu i dowiedział się jak to jest. Teraz mamy piątek wieczór i do kogo ja mam zadzwonić?

W tym momencie podjeżdża jakieś Audi i parkuje za terenówką. Wychodzi jakiś facet, wita się z tym , z którym ja rozmawiam i zaprasza go na piwo
- Teraz nie mogę. Auto sprzedaje.
- Długo jeszcze? Mogę poczekać
- Kolega się przestraszył kilku umów kupna-sprzedaży
- Nie tyle umów co całej tej historii - wtrącam wypierając się tym samym roli mięczaka w całej tej farsie - Karta pojazdu zgubiona, umów cały plik, niewiele się tutaj kupy trzyma chociaż przyznać trzeba, że rama zdrowa.
- Pokaż te umowy - mówi biorąc od właściciela plik papierów, nad którym dywagowaliśmy
- Jak na moje oko wszystko się zgadza. Daty są po kolei, nazwiska chyba też. Nie ma się do czego przyczepić - dodaje jakby gratulując właścicielowi dobrze spreparowanych materiałów. Plik wręcza dla odmiany mi - Każdy urząd to łyknie.
- Muszę się zastanowić, coś przeczytać, do kogoś zadzwonić - mówię myśląc, czy może Szyba albo Gad mogą coś wiedzieć.

Dzwonię. Żaden nie odbiera. Przypominam sobie, że oboje są na wakacjach w Norwegii. Podejrzewam, że Szyba jest wkurzony, że cały dzień jeździ w deszczu po odludziu za transporterem Gada a Gad się zastanawia gdzie jeszcze pojechać, żeby znaleźć jakąś stację z gazem. Po trzeciej nieudanej próbie odpuszczam. Rozumiem, że mogą nie chcieć odebrać. Siadam na krawężniku i przeglądam portale tematyczne, gdzie pod artykułami ciągnie się długa wymiana mało składnych zdań pomiędzy internetowymi trollami.
Lektura mnie uspokaja. Ku mojemu zdziwieniu sytuacja rzeczywiście nie wydaje się być szczególnie nadzwyczajna. Pomijając oczywiście epizod z dziadkiem w lesie. Auto bez karty pojazdu zarejestrować się da. Zaświadczenie powinno wystarczyć. Jakiś pan przestrzega tylko, żeby wziąć pod uwagę, że karty pojazdu "gubi" się zazwyczaj by ukryć przeszłość samochodu. Wiadomo że ciężko sprzedać coś, co było kiedyś taksówką, karawanem, śmieciarką czy w rękach kierowcy BORu. Tutaj na pewno coś jest na rzeczy ale raczej nic z wyżej wymienionych. Zamyślony i wciąż strapiony słyszę jak kolega wciąż nagabuje na piwo tego drugiego. W końcu się żegnają i domniemany właściciel terenówki podchodzi do mnie

- Wciąż mnie wyciągają na piwo a ja już nie piję i wciąż im to powtarzam.
- Dobrze dla pana. To samo zło. Krzywda dla siebie i otoczenia. Pije się, zasypia i budzi pomalowanym pisakami albo owiniętym papierem jak mumia a koledzy robią fotki. Potem trzeba odbić sobie upokorzenie bijąc w domu żonę albo kopiąc chomika.
- Nie no, aż tak to nie ale też nie było dobrze. Miesiąc temu skończyłem odwyk. Wcześniej piłem tak, że jak nie piłem to się cały trząsłem. Przeokropna sprawa ten alkohol.
- Ciężko się nie zgodzić. Gratuluję decyzji i samozaparcia. Życzę wytrwałości w postanowieniu.

Zawsze mnie dziwiło, że w tym samym kraju, w którym można mieć sprawę w sądzie za wypalenie skręta i gdzie trzeba lat by zalegalizować leczniczą marihuanę, za przyzwoleniem społecznym można się tak upodlić alkoholem. Nie można zjeść legalnie holenderskiego ciasteczka a można zostać bohaterem wypijając butelkę wódki i rozbijając sobie głowę o podłogę. Gieroj! Swój chłop!

Kończę dygresję dalej nie wiedząc co robić.
- Przeszło mi przez myśl, żeby znaleźć tu jakiś nocleg w okolicy, jutro spróbować się czegoś dowiedzieć i jeszcze do pana wrócić - mówię zupełnie skołowany.
- No jak pan chce chociaż mówię panu, że nie ma się tutaj czego bać - dopowiada a ja się zastanawiam czy chodzi o same papiery czy to, co się w tym mieście dzieje gdy zapada zmrok - poza tym i tak pan tu chyba nie znajdzie łatwo noclegu. Późno już a Tomaszów to nie jest turystyczne miasto. Nie ma tu hosteli.

Jest trochę racji w tym, co mówi. Nie mam najmniejszej ochoty tu nocować. Czas coś zdecydować, podjąć męską decyzję. Raz kozie śmierć. Hop siup i na główkę.

- Dobra, zróbmy tak - mówię zdobywając się na stanowczość - dam panu za to auto sześć tysięcy . Te wszystkie papiery wydaja mi się podejrzane, nie znam się na tym, nie podoba mi się ta cała sytuacja i to, że wprowadził mnie pan w błąd. To było nieładne. Dobrze, że chociaż rama jest zdrowa.
- Ja za to auto zapłaciłem 7,5tys - mówi a mi wydaje się, że nagle staje się zdruzgotany - nie mogę na nim tyle stracić.
- Z tej umowy wynika, że zapłacił pan 3,5 - mówię wyciągając jeden z papierów z koszulki.
- Sam pan wie co się pisze na umowach. No ale nieważne. Raz jeszcze panu mówię, że te dokumenty są w porządku. Mam kolegę, którego wujek pracuje w urzędzie. On panu to wytłumaczy.
- Kolega czy wujek? - pytam jakby to miało jakieś znaczenie
- Kolega, wujka nie znam
- Dowolną osobę z ulicy może pan przecież zaprosić i powiedzieć, że to adwokat czy naczelnik urzędu. Ja tu i tak nikogo nie znam. Sześć i pół tysiąca to moje ostatnie słowo. Biorę w końcu na siebie ryzyko konieczności powrotu do Zamościa by prostować te papiery.
- Wszystko jest w porządku...naprawdę...
- Nie dam więcej. Podpisujemy?
- Podpisujemy.

Idziemy do domu, wchodzimy do kuchni, siadamy przy stole. Atmosfera nie jest radosna. Już wiem, że nie zostanę poczęstowany herbatą. Jestem pogodzony z tym, że tego dnia nie wyschnę. W domu panuje półmrok i jest chłodno. Świeci się tylko lampa nad stołem, przy którym siedzimy. Na stole cerata w kwadraty. Nagle odkrywam, że w domu ktoś jeszcze jest. Do zlewu podchodzi ten kumpel z Audi, który jak mi się wydawało, już pojechał na piwo. Nie mam bladego pojęcia co on tam robi i czy to rzeczywiście ta sama osoba. Myje kubek, podchodzi do lodówki, coś sobie nalewa. Czuje się u siebie. Nie mam pojęcia co się tam dzieje. Jeszcze raz przeglądam wszystkie umowy, sprawdzam daty i nazwiska. On podsuwa mi nową umowę kupna-sprzedaży. Dwa egzemplarze. Wzór z internetu wypełniony drukowanymi literami. Takie trochę baźgroły ale czytelne. Wypełniamy moje dane. On myli się kilka razy, zamazuje długopisem i poprawia obok.
- Niech pan może tu jakąś parafkę postawi bo inaczej to może nie przejść z tymi skreśleniami.
- Racja. Teraz chyba wszystko się zgadza. Niech pan spojrzy

Patrzę na dowód. Byłem pewny, że jest w moim wieku lub nieznacznie starszy a tutaj wychodzi, że sześć lat młodszy. Różnie się toczą ludzkie losy - myślę sobie. Podpisuję umowę, podsuwam jemu. Podczas gdy on składa swój podpis ja wyciągam z wewnętrznej kieszeni plecaka pieniądze, odliczając pięćset złotych z siedmiu tysięcy, które rano wypłaciłem z banku. Na szczęście nie są mokre. Lekko tylko wilgotne.

- Niech pan przeliczy czy wszystko się zgadza.
- Jest tyle ile powinno
- To co, podpisaliście? - pyta ten trzeci
- Podpisane, możemy wychodzić

Podaję mu rękę, którą on ściska. Wychodzimy na podwórko. On wręcza mi kluczyki. Ja ładuję rower na tył. Nie pomyślałem o tym zupełnie wcześnie ale niewiele brakowało by się on tam nie zmieścił. Po zgięciu koła wszedł po skosie i to tylko dlatego, że nie było tam kanapy. Uff. Trzaskam klapą, wdrapuję się na siedzenie kierowcy. Przekręcam kluczyk, auto odpala na dotyk. Włączam światła.

- Dojadę tym do domu? - pytam na odchodne
- Bez najmniejszego problemu. Polecam tylko zatankować na najbliższej stacji. Obstawiam, że na tą dalszą już pan może nie dojechać.

Ruszam. Światła oświetlają pogrążoną częściowo w mroku ulicę. Czuję w kościach, że ten dzień się jeszcze nie skończył.

Awatar użytkownika
wit007
Nowicjusz
Posty: 36
Rejestracja: 26 gru śr, 2018 9:13 pm
Posiadany PUG: 205 Roland Garros i 205 CJ
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Warszawa

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: wit007 » 05 sty sob, 2019 9:24 am

Naprawdę. Musisz pisać powieści :)

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 12 sty sob, 2019 1:55 pm

Jadę w stronę centrum, w górę, jedyną znaną mi drogą. Tą samą, którą dwie godziny wcześniej przemierzałem na rowerze. Ulice pogrążone są w półmroku. Zupełnie jednak innym niż ten, znany mi na co dzień, wielkomiejski, rozświetlany reflektorami samochodów, blaskiem neonów i witryn sklepowych. Tutaj niebo jest inne, jest czarne, prawdziwe, świecą na nim gwiazdy. Tu zamyka się sklepy a na firankach mieszkań wyświetlają się filmy na żywo z aktorami-cieniami odgrywającymi swoje własne życie wieczorową porą. W jednym ktoś akurat przechodzi, w innym się schyla a ja się zastanawiam czy w którymś dziś grają romans albo może Hitchcock'a i uda mi się przelotnie zobaczyć rękę z nożem czy stado ptaków, które atakuje, przed którym ktoś się zasłania. Dojeżdżam do skrzyżowania za parkiem, ciemnym o tej porze, opuszczonym. Nic się nie dzieje. Żyje się tak, aby dotrwać do wieczora, oglądnąć coś w telewizorze, odłożyć coś na jutro, na pojutrze, na nigdy. Niektórym się nie chce, innym nie wypada, inni nie wierzą, że się da, innym ktoś powiedział, że tak nie można. W większości okien wyświetli się więc ten sam film co wczoraj, ten sam seans grany od wielu lat. Klan, odcinek 3409. Gdzie szukać dziś superbohaterów? Czy istnieją już tylko na Instagramie? W tej alternatywnej rzeczywistości, tak luźno powiązanej z tym, co widzimy dookoła? A może Ci prawdziwi bohaterowie już zawsze będą się ukrywać i ratować świat po cichu? bez rozgłosu? Może dzisiejszy heroizm rozgrywa się gdzieś na tyłach domów, w wieszaniu prania, czytaniu dzieciom, byciu wesołym i pogodnym po 8 godzinach pracy i kilku dodatkowych domowych obowiązków gdy jeszcze wyrywa się dla siebie ostatnią godzinę, by zrobić coś twórczego?

Przede mną przejeżdża pojedynczy samochód. Widzę czerwone światła, widzę blade światełko oświetlające tablicę rejestracyjną. Tutaj można się przyjrzeć detalom. Tutaj wszystko dzieje się wolniej. Ma się czas na myśli. Skręcam w lewo, zostawiam za sobą projekcje firanko-graficzne, które się kończą i inne, które dopiero się zaczynają.

(Teraz ujęcie na mój odjeżdżający ze skrzyżowania samochód, kamera się oddala a tu, w jednym z oświetlonych okien, ktoś kogoś dusi, odciąga za kadr, za framugę okna wywleka a na dachu kobieta-kot, z księżycem w tle zmierza na pomoc... Michelle Pfeiffer, rok 1992...- taka myśl:) )

Dojeżdżam na stację benzynową. Niezwykłą. Dystrybutory wkomponowane są w ceglaną ścianę. Nad nimi sklepienia łukowe, okienka, wykusze, zdobienia.

- No zamek - myślę sobie patrząc na to wszystko - Brakuje tylko pochodni. Kogoś poniosła wyobraźnia. Fajna sprawa.

Wychodzę z samochodu. Jest mi zimno i pęcherz mi pęka. Chyba się przeziębił przez to wszystko. Tankuję krzyżując nogi i drepcząc w miejscu. Bak w tym samochodzie ma osiemdziesiąt litrów. W pewnym momencie jestem prawie pewny, że już nie dam rady. W trudnych chwilach potrafimy jednak sami siebie zaskoczyć. Siedemdziesiąt osiem litrów, pistolet w końcu odbija a spodnie mam wciąż mokre tylko od deszczu. Zakręcam wlew, zatrzaskuję klapkę, biegnę w górę schodów. W środku, obok półek z olejami i płynami do chłodnicy, jest także sala do tańczenia i stoliki z białymi obrusami. Niezwykły mariaż. Znajduję łazienkę, znajduję kasę, płacę za paliwo, kupuję puszkę coli na drogę a portier wręcza komuś klucz do pokoju. Brelok dynda z numerem. Wychodzę znów w noc.
DSC_0980.JPG
Siadam na schodkach, otwieram puszkę, która robi pssst a z tyłu, w lokalu, ktoś puszcza muzykę. Zaraz ja odjadę a ktoś inny poprosi kogoś do tańca, pomyśli co by było gdyby wszystko było inaczej. Zanim to jednak nastąpi, zatrzymuję się na chwilę, patrzę, słucham. Ten samochód coraz bardziej mi się podoba, dobrze się na niego patrzy. Nie mam wątpliwości, że dobrze zrobiłem przyjeżdżając po niego. Rozglądam się dookoła. Stacja wkomponowana jest w hotel z restauracją. Ta sama ceglana architektura od dystrybutora i kubła na wodę aż po pokoje gościnne na piętrze. Zastanawiam się, czy organizowane są tu wesela. Ciekawy jestem ile razy całe rodziny państwa młodych pozowały na tych schodach by potem, przeglądając zdjęcia u fotografa, zauważyć gdzieś w rogu kadru zdezorientowanego chłopa z bańką oleju czy parą wycieraczek pod pachą...Ile razy rzucili za siebie kieliszki na których ktoś chwilę później przebił sobie oponę... Mógłbym pewnie siedzieć tam jeszcze długo ale świat przypomina o sobie. Cola jest zimna a ja zmarznięty i zmęczony. Po kilku łykach zaczynam się trząść z zimna. Mam drgawki. Wstaję z zimnej kostki, wdrapuję się na siedzenie kierowcy.
Drzwi, trzaskając, wydają dźwięk, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa, gdy wujek zabierał nas na przejażdżkę swoim brązowym tarpanem. Włączam światła, zegary podświetlają się umieszczoną gdzieś z tyłu żarówką. Niesamowicie podoba mi się w nich kontrolka świec żarowych, która po ich nagrzaniu zmienia kolor z czerwonego na zielony. W latach osiemdziesiątych musiał to być absolutny hit. Wyobrażam sobie pierwszych nabywców tych samochodów, którzy po kryjomu, w ciemnym garażu, w środku nocy, zakradają się do ich wnętrza tylko po to, by przekręcić kluczyk i patrzeć. Z zewnątrz widać tylko oświetlony na czerwono fragment ich twarzy, być może skośne oczy, małe nosy, chwilowe napięcie i w końcu spokój nadchodzący wraz z zielonym blaskiem.

- "I'm an addict..."

Opuszczam Tomaszów, zabudowania zostają za mną, jadę przez noc. Wnętrze auta jest do bólu proste i toporne ale bardzo przyjemne i sprawia wrażenie bardzo porządnego. Nic nie skrzypi, nic nie jest poluzowane i poza wyrwaną tapicerką drzwi nic nie sprawia wrażenia, że w każdej chwili może odpaść. Dla kogoś takiego jak ja, kto całe życie jeździł Peugeotami, takie uczucie to zupełna nowość. Napajając się japońską techniką i jakością wykonania próbuję zamknąć uchylone do tej pory okna ale żadne nie działa. Usiłując nie stracić kontaktu wzrokowego z drogą macam palcami drzwi w poszukiwaniu przycisków. Naciskam te, które udaje mi się znaleźć ale nic się nie dzieje. W kabinie wieje teraz zimny wiatr, przed którym nie umiem się osłonić. Okno kierowcy udaje mi się w końcu zamknąć przytrzymując kierownicę kolanami, naciskając jedną ręką przycisk automatycznego ich zamykania a drugą pchając szybę do góry. Prawe ani drgnie. Zaprasza wicher do środka.

- Zamarznę tu dziś....jak nic...niechybnie...w letnią noc - myślę sobie szukając włącznika od ogrzewania. Przestawiam dźwignie ale również tutaj sukces jest umiarkowany. Przestawiam jedną z nich w stronę czerwonego koloru ale wiatrak wciąż się nie kręci więc znikome ilości ciepła, które wpadają do kabiny, nie są w stanie stawić czoła wiatru wpadającemu przez otwarte okno pasażera.

Spoglądam znów na drogę. Pasy migają przed maską i znikają pod kołami. Nie mam radia. Tam, gdzie kiedyś było i gdzie być może kiedyś znów będzie, wiszą tylko kable a na ich końcach kostki ISO. Słyszę więc tylko dźwięk silnika i szum zimnego wiatru w uszach i wokół nerek. Strach tym autem przekraczać 80. Wysoko umieszczona kabina i baloniaste, stare opony sprawiają, że na zakrętach instynktownie przechylam się i chwytam mocniej za kierownicę. Jak na żaglówce, gdy trzymając za liny wychyla się człowiek za burtę. Mimo wszystko czuje się spokój. Widzę z przodu czerwone światła samochodów jadących przede mną a po bokach mrok. Jechałem tego dnia na rowerze, siedziałem w pociągu, teraz jadę samochodem, który być może jeszcze nie wie, że jest mój. Dziwne to uczucie. Jakbym był gdzieś daleko, jakbym przed kimś uciekał zmieniając co chwila środek transportu. Jakbym jechał gdzieś w nieznane, jakby jeszcze nic nie było wiadome, jakby wszystko było przede mną, jakby wszystko się mogło zdarzyć. Zamyślam się. Chwila jak te, w których wyłącza się świadomość a człowiek jedzie na autopilocie. Ręce same skręcają kierownicą, stopy naciskają pedały a wszystko to jakby poza nami. Zombi, robot, neurony przesyłające sygnały. W sumie to tak jak zawsze tylko z wyłączonym interfejsem graficznym. Noc, światła, mrok. W pewnej chwili widzę, że samochody jadące przede mną hamują, zjeżdżają na lewy pas, coś omijają. Ja, nie wiedząc zupełnie dlaczego, nie robię zupełnie nic. Nie widzę potrzeby. Zauważam, że na drodze coś leży, widzę jak się do tego zbliżam ale wszystko dzieje się jak na filmie. Patrzę ale nie rozważam w ogóle interwencji. Czekam na to, co się wydarzy. Jestem blisko. Duże cielsko, rozbity łeb, wiszący jęzor, nogi...na szczęście cztery, na szczęście sierść. Widzę to wszystko przed samą maską. Sarna. Znika pomiędzy kołami i choć prawa część samochodu podskakuje na jej zadku, na jej pozbawionych już życia nogach to nic wielkiego się nie dzieje. Wspaniały jest ten samochód. Patrzę w lusterko. Na szczęście nie ma tam nikogo. Wyobrażam sobie ewentualne zdziwienie kogoś, kto jadąc zaraz za mną, widzi nagle tak duże zwierze, wypadające spod moich kół, być może podbite w powietrze i lewitujące pół metru nad jezdnią. Nie mając czasu na hamowanie, przynajmniej tak to sobie wyobrażam, ma dwie opcje. Rozbija się po prostu o te zwłoki lub wyskakuje w górę, przelatując nad barierką, wpada do lasu, dachuje, wybucha. Nie wiem co bym zrobił widząc taki widok w lusterku. W tym drugim przypadku pewnie pomyślałbym, że mi się to śni, że to ten film akcji, którego wciąż wypatruję. Przy pierwszym ciężko nawet snuć domysły. Wiemy o sobie dużo mniej niż nam się wydaje.

Dzwoni telefon, odbieram. Ula pyta jak mi się jedzie, gdzie jestem i czy wracam do Krakowa. Sam nie wiem. Podoba mi się ten samochód, podoba mi się jazda, podoba mi się wschód. Tęsknota za wolnością, przygodą, nieznanym kusi by nie wracać najkrótszą drogą, by skręcić choć na chwilę w drugą stronę, by pojechać gdzieś dalej. Przemyślę sprawę, na razie jadę. Może Stalowa Wola, może Sandomierz - myślę patrząc na zegarek. Jest 21:30. Skręcam w lewo. Droga wiedzie teraz lekko pod górkę. Kolejny zakręt. Naciskam hamulec i choć zwalniam nieco to pedał wpada zupełnie w podłogę. Odpuszczam na chwile. Wraca na swoje miejsce. Naciskam go ponownie. Tym razem efekt hamowania jest właściwie niezauważalny a pedał wciska się praktycznie bez oporu. Na desce rozdzielczej zaświeca się czerwona kontrolka od hamulców.

- Free falling, free falling...- przychodzi mi do głowy. Była kiedyś, chyba w latach osiemdziesiątych, piosenka o takim tytule. Nie znam jej tekstu ale ten fragment refrenu jakoś pasuje do sytuacji.

Sięgam do hamulca ręcznego, upewniam się delikatnie, że działa. Boję się go pociągać zbyt mocno, żeby linka nie pękła. Nie mam pojęcia bowiem w jakim jest stanie. O dziwo wydaje się, że jest całkiem sprawny. Zwalniam do 50, jadę dalej. Droga na szczęście jest pusta i wiedzie pod górkę. Tablica przy drodze mówi, że mam 5km do Zamościa. Dzwonię do Uli, mówię, że jednak będę nocował w Zamościu.

- O to fajnie. Musisz być zmęczony. Przyda Ci się trochę odpoczynku.
- Trochę tak. Nie mam hamulców - napomykam przelotnie - chętnie bym się już położył.
- Jak to nie masz?
- Przestały działać przed chwilą. Podejrzewam, że pękł jakiś przewód.
- O nie! To jak dostaniesz się do Zamościa? Stoisz gdzieś teraz?
- Nigdzie nie stoję. Jadę. Hamulec ręczny chyba działa.
- Można tak jechać?
- Nie powinno się.
- To szukać Ci noclegu w Zamościu?
- Jeśli możesz to poproszę

Dojeżdżam do Zamościa. Wciąż jest pod górkę. Mam szczęście, że ten hamulec nie padł na jakiejś stromej serpentynie albo przed przejściem dla pieszych, na którym jaskrawy chłop z lizakiem przeprowadza na drugą stronę dzieciaki. Zwalniam i zatrzymuję się na przystanku PKS. Hamulec ręczny działa niewiarygodnie skutecznie. Nachodzi mnie refleksja, że w nowych samochodach, gdzie hamulec ręczny czasem umieszczany jest gdzieś pod kierownicą i który działa zero-jedynkowo, w takiej sytuacji można by tylko go zaciągnąć, zacząć się kręcić i zginąć. Ula dzwoni ponownie.

- Jest nocleg w zajeździe Orzeł. Drogo ale nie ma niczego innego w okolicy. Nie płaciłam za niego. Zapłać sobie na miejscu.

Zerkam na mapę. Dzielą mnie od niego trzy kilometry. Odczekuję chwilkę aż skrzyżowanie przede mną zrobi się zupełnie puste i ruszam. Teraz jest już zjazd w dół i nie czuję się tak pewnie jak chwile wcześniej. Wolę nie chojrakować, hamuję głównie silnikiem. Dojeżdżam całkiem sprawnie na miejsce. Większość podjazdu zastawiona jest przez samochody gości. Dojeżdżam do jego końca, bezskutecznie wypatrując kawałka wolnej przestrzeni. Ostatecznie, chcąc uniknąć nawracania bez hamulców na kilkanaście razy, robię nawrotkę przez trawnik. Parkuję auto przy samej bramie. Udaje mi się nawet nie wpaść przodem samochodu w zasadzone tam tuje ani nie potłuc wystawionej w ogródku dekoracyjnej ceramiki. Wchodzę do środka, podchodzę do recepcji.

- Dobry wieczór, mam tutaj u was podobno zarezerwowany pokój - mówię podając nazwisko
- Pan jest sam?
- Tak - odpowiadam, rozglądając się jeszcze dla pewności dookoła
- Czyli jedynka?
- Zgadza się.
- No to nie mamy żadnej wolnej.
- Dziwna sprawa. Przed chwilą dzwoniła do mnie żona, mówiąc, że kliknęła rezerwację na Booking'u i dostała nawet potwierdzenie. To jest zajazd Orzeł?
- Tak jest. Niech pan poczeka, zawezwę kierownika.
- Ależ oczywiście, poczekam. Hamulce mi wysiadły w samochodzie. Nigdzie się dziś nie spieszę.

Ona znika za rogiem a ja dzwonię do Uli, upewniam się, że ma potwierdzenie rezerwacji. Wszystko wydaje się zgadzać. Pani wraca z zaplecza. Zaraz za nią wchodzi przeokropnie gruby pan w czarnym podkoszulku. Muszę ostrzec tatę, żeby przeszedł na dietę zanim będzie za późno - myślę na ten widok.

- Dobry wieczór. Chyba zaszło jakieś nieporozumienie. Wszystkie nasze pokoje jedno i dwuosobowe są zajęte od wczoraj. Jeden nawet od przedwczoraj chociaż ktoś chyba się zamienił.
- Niemożliwe. Właśnie mówiłem już tej pani, że żona przed chwilą zarezerwowała mi pokój. Upewniłem się nawet przed chwilą, że ma potwierdzenie. Nawet mam tutaj zrzut ekranu.
- Hmmm, ja tu widzę w systemie jedną rezerwację zrobioną rzeczywiście niedawno ale zrobił ją ktoś z Francji. Pan jest z Francji?
- Absolutnie nie. Niech pan sprawdzi jakie jest nazwisko na tej rezerwacji. Zrobiła ją może Urszula? Ursula? Ula Mula?
- To pańska żona?
- Tak, zgadza się.
- Ona jest z Francji?
- Nie ale po filologii. Stara się nie tracić kontaktu z językiem.
- No ale widzi pan - to nie jest jedynka. Ma pan apartament prezydencki.
- To by tłumaczyło cenę. Marzę tylko, żeby było tam łóżko.
- Jest też łazienka. Ze śniadaniem?
- To zależy od której można go zjeść. Będzie gotowe jakoś wcześnie?
- Jak tylko kucharka przyjdzie do pracy i coś przygotuje. Zazwyczaj jest od 8. O której by pan chciał? Możemy zrobić wcześniej chociaż chyba jest już za późno, by ją uprzedzić. Niczego zatem nie gwarantuję. Proszę sobie coś wybrać z karty - mówi podając mi białe menu.
- Niech będzie jajecznica. Jeśli można wybrać to prosiłbym na 7:30. Muszę rano poszukać jakiegoś mechanika do tych hamulców
- Znam tu, po drugiej stronie ulicy, takich chłopaków, którzy maja warsztat i ogarniają moje samochody. Nie dalej niż kilometr stąd.
- W kierunku miasta?
- Nie, w drugą.
- Maja otwarte w sobotę rano?
- Teoretycznie tak. W praktyce lubią sobie czasem więcej wypić, trochę zabalować. Młodzi są, niech korzystają. Piątek jest w końcu. Teraz już jest za późno by do nich dzwonić. Zadzwonię do nich rano i zobaczymy, czy któryś się zwlecze z łóżka. Zazwyczaj wysyłają jednego do biura by odbierał telefony.
- Byłoby świetnie. Dobranoc.
- Dobranoc. A!, niech pan poczeka, jeszcze jedna sprawa. Z tych hamulców wciąż coś cieknie? Jeśli tak to niech pan to auto wystawi za bramę, żeby trawy nie zeżarło. Świeżo skoszona.
- Podejrzewam, że co miało wyciec to wyciekło po drodze. Dopóki nikt nie naciśnie hamulca to nic się nie stanie - mówię przez ramię, odchodząc od blatu. Nie wspominam o wcześniejszym przejeździe przez trawnik. Mam nadzieję, że jeśli nawet rano ktoś odkryje tam wyżarte kręgi to nie znajdzie tam odcisków moich opon. Tutaj chyba nie padało. Zwalę to na ufo - Dobranoc.

Wchodzę na górę, podążając za skomplikowanymi wskazówkami, przez labiryntyczne korytarze obite kamieniem i cegłą, gdzie gubię się tylko raz. W końcu odnajduję pokój, otwieram drzwi, zaświecam światło. Jestem w przedpokoju. Wieszak na ścianie przypomina mi, że nie mam ze sobą nic poza podkoszulkiem. Naprzeciwko łazienka, na lewo pokój. Jest ogromny. Większy niż całe nasze mieszkanie. Miękki dywan, szerokie łóżko, kilka mebelków. Głównie przestrzeń. Ściągam z siebie wilgotne wciąż ubrania, kładę je na stole, nie chcę zmoczyć nimi sofy. Wyciągam zapasowy, równie mokry podkoszulek z plecaka. Nie mam na sobie ani kawałka suchej garderoby. Piorę wszystko w umywalce używając mydła w płynie. Macam kaloryfer. Zimny. Odkręcam zawór i rozwieszam na nim pranie. Ustawiam budzik na 6.30. Wyglądam jeszcze przez okno. Terenówka stoi na samym końcu parkingu ale jest tak wysoka, że właściwie cała górna jej połowa wystaje ponad dachy samochodów zaparkowanych bliżej. Mam nadzieję, że nie będzie tej nocy padać. Okno pasażera zostało otwarte. Pod oknami, pod parasolami, siedzi przy stoliku kilka osób, piją piwo, śmieją się i rozmawiają. Przechodzi mi przez myśl, żeby do nich zejść, pogadać, zapytać co tu robią, skąd przyjechali. Kolejny raz jednak tego nie robię. Tym razem również dlatego, że nie mam w co się ubrać. Muszę się kiedyś poprawić w tej dziedzinie. Koniecznie. Samemu nie da się wszystkiego przeżyć. Dookoła piętrzą się ograniczenia. Stopy mam lodowate. Wchodzę pod kołdrę i zasypiam. To był naprawdę długi dzień.

Awatar użytkownika
baltazar_gabka
Junior
Posty: 172
Rejestracja: 04 mar czw, 2010 1:50 pm
Posiadany PUG: 205
Numer Gadu-gadu: 4119593
Lokalizacja: Zamość

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: baltazar_gabka » 14 sty pn, 2019 12:01 am

Od zajazdu orzeł mieszkam ok 10 km jakbym wiedział to bym Ci pomógł i przenocował. A tak w ogóle ten zajazd jest słynny z różnych uciech. Czekam na ciąg dalszy perypetii.
http://www.baltazar_gabka.205.pl/

Awatar użytkownika
nowak68
Peugeot 205 Master
Posty: 2545
Rejestracja: 12 sty ndz, 2014 11:19 pm
Posiadany PUG: 205 GENTRY 1991, 405 GRDTubo 1992
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Świętygród

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: nowak68 » 14 sty pn, 2019 8:58 am

baltazar_gabka pisze:Od zajazdu orzeł mieszkam ok 10 km jakbym wiedział to bym Ci pomógł i przenocował. A tak w ogóle ten zajazd jest słynny z różnych uciech. Czekam na ciąg dalszy perypetii.
Na pewno o hazard chodzi :wink:
Był XRD 1988, XAD 1989, XLD 1986, GREEN 1991, Automatic 1.9 z 1990, XS 1990, GTI 1.9 EXPORT 1987

Awatar użytkownika
RafGentry
Moderator
Posty: 8224
Rejestracja: 06 cze śr, 2007 8:40 pm
Posiadany PUG: GTI Griffe, GTI LeMans, GTI, CTI, XRD, XS, SRD...
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: RafGentry » 14 sty pn, 2019 2:51 pm

Fox wyraźnie nabrał tempa. Tak się wczułem, że czytając odcinek w środku nocy, marzłem razem z nim... :oops:

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 14 sty pn, 2019 5:50 pm

No widzicie, pan na recepcji nie zaproponowal mi zadnej uciechy. Ani slownie ani za pomoca gestow ani nie podajac jakiegos osobnego menu z lista nocnych, jak domniemam, atrakcji:-) Z jednej strony ciezko mu sie dziwic. Prezentowalem soba dosc gleboki stan nedzy i rozpaczy a pod lokal podjechalem starym zlomem. Z drugiej mialem jednak apartament prezydencki:-) Nastepnym razem zasiegne stosownej informacji;-)
Skontaktowanie sie z toba Baltazar utrudnial nieco fakt, ze nie mam do Ciebie numeru telefonu, nie mialem pojecia ze tam mieszkasz w okolicy no i niespecjalnie sie jednak znamy. Dziekuje jednak za oferte. Jesli jeszcze kiedys spotka mnie jakies niefortunne wydarzenie w Zamosciu to bede mial w pamieci twoja chec pomocy:-)

Awatar użytkownika
moralez
Peugeot 205 Master
Posty: 5494
Rejestracja: 30 sie wt, 2005 3:42 pm
Posiadany PUG: 205......T8, 205 GTI 1.6
Numer Gadu-gadu: 2955602
Lokalizacja: Włocławek
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: moralez » 18 sty pt, 2019 9:50 pm

RafGentry pisze:Fox wyraźnie nabrał tempa. Tak się wczułem, że czytając odcinek w środku nocy, marzłem razem z nim... :oops:
No nie mów, że specjalnie siedziałeś w mokrych ciuchach :?

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 25 sty pt, 2019 11:39 pm

Sobota, 18 sierpnia

Budzę się jak zwykle jeszcze zanim z telefonu rozlegnie się pobudka. Całe lata nastawiania budzika na 6:00, podczas gdy Ula nastawia swój na 5:30 i kładzie zaraz obok mojego, odcisnęły na mnie piętno upośledzające wewnętrzny zegar, którego chyba już nigdy nie uda mi się pozbyć. Zasłony są zaciągnięte niedbale i niedokładnie. Widzę więc, przez szczelinę pomiędzy nimi, że na zewnątrz powoli zaczyna już świtać. Macam ręką podłogę wokół łóżka, sięgam głębiej w poszukiwaniu telefonu lecz nigdzie go nie znajduję. Podnoszę się więc do pozycji siedzącej, otrzepuję kurz przylepiony do dłoni i rozglądam się po pokoju. Odnajduję telefon pod oknem, na podłodze, podpięty do kontaktu. Zielona dioda informuje, że proces ładowania się zakończył. Pewnie już jakiś dobry czas temu. Podchodzę, odpinam ładowarkę, patrzę na zegarek. Jest kilka minut po piątej.

- Za kwadrans wschód słońca - myślę sobie przecierając oczy. Z jakiegoś powodu lubię znać godziny wschodów i zachodów i chociaż nie jest to jeszcze żadne natręctwo, które mogłoby zaniepokoić, przynajmniej mnie, często zdarza mi się sprawdzać kiedy i na jak długo w danym miejscu robi się jasno.

- Zachód słońca 19:41 - przypominam sobie energicznie rozsuwając zasłony i jest to gest poniekąd ekshibicjonistyczny. Wszystkie moje ubrania wiszą bowiem na kaloryferze w łazience.

Nie rozlega się jednak żaden pisk, nikt nie ucieka, nikt nie zamyka oczu, nikt nie wybucha śmiechem, żadne dziecko nie mówi "mamo, popatrz, ten pan robi tak jak wujek, gdy zaprasza mnie z koleżankami do pokoju". Parapet mam bowiem powyżej pasa a za oknem jest zupełnie pusto. Zaczyna się nowy dzień. Niebo jest bezchmurne a jego szary wciąż jeszcze odcień przeistacza się stopniowo w błękit. Poranek zmienia perspektywę. To, czego wypatrywało się wieczorem, z tego samego miejsca, może z nostalgią, może z tęsknotą, może z myślą, że a nuż się pojawi, cokolwiek to jest, czego być może nie umiemy albo nie chcemy nazwać, przynajmniej na głos, znika przez noc i rano już wiadomo, że tego tam nie ma. Znikają złudzenia, którymi tak łatwo się karmić, że coś samo się wydarzy.

Terenówka na szczęście była i jest zupełnie realna. Stoi więc wciąż na tym samym miejscu, gdzie odstawiłem ją poprzedniego wieczora. Gdyby jej nie było pewnie specjalnie bym się nie przejął. Znalazłaby się zapewne na najbliższym zakręcie. Lekko pogięta, z dziurą w przedniej szybie w kształcie przelatującego przez nią kierowcy. Łatwo byłoby odtworzyć zdarzenia minionej nocy. Kominiarka nasuwana na twarz, mocniejsze zaciągnięcie sznurówek w cichobiegach, iskry lecące ze zwieranych kabli...raz po raz...kilkukrotne...zmieniająca kolor kontrolka hipnotyzuje bowiem każdego o każdej porze dnia i nocy ... Gaz w podłodze, krótka euforia, zastrzyk z adrenaliny i endorfin. Chwila szarpaniny przy daremnej próbie zapięcia pasów, które wymagają w tym aucie anielskiej cierpliwości. Potem już zakręt, stróżka płynu hamulcowego zamiast zwyczajowych śladów hamowania na asfalcie, pisk kierowcy zamiast pisku opon, huk, rozbita szyba, lot swobodny, miękkie lądowanie, gnój, dookoła prosiaki. Chrum chrum.

Otrząsam się z resztek snu, dezaktywuję budzik, idę do łazienki. W powietrzu unosi się delikatna woń niedokładnie wypranej przed wysuszeniem garderoby. Na pierwszy plan wysuwa się zdecydowanie zapach spoconych skarpet. Nie muszę dotykać kaloryfera żeby wiedzieć, że jest gorący. Jest bowiem duszno a powietrze jest lekko stęchłe. Przykręcam więc nieco termostat i otwieram okno. Biorę prysznic, owijam się w pasie ręcznikiem, podchodzę do umywalki. Lustro nad nią jest zupełnie zaparowane. Widzę tylko odbijający się z nim mój kontur, ciemniejszą plamę na mlecznej powierzchni. Ocieram je dłonią. To wciąż ja. Starszy o kolejny dzień. Za mną, w tle, tylko połowa zaparowanego okna oraz rura od kaloryfera. Zamyślam się podczas gdy resztki pary, unoszące się pod sufitem, wysysane są powoli przez uchylone okno na zewnątrz. Wracam do pokoju, stąpam po miękkim dywanie. Myślę sobie, że nigdy nie będę miał mieszkania z tak dużym salonem. Być może nigdy nie będę miał mieszkania tak dużego jak ten salon. Chyba nie czuję żalu. Pod stolikiem odnajduję buty. Są wciąż wilgotne. Zupełnie o nich wczoraj zapomniałem. Wracam więc do łazienki, gdzie suszę je suszarką. Wdmuchuję do ich wnętrza gorące powietrze, które wraca do mnie może trochę mniej ciepłe ale za to zaimpregnowane dniem wczorajszym i wszystkimi kilometrami, które w nich przebiegłem. Otwarcie okna to był zdecydowanie dobry pomysł. Odskrobuję cierpliwie błoto przywarte do podeszwy i to przyklejone po bokach a ono spada okruchami do umywalki. Odkręcam kurek i patrzę jak spływają przez kratkę.

Ścielę łóżko, pakuję plecak. Siadam na kanapie, sięgam po telefon i sprawdzam okoliczne warsztaty samochodowe. Jest ich całkiem sporo. Niektóre czynne są już od 8. Czekając na śniadanie czytam książkę, kilka kolejnych rozdziałów. Robię 57 pompek. Jakbym się nie starał to od wielu lat prawie zawsze wychodzi mi ich dokładnie tyle samo. Czasem, mniej więcej po pięćdziesiątej, wydaje mi się że zrobię ich tym razem więcej. Przy pięćdziesiątej piątej wydaje mi się, że zrobię ich jednak mniej. Pięćdziesiątą siódmą robię resztką sił. Padam na dywan. Dobrze, że jest miękki. Są w życiu rzeczy, które się nie zmieniają jakbyśmy się nie starali. Zamykam pokój, zarzucam plecak na plecy, schodzę na dół.

- Dzień dobry - mówię na widok pani za ladą. Z kuchni dobiegają dźwięki, które kojarzę z obecnością gorącej patelni - śniadanie za chwilkę będzie gotowe.

Wybieram sobie stolik przy oknie a o moje nogi łasi się kot. Lubię koty. Ten jest szaro-biały. Pierwszy raz się widzimy a on już się ociera, mruczy, grzbiet do głaskania wypina, drapany chce być po szyi. Ciekawy jestem jakby wyglądał świat, gdyby ludzie mieli równie luźne podejście do kontaktów cielesnych. Kogo by nie spytać to powie, że przytulanie jest miłe, że lubi, że uspokoi, że odstresuje. Spróbowałby się jednak kto do kogoś przygodnego przytulić to w pysk dostanie niechybnie. Sami sobie zgotowaliśmy ten los.

- Psik! Już Cie tu nie ma! - mówi pani kucharka stawiając dymiącą filiżankę na moim stole. Lekkim kopniakiem wymierzonym kotu pod żebro daje do zrozumienia, że słowa te nie były skierowane do mnie - przepraszam za tego kota. Nie daje spokoju.
- Nic nie szkodzi, lubię koty. Ten jest całkiem miły, może spokojnie zostać.
- Na pewno? Jakby się naprzykrzał to niech pan dziada przepędzi. Jajecznica będzie za kilka minut. Grzeję dopiero patelnię.
- Proszę się nie spieszyć. Naprawdę nie ma pośpiechu.

Ona odchodzi a ja postanawiam wykorzystać wolną chwilę do skontrolowania samochodu. Kot w kącie liże sobie jajka. Na zewnątrz jest chłodno a parking jest wyjątkowo pusty. Nie mam pojęcia co się stało z całą masą samochodów, które parkowały tu, gdy kładłem się spać.
DSC_0982.JPG
- Nocą muszą się tu dziać rzeczy, po których rano ślad nie zostaje - myślę sobie podchodząc do terenówki - wieczorne przeczucie, że coś się może wydarzyć, że gdzieś niedaleko, jak u Murakamiego, istnieje świat równoległy, gdzie dzieją się zupełnie inne rzeczy, być może stąd się właśnie bierze.

Pod samochodem nie widać żadnej plamy ale za prawym przednim kołem wszystko schlapane jest płynem. Tak jak podejrzewałem - pęknięty przewód. Całe szczęście, że nie pompa. Wracam do środka. Talerz z jajecznicą leży już na stole. Kiełbasa nie wygląda na wyżartą więc chyba nie było przy nim kota. Gdybym nie widział, co robił przed chwilą, pewnie nie przeszkadzałoby mi, gdyby się poczęstował. Teraz jednak cieszę się, że tak się nie stało.
DSC_0983.JPG
Przełykając kolejne kęsy jajecznicy i gryząc chleb zastanawiam się czy to możliwe, żeby hamulce rozdarły się na rozjechanej sarnie.
- Te zwierzęta mają w końcu rogi i kopyta - układam sobie w głowie tok rozumowania. Ostatecznie odrzucam jednak tą hipotezę jako mało prawdopodobną - Raczej jednak chłop z Tomaszowa chciał mnie zabić.

Kończę jajecznicę, odkładam talerz na brzeg stołu. Kierownika wciąż nie ma. Nie mam jak go zapytać czy zadzwoni do tych swoich dzielnych chłopaków, imprezowych złotych rączek. Biorę kubek herbaty i idę na zewnątrz. Siadam przy drewnianym stoliku i włączam znów google maps. Czas znaleźć mechanika na własną rękę.

Pod pierwszymi dwoma numerami nikt się nie zgłasza. Trzeci odpowiada lekko zmęczonym "Halo" z akcentem na pierwszą sylabę.
- Dzień dobry - zaczynam - Przejeżdżałem wczoraj przez Zamość i pękł mi przewód hamulcowy. Chciałbym zapytać czy byliby państwo w stanie mi dzisiaj go wymienić.
- Jacy państwo? Sam tu jestem. Jaki to samochód? To na pewno przewód?
- Mitsubishi Pajero jedynka. Na pewno. Przed chwilą zajrzałem pod spód i widzę, że się z niego leje
- Wie pan co, będę z panem szczery. Dzisiaj jest sobota. Mam tu jeden samochód służbowy, który muszę zrobić a potem chciałbym już mieć wolne.
- Czyli nie ma szans?
- Dziś nie. Jest ładna pogoda. Wybieram się z kolegami na ryby. Może w poniedziałek.
- Wolałbym tu tak długo nie zostawać. Muszę dzisiaj wrócić do Krakowa. Przejazdem tu tylko jestem.
- Przykro mi.
- No trudno, udanych połowów w takim razie. Już nie przeszkadzam - mówię rozłączając się.

Cóż... spróbujmy następny numer. Kolejny warsztat jest już kawałek dalej ale wciąż w akceptowalnej odległości. Po kilku sygnałach, gdy mam zamiar się rozłączyć, słyszę, że ktoś się odzywa.

- Słucham... Halo? Halo?
- Dzień dobry panu. Już myślałem że nikt nie odbierze.
- Odebrałem. O co chodzi?
- Mam taką sprawę. Pękł mi przewód hamulcowy w Mitsubishi Pajero. Byłaby szansa, żeby pan na to dzisiaj spojrzał?
- Spojrzeć mogę ale zbyt wiele to dla pana nie zmieni.
- Dlaczego?
- Podejrzewam, że pan by chciał, żeby ktoś nie tyle rzucił na to okiem co to naprawił.
- Zgadza się. Tak jakoś założyłem, być może rzeczywiście na wyrost, że jedno wynika z drugiego.
- Być może. Nie jestem pewien. Powiem panu jednak wprost - nie zrobię tego panu. Nie chce mi się. To się na pewno przedłuży a zarobek z tego niewielki.
- Bardzo mi na tym zależy..widzi pan...tak jakby...utknąłem tutaj przez tą awarię. Może niech pan poda kwotę, za którą opłaci się to panu zrobić.
- Zbyt uczciwy jestem, żeby z pana zdzierać. Współczuję więc sytuacji ale nie. W Zamościu jest dużo warsztatów i któryś na pewno to panu zrobi.
- Może mi pan jakiś polecić?
- Żaden nie przychodzi mi teraz do głowy.
- No trudno, będę szukał dalej, miłego dnia w takim razie.
- Nawzajem. Powodzenia.

Przypominają mi się słowa poprzedniego właściciela terenówki z Tomaszowa, gdy umawiałem się z nim na oglądanie samochodu
- Pracę mam taką, że pracuję kiedy chcę.

Wygląda na to, że na tym wschodzie tak już po prostu jest.
Ostatnio zmieniony 14 maja wt, 2019 3:21 pm przez Fox, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
DJPreZes
Moderator
Posty: 5938
Rejestracja: 01 sie ndz, 2004 6:40 pm
Posiadany PUG: Roland Garros/406 Mistral
Numer Gadu-gadu: 2516096
Lokalizacja: Gdynia

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: DJPreZes » 26 sty sob, 2019 3:45 pm

Czyli nie tylko ja mam "a nie chce mi się robić, bo to francuskie" (no Pajero nie francuskie z tego co wiem...chyba) ;) Chociaż ja mam częściej wersje, "nie chce mi się, to Ci dowalę ceną x 5, to dasz mi spokój".
Peugeot 205 Roland Garros Cabrio
Obrazek

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 22 lut pt, 2019 10:58 pm

No i kolejny raz nadchodzi moment, w którym nie mam czasu dokończyć relacji, powoli tracę zapał i wenę a ostatni czytelnicy, jak się domyślam, ostatnie resztki zainteresowania. Tym razem jednak relacja ma trochę inny cel niż wszystkie poprzednie. Może kiedyś, za wiele lat, Kukuncio spojrzy na nią i przeczyta dowiadując się jak wyglądał jeden weekend z życia taty. Być może będzie więc nudno, być może trochę nie na temat ale spróbuję to jednak skończyć. Zostały mi dwa tygodnie do kolejnej wyprawy. Albo teraz albo nigdy. Wklejam więc wstępną wersję kolejnego rozdziału. Chciałbym to kiedyś poprawić, zredagować, co nieco zmienić. Realia się jednak takie, że pewnie zostanie jak jest. Zobaczymy. Oto więc kolejny rozdział:

Awatar użytkownika
Fox
Peugeot 205 Master
Posty: 2155
Rejestracja: 25 lis pt, 2005 5:09 pm
Posiadany PUG: 205gti, 504 coupe, 406 kombi
Numer Gadu-gadu: 6433729
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: Fox » 22 lut pt, 2019 10:59 pm

Nie czuję do tych ludzi urazy za to, że nie chcą mi pomóc. Z tonu ich głosu oraz słów jakie wypowiadają bije bowiem jakaś taka autentyczna szczerość, której nie wyczuwa się w podobnych sytuacjach rozgrywających się w wielkich miastach. Ci ludzie, tutaj, cenią sobie swój czas, nie próbują naciągać i nie mają mnie za matoła. No dobrze, przyznaję, być może mają. Nie można tego wykluczyć. Nie dają mi jednak tego odczuć w sposób, który mógłby wywołać u mnie złość lub który odbiłby się negatywnie na mojej samoocenie. Podejrzewam, że każdy z nich w tej chwili jest pewny, że ktoś inny mi pomoże - myślę sobie wspominając podstawy socjologii, które czytałem piętnaście z okładem lat temu - Po odłożeniu słuchawki nie będą nimi zapewne szargać wyrzuty sumienia w stylu:

- a może jednak mogłem naprawić mu to auto?
ani tym bardziej urągające mojej nieudacznej godności epitety:
- ta łajza i tak nikogo tu nie znajdzie. Niech sczeźnie mieszczuch nieudacznik. Kij mu w oko.

Bynajmniej. Jestem pewny, że sekundę po odłożeniu słuchawki na widełki lub do kieszeni, w zależności od zastosowanej techniki, nie będą wcale o mnie pamiętać. Przestanę dla nich istnieć a ich myśli podryfują w kierunku wieczoru i tego, jak wyjdą na zdjęciu, na którym jeden z nich będzie trzymał rybę za ogon, a drugi, z metrem krawieckim przyłożonym do tejże, będzie się uśmiechał od ucha do ucha. Trzeci, taki który nic tego dnia nie złowi a butem wdepnie w kupę, podejdzie do nich, pogratuluje zdobyczy i rzeknie:

- Panowie, wczoraj sprzedałem Pajero, stawiam bezalkoholowego Lecha.
- Wódkę pan lepiej postaw.
- Eh, w dupie z wami. Nie wyjdę k...z tego nałogu. Dobra. Chodźmy.

Wypuszczą rybę, zbiorą sprzęt i oddalą się w kierunku baru. Kamera kieruje się na ich plecy i dyndające z wędek, przerzuconych przez plecy, spławiki. Ryba na drugi dzień zdechnie, po tym jak ktoś spuści do wody ścieki z fabryki nawozów.

Czuję harmonię ze światem. Dzień zapowiada się ładnie a lista warsztatów, do których jeszcze mogę zadzwonić jest wciąż długa. Słysze świergot ptaków a policzek muska mi lekka poranna bryza.

Dzwonię do Uli. Relacjonuję przebieg poranka.
- Pamiętaj, żebyś wrócił na 16 - słyszę i jest to chyba najważniejsza uwaga dnia.
- Będę...chyba...

Kątem oka widzę, że na recepcji kręci się kierownik, przestawia przedmioty, krząta się za ladą ubrany w swój czarny, lekko rozciągnięty podkoszulek. Być może, tak jak Steve Jobs czy Marc Zuckerberg, nie chce marnować co rano zasobów intelektualnych na podjęcie tak mało znaczącej decyzji jak wybór ubrania, a może, po prostu, od wczorajszego wieczoru się nie przebrał. Podobnie zresztą jak ja. Być może on również wyprał swoje ubranie w zlewie. Nie wiadomo. Nie jestem w stanie ocenić a pytać nie mam śmiałości. Jakby to miało bowiem wyglądać? Zastanówmy się.

- O dzień dobry, widzę że pan też wczorajszy.
- Nie rozumiem.
- Ma pan na sobie ten sam podkoszulek, który nosił pan wczoraj. Ja zresztą podobnie - mógłbym powiedzieć, uśmiechając się i pociągając dwoma palcami za materiał swojej koszulki, pokazując o co chodzi. Skinąć głową i podnosząc brwi, znacząco mruknąć - yhy
- Nie mam. To jest inny podkoszulek.
- Wygląda tak samo
- Nie wygląda.
- No co pan mówi. Tutaj jest tak samo rozciągnięty jak tamten - mógłbym dodać, chwytając dla odmiany za materiał na jego koszulce, rozciągając go by jeszcze bardziej uwypuklić podobieństwo i puścić go tak, by strzelił o brzuch.
- Coś mi się widzi, że pan chce w pysk. Wypuścić pokraka!

Otrząsam się z tym niedorzecznych przemyśleń. Podchodzę zapytać, czy udało mu się może dodzwonić do znajomych mechaników.
- yyy...aaa...tak...nie, widzi pan, dz...dzwoniłem do nich ale chyba jeszcze nie przyszli do pracy - mówi macając się rękami po kieszeniach - gdzież ja zostawiłem ten telefon? - mruczy do siebie - niech pan poczeka, teraz zadzwonię.

Wykręca numer na telefonie stacjonarnym, przykłada czerwoną słuchawkę do ucha. Słyszę sygnał dźwiękowy a moje myśli wędrują trzydzieści lat wstecz. Mój dziadek miał kiedyś podobny czerwony telefon. Właściwie można by powiedzieć, że identyczny, z czarnymi kwadratowymi przyciskami, z których znaczenia * oraz # przez całą tamtą epokę nie pojąłem. Stał w przedpokoju na półce z boazerią w tle. Dzwoniliśmy z niego w dzieciństwie na bajki, 954 wystukiwaliśmy, by przenieść się w świat fantazji. Dziesięć lat później wujek też z niego dużo dzwonił. Nie wiadomo gdzie, być może na inne fantazje. Nabijał rachunek. Dziadek musiał odciąć telefon. Potem jeszcze prąd i gaz polecił przerobić na tryb przedpłatowy. W końcu sam się wyprowadził a wujkowi zostawił mieszkanie. Wujek zadzwonił do mnie kiedyś po pijaku. Jestem pewny, że z tego właśnie telefonu. Mówił, że po zdaniu na prawo jazdy będę mógł jeździć jego fiatem Punto. Ucieszyłem się jak każdy nastolatek w podobnej sytuacji. Po kwadransie, gdy mama, nieco zdziwiona a potem wkurzona, próbowała sprawę potwierdzić, wujek już tylko bełkotał. Jedynym Punto, do którego wsiadłem było to na egzaminie na prawo jazdy. Zdałem za pierwszym razem. Wujka nie widuję, nie dzwonię. Ożenił się z kobietą, która wyniosła z domu dziadkowe dywany i srebrne sztućce. Telefon chyba się ostał. Przynajmniej na jakiś czas bo tamtego mieszkania już nie ma i numer też pewnie stał się głuchy. Tak jak tam, tak i tutaj słychać tylko sygnały i ja już wiem, że nic z tego nie będzie.

- No nie odbierają. Co zrobić. Będę ich pingał co jakiś czas. Kiedyś muszą w końcu przyjść do pracy. Pan, widziałem przez okno, też gdzieś dzwonił. Udało się coś znaleźć?
- Przed chwilą? A to do żony. Martwi się ale przewodu nie wymieni. Spróbuję jeszcze do kilku warsztatów zadzwonić. Nie zniechęcam się. Pan nie zna tu już nikogo innego?
- Nie przychodzi mi nikt do głowy ale do tych przedzwonię jeszcze za kwadrans.
- Dziękuję

Bardzo miły i pomocny ten pan. Polecam z czystym sumieniem ten zajazd. Siadam znów przy drewnianym stoliku i wyciągam telefon. Kładę go na stole, patrzę na mapę z pinezkami. Pod kolejnymi numerami nikt się jednak nie zgłasza. Po pewnym czasie zaczynam się więc niepokoić. Mój spokój zaczyna mi się wymykać.

- Haaaaalo, haaaaalo, jest tam ktoś? - mruczę sam do siebie, łagodnie jeszcze, melodyjnie, przeskakując z jednego adresu na drugi - może tutaj ktoś ma ochotę naprawić mój samochód? - ściskam kciuki inicjując kolejne połączenie. Kolejny raz nic. Lekka frustracja mąci mój spokój.
- No odbierzże ktoś w końcu! - wykrzykuję w myślach.
Następny numer z listy, sygnał za sygnałem, abonent chwilowo niedostępny.
- No co za wałkonie! konowały jedne! Z jest z tymi ludźmi? - wzburzam się. Słówko konował tu nie pasuje a spokój to stan zadziwiająco ulotny. Wystarczy chwila, jedna iskra, by całe społeczeństwa na poziomie przeistoczyły się w żądnych krwi ludobójców.
Po kwadransie udaje mi się w końcu do kogoś dodzwonić. Jak się okazuje - do zakładu produkującego łożyska oraz kulki do tychże. Nie rozumieją czemu do nich zadzwoniłem. Ja też nie. Coś się jednak ruszyło, dzieje się, machina zaczęła się toczyć. Pod kolejnym numerem zgłasza się nadzieja. Taka nie od razu oczywista, lekko zawoalowana.
- Nie robimy takich rzeczy - mówi bowiem pan po drugiej stronie a ja się zastanawiam
- Dodzwoniłem się do mechanika?
- Dodzwonił się pan ale my zajmujemy się układami kierowniczymi i podwoziami.
- To w sumie podobne rejony. Może moglibyście spróbować?
- Wolelibyśmy nie. Po sąsiedzku ma pan Michalskiego, oni to panu zrobią.
- Po sąsiedzku? - rozglądam się dookoła zastanawiając się skąd on może takie rzeczy wiedzieć
- No za siatką ich mamy. Właściwie ten sam adres. Serwis Michalski. Są bardzo w porządku.
- Dziękuję bardzo, już do nich dzwonię, miłego dnia!

U Michalskich zgłaszają się po pierwszym sygnale.
- Halo...tak...jasne,proszę przyjechać...kiedy? w każdej chwili...na poczekaniu właściwie...do widzenia!

To wydaje się zbyt piękne by było prawdziwe . Nie pozostaje mi jednak nic innego jak wpaść w stan euforyczny. Zarzucam plecak na plecy, wbiegam do środka, szukam kierownika, ogłosić chcę dobrą nowinę. W głównej sali nikogo nie ma. Idę więc na zaplecze, zerkam nieśmiało, słyszę głosy. Jest tam ściana z dużą, kwadratową dziurą przez którą widzę kuchnię. Pod ścianą, na taborecie, siedzi pan kierownik a pani kucharka rozwałkowuje ciasto na desce. Prowadzą rozmowę a drobiny mąki unoszą się w powietrzu i osiadają na czarnym podkoszulku. Na mój widok kierownik znów chwyta się za kieszenie, obmacuje swoje spodnie.
- A właśnie miałem znów próbować dzwonić do chłopaków....gdzież ja zostawiłem ten telefon?
- Na recepcji pewnie ale już nie trzeba. Znalazłem otwarty warsztat. Do Michalskiego się dodzwoniłem.
- A tak, Michalski...on to panu zrobi
- Zna go pan?
- Znam, często polecam, bardzo w porządku jest. Dobrze pan zrobił dzwoniąc do niego.

Brakuje mi na to riposty. Żegnam się więc, wybiegam na zewnątrz i podbiegam do samochodu. Wskakuję do środka. Cofam ostrożnie, wyjeżdżam na ulicę. O tej porze jedzie się zupełnie inaczej niż nocą, gdy ulice były puste. Teraz przemieszczam się w normalnym ruchu ulicznym. Są światła, są piesi, na ulice wbiegają psy, słychać gwar miasta. Hamulec nie wydaje mi się już tak sprawny. Cieszę się, że na kierownicy zamontowana mam gałkę do łatwiejszego nią kręcenia. Jak w starym Ikarusie, jakie pamiętam z dzieciństwa. W razie wypadku ta gałka przebije mi czaszkę albo przejdzie przez oko i wbije się w mózg. Zanim to jednak nastąpi to mogę jedną ręką swobodnie kręcić kierownicą a drugą trzymać wciąż na hamulcu. Teoretycznie. W praktyce bowiem gałka odpada już przy drugim skręcie. Zostaje po niej tylko kawałek plastiku i duża śruba sześciokątna. Większa część wpada mi pod nogi a ja nie wiem za co mam się chwytać by nie wylecieć z drogi. Rany boskie. Uspokajam się i staram trzymać duży dystans do samochodu przede mną. Inni uczestnicy ruchu interpretują to jako gest uprzejmości. Dziękują mi za wpuszczenie i wjeżdżają przed maskę. Piesi się kłaniają, unoszą w podziękowaniu rękę i wchodzą na pasy a ja się pocę i zaciągam hamulec coraz mocniej. Zmieniam strategię. Widząc z daleka ojca z małą córką szykujących się do przekroczenia ulicy przyspieszam i jadę praktycznie na zderzaku samochodu przede mną. Wolę się z nim zderzyć niż ich przejechać.

- Nie chcę pan wchodzić na drogę w tym momencie, naprawdę pan nie chce! - skupiam się jak mogę by ostrzec go telepatycznie przed dużym zielonym zagrożeniem. Jeśli wyjdzie na drogę to chyba będę musiał trąbić i wjechać w latarnie albo kubeł na gabeć stojący przy krawężniku. Dobrze, że chociaż tablice mam lokalne. Nie zszargam opinii krakowskich kierowców. Nie wchodzą. Czekają aż przejadę. Umysł jest potężny. Po powrocie chyba spróbuję zainteresować się telekinezą i wygiąć przy jej pomocy widelec ze schowka. Z ręką przy hamulcu czuję się jak rewolwerowiec podczas pojedynku na to, kto szybciej sięgnie po broń. W końcu dojeżdżam do opuszczonych szlabanów. Nie pamiętam, czy kiedyś tak się cieszyłem, że mogę przy nich chwilę odczekać.
DSC_0985.JPG
Próbuję włączyć spryskiwacz ale nie działa. Słychać tylko pompkę. Zauważam, że wycieraczki są tak zużyte, że właściwie nie ma już na nich śladu gumy. Zgrzytają o szybę. Sprawdzam na mapie, gdzie mam jechać, zapamiętuję drogę by już nie patrzeć więcej na telefon. Ruszamy. Okrążamy stare miasto, jedziemy wzdłuż ceglanych murów. W końcu wyjeżdżamy na szersze ulice. Są tutaj dwa pasy, jedzie się już spokojnie i bez problemu docieram pod wskazany adres. Parkuję na parkingu i dopiero gasząc silnik zauważam, że dookoła są same białe samochody, wyglądające na służbowe.
- Gdzie ja znowu jestem?
- Wychodzę i szukam jakiś drzwi do znajdującego się tam budynku. Wszystko zamknięte poza kotłownią. Nie decyduję się wchodzić. Dzwonię do Michalskiego.
- Wjechał pan do sąsiada, niech pan wyjrzy na ulicę, znajdzie nas pan bez problemu.
Wyjeżdżam i rzeczywiście, dwadzieścia metrów dalej widzę logo - szyld jest tak ogromny, że nie sposób go przeoczyć. Źle ze mną. Wchodzę do warsztatu.
- Dzień dobry, dzwoniłem tu niedawno, przywiozłem Pajero z pękniętym przewodem hamulcowym do wymiany - mówię wskazując zaparkowany samochód młodemu człowiekowi, który wyszedł mi naprzeciw - tutaj są kluczyki. Uważajcie jak będziecie cofać bo hamulców zupełnie nie ma.
- Niech się pan nie martwi, poradzimy sobie.
- Jesteście to naprawdę w stanie zrobić szybko? - pytam - muszę dzisiaj wrócić do Krakowa.
- Bez najmniejszego problemu
- Czyli co, tak koło 10, 10:30 mogę po niego przyjechać? Będzie gotowy?
- Może lepiej o 11. Musimy ściągnąć któryś samochód z podnośnika. Zaraz skończymy z tym po prawej i wjedziemy pańskim. Wymiana przewodu to drobnostka. To przewód elastyczny pękł, prawda?
- Zgadza się.
- Niech mi pan jeszcze poda numer telefonu - mówi zapraszając mnie do biura

W środku są kolorowe stoliki, jakaś sofa, kilka puf, lada ze ścianą z regałami w tle. Podaję swoje dane. Żegnamy się, wyciągam rower z bagażnika. Rozglądam się jeszcze dookoła. Ten zakład albo ma świetną ogólnopolską renomę albo turyści przybywający do tego miasta mają okropnego pecha. Każdy samochód ma bowiem rejestrację z innej, przeważnie dość odległej, części kraju. Biorę to za dobry znak. Wsiadam na rower i ruszam w stronę miasta. Przelotne spojrzenie wystarczy, by zauważyć, że tylna wycieraczka, dokładanie tak jak te przednie a może nawet bardziej, pozbawiona jest gumy. Brakuje też prawego chlapacza. Jasnym jest, że od dawna nikt o ten samochód nie dbał. Czas to zmienić - myślę sobie naciskając mocniej na pedały.
DSC_0986.JPG

Awatar użytkownika
moralez
Peugeot 205 Master
Posty: 5494
Rejestracja: 30 sie wt, 2005 3:42 pm
Posiadany PUG: 205......T8, 205 GTI 1.6
Numer Gadu-gadu: 2955602
Lokalizacja: Włocławek
Kontakt:

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: moralez » 24 lut ndz, 2019 1:48 am

Czy ta historia przerodzi sie w temat o eksploatacji tego auta :mrgreen: ?

Awatar użytkownika
wit007
Nowicjusz
Posty: 36
Rejestracja: 26 gru śr, 2018 9:13 pm
Posiadany PUG: 205 Roland Garros i 205 CJ
Numer Gadu-gadu: 0
Lokalizacja: Warszawa

Re: O tym jak kupiłem "Tenerówkę", która nie była Peugeot'em

Post autor: wit007 » 24 lut ndz, 2019 11:47 pm

Ja czekam od razu na książkę ;)

ODPOWIEDZ